fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawnicy

Trybunał: saldo mocno na plusie

Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
O tym, skąd poseł Mularczyk znał teczki sędziów TK, dlaczego rzecznik czeka na wyrok Strasburga i jakie są szanse na to, że zniknie kolejka niewykonanych jeszcze wyroków oraz spraw czekających na rozpatrzenie – „Rz” rozmawia z kończącym kadencję prezesem Trybunału Konstytucyjnego Jerzym Stępniem
Rz: Dobiegła końca pana prezesura w Trybunale Konstytucyjnym. Ledwie półtoraroczna, ale dość burzliwa. A na koniec jeszcze krótkie spięcie z rzecznikiem praw obywatelskich. Potrzebne?
Jerzy Stępień: Nie nazywajmy tego spięciem. Rzecznik wycofał swój wniosek w sprawie lustracji w atmosferze niedomówień, ale poprawnie. Mógł to zrobić wcześniej i nie byłoby sensacji. Chodziło o wniosek, który miał być rozpatrywany w maju ubiegłego roku razem z wnioskiem poselskim w sprawie ustawy lustracyjnej. Wtedy został wyłączony do odrębnego postępowania, bo reprezentujący marszałka Sejmu poseł Arkadiusz Mularczyk miał za wąskie pełnomocnictwa i nie mógł się wypowiadać w jego sprawie. Ponieważ po ubiegłorocznym wyroku do rozstrzygnięcia pozostał już tylko jeden problem, rzecznik wycofał wniosek, a Trybunał umorzył sprawę.
Rzecznik wiąże to jednak z kwestią wyłączania sędziów. Dlatego chce czekać na wynik rozprawy w Strasburgu w sprawie Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, bo Kościół ten zaskarżył postanowienie Trybunału sprzed kilku lat o niewyłączeniu sędziego ze sprawy.
W tamtej sprawie chodziło o mnie. Przy ubiegłorocznej rozprawie lustracyjnej poseł Mularczyk również chciał wyłączenia kilku sędziów, w tym mnie. Wszystkie wnioski zostały wówczas rozpatrzone, a przewodnicząc rozprawie, sam wyłączyłem dwóch sędziów. I na tym problem powinien zostać zamknięty.
Ale nie został. A wyłączeni wtedy dwaj sędziowie Trybunału znaleźli się w składzie, który miał rozstrzygać wniosek rzecznika w sprawie lustracji.
Bo to była nowa sprawa. Rzecznik nie złożył w niej wniosku o ich wyłączenie.
Cokolwiek by powiedzieć, pana prezesura będzie się już zawsze kojarzyć z lustracją. Jedni mówią, że prezes Stępień ją zatrzymał, inni, że ją ucywilizował, a jeszcze inni – że dobił. Co pan z nią zrobił?
Ucywilizowałem. Przecież jest. Toczy się. Ludzie mają dostęp do swoich akt, studiują je w czytelni Instytutu Pamięci Narodowej. Sam tam byłem chwilę temu.
Po co?
Na początku czerwca dostałem zawiadomienie z IPN (po dziewięciu miesiącach czekania), że pojawiły się nowe dokumenty w teczkach sędziów Trybunału Adama Jamroza i Mariana Grzybowskiego, którzy za sprawą aktywności posła Mularczyka w maju ubiegłego roku zostali wyłączeni ze sprawy lustracyjnej. Okazało się jednak, że te nowe dokumenty to kserokopie paszportów i wniosków paszportowych obu panów.
Rozczarowanie?
Otóż nie, bo przy okazji dokonałem zdumiewającego odkrycia. Ponieważ oglądałem te teczki już w ubiegłym roku, w każdej jest mój podpis. Teraz złożyłem drugi, bo tego wymaga procedura. Prócz moich są tam jeszcze dwa inne podpisy oglądających te materiały: pracownika IPN i jeszcze kogoś, kto ma związek z dochodzeniem prowadzonym w adwokaturze. Nie znalazłem jednak śladu podpisu posła Mularczyka. A wszyscy zainteresowani pamiętają, jak to na rozprawie lustracyjnej zapewniał, że osobiście oglądał teczki obu sędziów i obciążające ich dokumenty. Na jakiej podstawie to mówił i na jakiej podstawie złożył 10 maja 2007 r . pismo, że otrzymał dostęp do dokumentów organów bezpieczeństwa państwa? I wreszcie – na jakiej podstawie sporządził notatkę służbową, którą prezentował Trybunałowi i w której podał m.in., że niektóre materiały z obu teczek zostały na początku lat 90. zniszczone?
No właśnie, na jakiej?
Są dwie możliwości: albo wobec posła Mularczyka IPN zastosował inną procedurę dostępu do teczek niż przewidziana przez prawo, albo poseł ten wprowadził w błąd Trybunał w obecności licznie zebranej publiczności i mediów.
Jak pan ocenia tę sytuację?
Poseł sporządził dwa dokumenty, których wiarygodność w świetle tego, co mówimy, staje się wątpliwa. Podobnie jak jego słowa wypowiedziane do protokołu na rozprawie w Trybunale.
To co? Prokurator?
No i Sejm. Jeśli żyjemy w państwie prawa, to z tego muszą być wyciągnięte konsekwencje.
A więc w sprawie posła Mularczyka znów coś się dzieje, a my wróćmy do Trybunału. Półtora roku temu deklarował pan, że swoją krótką prezesurę poświęci naprawie procesu prawotwórczego i zmniejszaniu zaległości w wykonywaniu jego wyroków. Chyba nie bardzo się udało?
Trochę się udało. Przede wszystkim senacka komisja pod przewodnictwem senatora Krzysztofa Kwiatkowskiego złożyła kilkanaście projektów wykonujących wyroki. Sejmowi zaś zaproponowałem, by dla takich projektów ustanowił przyspieszoną ścieżkę legislacyjną. Z kolei Kancelaria Premiera powierzyła losy wyroków Trybunału pani minister Julii Piterze. Wszystkie ministerstwa będą więc musiały dokonywać ich analizy i przygotowywać stosowne zmiany w prawie. Dotąd formalnie nie miały takiego obowiązku. Tak więc udało się najważniejsze: znaleźli się odpowiedzialni za wykonywanie wyroków Trybunału. Niebawem okaże się, mam nadzieję, że zrobiliśmy kawałek dobrej roboty w poprawianiu prawa.
To prawo się, pana zdaniem, poprawia?
Powiem tak: idzie ku lepszemu. Ustawodawca coraz bardziej związany jest standardami konstytucyjnymi i międzynarodowymi. A te są na coraz wyższym poziomie.
Jak tu mówić o poprawie, skoro zaległości w wykonywaniu trybunalskich wyroków sięgnęły 120 spraw?
Ale wcześniej było ich 140.
Jest jednak kilka takich, z którymi trudno się godzić, np. dotyczące asesorów czy przedwojennych obligacji…
Sprawa asesorów jest najważniejsza, bo ustrojowa. Trybunał dał rządowi i ustawodawcy półtora roku na odsunięcie asesorów od sprawowania wymiaru sprawiedliwości. Bo nie są sędziami, a w sądach pierwszej instancji załatwiają nawet do 80 procent spraw. To jest dramat wymiaru sprawiedliwości. Byłem przez dwa lata asesorem i wiem, co mówię. Oni dopiero uczą się zawodu, a doświadczenie i mądrość życiową będą zdobywali jeszcze przez wiele lat. Tu nie ma mowy o niezawisłości, bo nie może być niezawisły człowiek niesamodzielny zawodowo, który do tego po prostu nie dojrzał.
A co z obligacjami?
Zaskoczony jestem stanowiskiem ministra finansów, który nie chce respektować tego wyroku, choć wszedł on już w życie. III Rzeczpospolita zawsze programowo podkreślała ciągłość z przedwojenną II RP. Oznacza to również odpowiedzialność za długi tamtego państwa. Nie mówię, że odszkodowania mają być stuprocentowe, ale nie udawajmy, że sprawy nie ma.
Czy jednak Kowalski może podać ministra finansów do sądu za to, że nie realizuje wyroku Trybunału?
Obawiam się, iż może i że ta droga będzie dla państwa kosztowniejsza niż rozsądna ustawa. Mamy tu bowiem do czynienia z zaniechaniem legislacyjnym, a to już jest podstawa roszczeń odszkodowawczych wobec Skarbu Państwa.
W jakiej kondycji zostawia pan Trybunał? Liczba napływających spraw w minionym roku wzrosła o 60 proc., na rozpatrzenie czeka ich ze 200. Potrzeba pewnie trzech lat, by przerobić zaległości, nowych spraw wciąż przybywa.
Polacy mają coraz wyższą świadomość prawną, adwokaci coraz więcej umieją, więc droga do Trybunału jest coraz łatwiejsza. Coraz więcej problemów konstytucyjnych dostrzegają sędziowie i ślą do nas coraz więcej pytań prawnych. To dobrze. Tym bardziej że zaległości topnieją, bo co tydzień wydajemy po cztery – pięć orzeczeń na rozprawach publicznych i po kilka na posiedzeniach zamkniętych.
W trakcie pana prezesury zmieniła się w Trybunale niemal połowa składu sędziowskiego. Czy zasada Rymarza, jak pan to kiedyś określił, sprawdziła się i tym razem?
Były sędzia Trybunału Konstytucyjnego Ferdynand Rymarz przestrzegał mnie dziewięć lat temu, gdy zostałem sędzią Trybunału, abym przestał odbierać telefony od ludzi władzy i wygasił kontakty z politykami. Bo to najlepszy sposób na prawdziwe wejście w rolę sędziego sądu konstytucyjnego. W moim przypadku ta zasada się sprawdziła. Czy moi nowi koledzy w Trybunale także ją stosują? Pewnie tak, bo to zdrowa zasada.
Poglądy polityczne też wygasają?
Nie, nie wygasają. Każdy je ma, choć gdzieś głęboko skryte, aby nie przeszkadzały w orzekaniu. To jest możliwe, bo sędziego nie obowiązuje dyscyplina i programy partyjne, nie musi się niczemu podporządkowywać. Tylko konstytucji. Z tego płynie najgłębsza satysfakcja zawodowa, której tu doświadczyłem. Bo być sędzią w Trybunale Konstytucyjnym to wielki zaszczyt i wielkie doświadczenie państwowe, ale też życiowe.
Jak z gabinetu prezesa widać skutki zmian w państwie, do których przykładał pan rękę?
Jak w życiu: jedne sprawy się udały, inne tylko częściowo, jeszcze inne wcale. Saldo jest jednak mocno na plusie. Gdyby mnie ktoś 20 lat temu obudził w środku nocy i kazał przygotować się na to, że po PRL i gospodarce nakazowo-rozdzielczej czeka mnie rozpad obozu socjalistycznego, Związku Radzieckiego, wejście do NATO, członkostwo w Unii Europejskiej, wreszcie kapitalizm – doznałbym niewątpliwie szoku.
Wróci pan do polityki?
Jako senator i wiceminister spraw wewnętrznych i administracji tworzyłem struktury nowego państwa, samorząd terytorialny, uczestniczyłem w pracach nad nową konstytucją. Ale nie uprawiałem polityki. Nie ma więc mowy o powrocie.
To co dalej, panie prezesie?
Mam plany, które uważam za bardzo ciekawe. Będę tworzył nowy wydział publicznej administracji i polityki społecznej na jednej z prywatnych warszawskich uczelni. Według amerykańskich wzorów.
Dziękuję za rozmowę oraz lata współpracy i życzę, aby te plany się spełniły.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA