Historia

Marina, Marina, Marina

Rzeczpospolita
Z dwóch największych XVI-wiecznych konkwistadorów hiszpańskich Hernán Cortés wydaje mi się sympatyczniejszy.
Wiem, równi są w okrucieństwie, zdzierstwie i fanatycznej wierze oraz desperackiej odwadze. Czyny obu są wprost niesłychane, niewiarygodne: jakby nieurodzajna Hiszpania wypluła na Nowy Świat ludzi z żelaza, a czoła ich były miedziane. Obaj byli też wybrańcami bogów. Bóg chrześcijan wspomagał ich na równi z bóstwami prekolumbijskimi; Quatzalcoatlem i Virakochą. Cortés i Pizarro – bracia w niewiarygodnym szczęściu, krwi i złocie.
Ale jest pewna różnica, bo Cortés, mimo wszystkich zbrodni wciąż usiłuje pozostać hidalgiem-dżentelmenem; Pizarro zawsze jest żołdakiem wręcz modelowym – od pięt do czuba. Zdobywca Meksyku miał jednak jakiś szlif i polor, studiował ze trzy lata na sławnym uniwersytecie w Salamance. O ile wiem, studentem był raczej marnym, wyobrażam sobie, że jak wielu scholarom wszystkich czasów bliższe mu były rozmaite swobody i radości życia studenckiego, niźli ślepienie w kąciku nad książeczką. Musiał mieć też pociąg do awanturniczych romansów, skoro (bodajże w roku 1502) był łaskaw – w najlepszym stylu brawurowych kochanków – wspiąć się na mur od ogrodu oddzielający renomowany pensjonat dla dobrze urodzonych panien od reszty Madrytu. Z tego muru efektownie spadł, łamiąc sobie nogę. A miał realną szansę na zaciągnięcie się pod banderę wielkiego Kolumba, który ruszał właśnie na swą czwartą wyprawę. Wyobraźmy sobie: eskadra Kolumba podnosi kotwice, rozwiewają się flagi na masztach okrętów, nadzieja na złoto Nowego Świata wstępuje w serca wszystkich załóg. Płyniemy nareszcie! A przyszły zdobywca azteckich skarbów leży – za przeproszeniem – z nogą na wyciągu... Musiał zdrowo zgrzytać zębami.
Zamiłowanie do romansów nie opuściło Cortésa w Nowym Świecie, skoro na kilka lat związał się tam z Indianką, którą Hiszpanie zwali Dona Marina. Jeśli wierzyć Bernalowi Díazowi del Castillo, świetnemu kronikarzowi konkwisty, dziewczyna musiała być piękna i nieszczęśliwa. Kryje się za tym jakaś ponura tragedia, bo ta rdzenna pono aztecka księżniczka została wcześnie sprzedana przez matkę wrogim Tabaskanom. Marina miała powody, by nienawidzić. U boku Cortésa, do którego się miłośnie przywiązała, będzie też pełnić funkcję tłumaczki i – jak powiadają niektórzy – swego rodzaju instruktora w zakresie rozmaitych układów pomiędzy plemionami XVI-wiecznego Meksyku. Mogło to mieć pewne znaczenie: przecież Cortés szedł na Tenochitlan w sojuszu z nienawidzącymi Azteków Tabaskanami i Tlaskalanami. Cortésowi, poza bogami, bronią palną, dziwnymi zwierzętami, które potrafiły unieść na grzbietach ciężkozbrojnych jeźdźców, pomagały więc jeszcze inne wielkie siły: kobieca miłość i kobieca nienawiść. Za ich sprawą meksykańska epopeja Cortésa zmienia się w wielki szekspirowski dramat, w wielką literaturę mocno podszytą tradycją antyczną. Może to tylko bajka, ale tak bardzo chce się w nią wierzyć. Oczywiście, ta historia, jak to historia wielkiego romansu, nie mogła skończyć się happy endem. W roku 1525 Cortés po prostu wydał Donę Marinę za innego Hiszpana, niejakiego Juana Xamarillo. Na do widzenia dał jej w posagu wielki szmat ziemi... I tak to właśnie w życiu bywa. Co z nią się działo dalej, nie wiemy: czy tęskniła po Zdobywcy, czy wreszcie znalazła spokojne szczęście w ramionach rycerza Juana? I czy choć trochę płakała nad nieszczęsnym losem swych rodaków?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL