fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Seks jest taki sam w każdym mieście

Warner Bros
Sukces produkcji amerykańskich wynika z faktu, że dotykają spraw, o których młodzi nie uczą się w szkole
Przez lata serial obyczajowy był bezpiecznym widowiskiem, które dorastające dzieci mogły oglądać z rodzicami. Co prawda, w Ameryce życie na małym ekranie nie zawsze toczyło się w idyllicznym "Domku na prerii", ale miłość była jednak głównie sprawą ducha, a nie ciała. Nawet w przeboju lat 80. – "Dynastii", której akcja opierała się na sieci intryg biznesowo-erotycznych, a jeden z Carringtonów okazał się gejem, senior rodu stał na straży tych zasad.
I oto mniej więcej dziesięć lat temu dokonała się obyczajowa rewolucja w serialowej rzeczywistości. Stało się to za sprawą "Ally McBeal", a zwłaszcza "Seksu w wielkim mieście".
Pierwszy z tych seriali, wyprodukowany przez koncern FOXX, rozpoczął telewizyjne życie w 1997 r., kilkanaście miesięcy później, dzięki Polsatowi, podbił polskich widzów. Korzystał ze sprawdzonej formuły opowieści z życia grupy zawodowej (najczęstszymi bohaterami są lekarze i prawnicy). Ally McBeal (Calista Flockhart) jest prawniczką z bostońskiej kancelarii, a każdy odcinek – zgodnie z regułami – opowiadał o innej sprawie sądowej.
Nie to jednak zadecydowało o ogromnej popularności, lecz perypetie bohaterki i jej kolegów. Wszyscy oni, a zwłaszcza Ally McBeal, próbowali ze zmiennym skutkiem ułożyć sobie życie osobiste. Wikłali się w rozmaite związki, ale wielkie miłości okazywały się rozczarowujące, a przelotne fascynacje miały trwały urok.
To, co w "Ally McBeal" pulsowało nie zawsze na pierwszym planie, w "Seksie w wielkim mieście" stało się tematem głównym. Cztery bohaterki – Carrie, Samantha, Miranda i Charlotte – także odnoszą sukcesy zawodowe, ale głównie poza ekranem.
Ich życie przepełnia natomiast seks, bo znają jego wartość. Rozmowy kobiet wypełnione są rozważaniami o rozmiarach męskości lub o tym, czy warto iść do łóżka na pierwszej randce. I wyznają zasadę, że tak, bo do dziesiątej można już nie dotrwać.
"Seks w wielkim mieście" jest apoteozą kobiety wyzwolonej, ceniącej życie samodzielne i bez zobowiązań. Carrie oraz jej przyjaciółki marzą co prawda o idealnym mężczyźnie, z którym można by spędzić resztę życia, ale faceci zostali tu ukazani wyjątkowo nieatrakcyjnie. Nie mogą się wyzwolić spod wpływów mamusi lub konwenansów zawodowo-towarzyskich. Jeśli zaś mają dobry charakter, są życiowymi fajtłapami. Z kimś takim można co najwyżej przypadkowo zajść w ciążę, co przytrafiło się jednej z nowo- jorskich kobiet – Mirandzie, jednak związać się z nim na stałe nie sposób.
Równorzędnym bohaterem serialu jest Nowy Jork – energetyczna metropolia wyzwalająca w mieszkańcach nieprzebrane pokłady energii i kusząca licznymi atrakcjami. Kobiety wierzą zatem, że kolejny dzień przyniesie im rozwiązanie problemów i da nową szansę.
W Nowym Jorku nie warto myśleć o małżeństwie, bo można stracić ciekawszy sposób na życie. Nieprzypadkowo zresztą akcję umieszczono w mieście tak bardzo różniącym się od całych Stanów.
W 1998 roku, gdy "Seks w wielkim mieście" pojawił się w tacji HBO (u nas kolejną jego powtórkę nadaje obecnie TVN), owa odmienność Nowego Jorku usprawiedliwiała niekonwencjonalne postawy bohaterek. Czy jednak z dala od Manhattanu ludzie naprawdę żyją inaczej?
Trzy lata później ta sama stacja zaczęła emisję (popularnego u nas dzięki HBO i TVN) serialu "Sześć stóp pod ziemią" – wielowątkowej opowieści o rodzinie Fisherów prowadzącej zakład pogrzebowy. Bardzo wszakże nietypowej jak na serialowych bohaterów. David Fisher jest gejem i razem z partnerem, czarnoskórym policjantem, toczy starania o adopcję dziecka. Jego brat Nate wikła się w rozmaite związki, od których potem ucieka, a siostra Claire to nimfomanka próbująca różnych odmian miłości (także lesbijskiej).
Życie rodzinne – nie mniej wypełnione seksem – na amerykańskiej prowincji kryje zatem niejedną tajemnicę, i to czasami mroczną. Przekonuje o tym kolejny telewizyjny przebój: "Gotowe na wszystko" z 2004 r. (trzy jego serie pokazał już Polsat).
Bohaterkami są tu trzy mężatki oraz rozwódka, a ich kłopoty zdają się potwierdzać słuszność zasad wyznawanych przez kobiety z Nowego Jorku. Związek z jednym mężczyzną wymaga bowiem ogromnej determinacji, a nawet działań niezgodnych z prawem, ze zbrodnią włącznie.
Czy zatem pozostaje tylko seks? Jednak nie, o czym przekonuje nadawany obecnie przez polską HBO najnowszy amerykański serialowy hit – dziesięciodcinkowa opowieść "Powiedz, że mnie kochasz".
Od innych seriali wyróżnia ją nie tylko niespotykany wcześniej naturalizm scen erotycznych, ale i morał wynikający z perypetii trzech par przeżywających trudne chwile w swych związkach. Ich losy łączy postać siwowłosej terapeutki. Ona jedna ma szczęśliwe życie seksualne, bo wie, że miłość trzeba pielęgnować, a przede wszystkim rozmawiać z partnerem.
Umiejętność wyznania tego, co drażni w drugim człowieku, jest ważniejsza od dywagacji o ulubionej pozycji w łóżku. Tej wiedzy nie posiadły bohaterki "Seksu w wielkim mieście".
Telenowele arogancko wdzierają się na wielki ekran. Hollywoodzcy producenci odcinają kupony od ich popularności, a kino upodabnia się do popkulturowej papki.
Telewizja stworzyła w ostatnich dekadach własne standardy rozrywki wyznaczane przez talk-show i telenowele, w których bylejacy ludzie paplają na ekranie byle co przez 2 tysiące odcinków. Zasada jest jedna: ma być zrozumiale i sympatycznie, bo po co masowej widowni psuć nastrój.
Serial "Seks w wielkim mieście" idealnie mieścił się w tym schemacie. Jego twórcy dostrzegli wielką przemianę obyczajową współczesności: rosnące szeregi singli i singielek. Ludzi samodzielnych, niezależnych, zazwyczaj świetnie zarabiających pracoholików, którzy ze swej samotności czynią sposób na życie. I wszystko to przerobili na papkę dla milionów. Stąd był już tylko krok do Hollywood.
Niestety, skondensowana forma jeszcze uwypukliła infantylność oryginału. Bohaterkami filmu są cztery mieszkanki metropolii. Czterdziestolatki zakonserwowane przez brak trosk, aerobik i dobre kremy. Mają atrakcyjne zawody, ale daleko im do singielek opisywanych przez socjologów. To raczej mentalne idiotki, które pozostały na poziomie pustych, rozchichotanych nastolatek. Jedna z nich, pisarka Carrie Bradshaw, twierdzi, że co roku młode kobiety przyjeżdżają do Nowego Jorku w poszukiwaniu miłości i metek. "Ja z metkami uporałam się szybko, więc skupiam się na miłości" – dodaje i to zdanie charakteryzuje ją całkowicie. Jej przyjaciółki są podobne. Razem tworzą dość kuriozalną grupkę.
Film Michaela Patricka Kinga denerwuje i zwyczajnie nudzi. Bo trudno przez dwie godziny przyglądać się sztucznemu światu zaludnionemu przez lalki Barbie. Nie pomaga nawet rewia mody na ekranie. Vuitton, Chanel, Dior – poniżej tych marek bohaterki nie schodzą. Tylko co z tego, skoro w filmie brakuje Meryl Streep. Gdy ona w obrazie "Diabeł ubiera się u Prady" zagrała naczelną "Vogue", ekran żył wszystkimi kolorami jej osobowości. Aktorki z "Seksu..." są dramatycznie złe, zachowują się jak w serialu, lecą schematami, nie budują postaci, tylko wygłaszają swoje kwestie.
"Seks w wielkim mieście" jest rozrywką idiotyczną i pretensjonalną. I ten dziwoląg wchodzi do kin z wielką pompą. Telewizyjna subkulturka rozlewa się na duży ekran, publiczność śmieje się do rozpuku, a Chaplin, Vincente Minelli i Billy Wilder przewracają się w grobach.
Barbara Hollender
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA