Piłka nożna

Liczenie owiec

Rzeczpospolita
Po sześciu godzinach zjazdu w sprawie korupcji okazało się, że wszyscy tracili czas, a niektórzy jeszcze resztki dobrego imienia. Zebranie w Warszawie było kompletnie pozbawione sensu. Planowaną dymisję zarządu można było ogłosić tuż po sobotnim spotkaniu z ministrem sportu. Też byłyby flesze, kamery, wywiady, może tylko mniej oklasków. Przeprosiny również prezes mógłby wówczas dołączyć w pakiecie, bez ściągania na niedzielę z różnych stron kraju blisko dwustu osób.
Cała reszta była kompromitacją. Puste przemowy, wrzucanie sobie kamyków do ogródka i perła w koronie tego bałaganu: projekt rewolucji w pierwszej i drugiej lidze wyciągnięty z kapelusza, opracowany w tajemnicy nawet przed niektórymi delegatami, bo nie znaleźli go w dokumentach zjazdu. Nie wiedzieli, do czego się odnoszą, zabierając głos, poczuli się oszukani i trudno się dziwić, że zjazd w końcu przerwano.
Ten projekt był puczem przygotowanym przez szefów wojewódzkich związków piłki nożnej, ale nie jest tajemnicą, że wiedzieli o nim przynajmniej niektórzy członkowie zarządu. Mało tego – dali na niego ciche przyzwolenie, uczestniczyli w naradach. To oznacza, że wówczas, gdy wszyscy od PZPN oczekiwali jakiegoś przełomu, choćby próby oczyszczenia, część delegatów bawiła się w spiski i tajemnice. Reszta nie robiła nic, bilans zjazdu jest tego dowodem. Gdy wszyscy oczekiwali jakiegoś przełomu, część delegatów bawiła się w spiski i tajemnice
Projekt zmiany systemu kar przedstawiony przez Ekstraklasę SA jest kontrowersyjny, a może po prostu zły. Ale spółka i popierająca ją telewizja Canal Plus miały przynajmniej odwagę powiedzieć głośno jeszcze przed zjazdem, czego chcą. Związek tylko kluczył. Czy można się było spodziewać czegoś innego? Kto miał dość kolejnych pustych przemów, mógł podczas zjazdu zabawić się w liczenie owiec. Tych czarnych, bo na sali zjazdu poświęconego walce z korupcją byli delegaci, o których wiadomo, że kiedyś kupowali mecze. Ich szczęście polega na tym, że albo zrobili to, zanim ten proceder stał się przestępstwem, albo nie dali się złapać. Były selekcjoner reprezentacji, któremu zabrano tytuł mistrza Polski zdobyty ze znanym klubem. Były kierownik drużyny, pomagający utrzymać w lidze zacny dziś zespół ekstraklasy. Były prezes klubu, który na swoim boisku z pomocą sędziów żadnemu rywalowi nie pozwalał wygrać. I oni w niedzielę razem z innymi zastanawiali się nad tym, jak to bagno osuszać. Michał Listkiewicz też zna ich przeszłość. Na wyczyny niektórych sam patrzył z trybun. To jest część spadku, który prezes zostawi swojemu następcy. Część równie ważna jak inne: pełna kasa związku, dwa mundiale, w których reprezentacja grała, jedne mistrzostwa Europy, w których zagra, i prawo organizowania kolejnych razem z Ukrainą. Delegaci twierdzą, że nie ma lepszego człowieka do trzymania steru polskiej piłki niż Michał Listkiewicz. Na szczęście od września będziemy to mogli sprawdzić.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL