fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Niepokojące „stulecie wypędzeń”

Niemieckim komentatorom zbyt łatwo przychodzi uznawać polskie zastrzeżenia wobec „Widocznego znaku” za przeczulenie albo wręcz za nacjonalizm – twierdzi historyk w rozmowie z Piotrem Semką
Rz: Jak się panu podoba projekt rządu RFN dotyczący „Widocznego znaku przeciw ucieczkom i wypędzeniom”?
Jestem rozczarowany piętnem jakie odcisnęła na nim optyka historyczna, jaką lansuje Związek Wypędzonych. Owszem, są w projekcie fragmenty szanujące polską wrażliwość. Ale jest też powrót do ulubionej tezy Związku Wypędzonych – że XX wiek był stuleciem wypędzeń. To klejenie dwóch przeciwstawnych narracji historycznych.
Dlaczego niepokoi koncepcja XX wieku jako stulecia wypędzeń?
Bo w ten sposób zło tego czasu, naznaczonego zbrodniczymi totalitaryzmami, definiuje się jedynie poprzez pryzmat wysiedleń. Umieszcza się powojenne deportacje Niemców wśród wielu – różnych przecież w swojej skali – operacji, począwszy od wygnania Ormian z Turcji w latach 20. poprzez powojenne wysiedlenia Włochów z Jugosławii czy Finów z Karelii aż po czystki etniczne w Bośni i Kosowie w latach 90. zeszłego wieku. Za taką wizją historii idzie teza, że wszystkie wysiedlenia były równie złe i zbrodnicze i że berliński „Widoczny znak” ma być symbolicznym hołdem dla wszystkich wysiedlonych w ubiegłym wieku. Taka wizja dziejów musi budzić zastrzeżenia. Przecież zupełnie inny splot wydarzeń doprowadził Niemców od szaleństwa nazizmu i wojny po deportacje z lat 1945 – 1947, a inne były losy mniejszości ormiańskiej, które tureckie władze wybrały na ofiary swej szowinistycznej kampanii nienawiści po I wojnie światowej.
Co w takim razie powinien pokazywać „Widoczny znak”?
Wpierw uwiedzenie większości Niemców przez Hitlera, potem potworne niemieckie zbrodnie w okupowanych krajach środkowej i wschodniej Europy, łącznie z udziałem w nich pewnej części niemieckiej mniejszości z tych krajów, przesunięcia granic Polski, deportacje Polaków z Kresów – dopiero na tym tle można pokazać powojenne wywózki Niemców jako skutek pasma nienormalności ciągnących się od 1933 roku.
Tymczasem teraz celem „Widocznego znaku” jest „potępienie wypędzeń”, a więc pośrednio także decyzji podjętej na konferencji poczdamskiej. Jeśli jego pomysłodawcy twierdzą, że wysiedlenie niemieckiej ludności było zbrodnią godną potępienia, to oczekuję od nich odpowiedzi na pytanie: a jaka wówczas była alternatywa dla deportacji? Twierdzenie, że po sześciu latach brutalnej wojny i niebywałych okrucieństw było możliwe współżycie Polaków i Niemców, jest skrajnie naiwne. Jak miano zaprowadzić pokój w tej części Europy?
Niemcy zapowiadają na jesieni międzynarodową konferencję na temat kształtu „Widocznego znaku”. To dobry pomysł?
To zależy. Można zainicjować autentyczną dyskusję, ale można też zaprosić historyków z różnych krajów do wspólnej opowieści o „stuleciu wypędzeń”. Umiędzynarodowienie dyskusji o „Widocznym znaku” pozwala ukryć fakt, że powojenne deportacji Niemców to głównie problem psychologiczny na linii Berlin – Warszawa i Berlin – Praga.
W projekcie „Widocznego znaku” nie widać specjalnego podkreślenia losów Polski i Czech w latach 1938 – 45. A przecież to emocje wywołane zachowaniem Niemców w latach 30. i w czasie okupacji zaostrzyły konflikt po wojnie.
Boję się tworzenia wrażenia, że determinacja Polaków i Czechów w sprawie deportacji Niemców brała się z jakiejś irracjonalnej histerii. Z wrodzonego szowinizmu lub obsesyjnego antygermanizmu. Właśnie to próbuje sugerować szefowa Związku Wypędzonych Erika Steinbach, twierdząc, że na zachodzie Europy też były zbrodnie nazistowskie, a nie było „wypędzenia”. Trzeba być historycznym ignorantem, by na równi stawiać skalę zbrodni na zachodzie i wschodzie Europy. Ale za tym zabiegiem kryje się określony cel: zdyskredytowanie narracji przyczynowo-skutkowej na rzecz narracji „stulecia wypędzeń”. Bo to niesłychanie zbrodnicza wojna wzbudzała lęki i zatwardziła serca. Ale w wypadku Polaków to były serca ludzi, którzy widzieli rzeź na swoim narodzie.
Dyskusji o „Widocznym znaku” nie ułatwiał chyba okres rządów Jarosława Kaczyńskiego, bardzo ostro w Niemczech krytykowanego.
Tak, pozwoliło to zwolennikom Eriki Steinbach występować w roli obrońców „normalności” przeciw irracjonalizmowi polskiego rządu. Głoszono wtedy: „także Niemcy mają prawo opłakiwać swoje ofiary”. W Polsce dla odmiany nazbyt skupiono się na samej postaci pani Steinbach, a za mało uwagi poświęcono niepokojącej filozofii „stulecia wypędzeń”.
Ale w tygodniku „Der Spiegel” bywały też teksty krytyczne o Związku Wypędzonych, na przykład ten z 2006 roku wyliczający, ilu byłych nazistów znalazło się w jego szeregach.
Tak było, ale zawsze traktowano to jako kwestię wewnątrzniemiecką. Podobnie niedawno, gdy media niemieckie nie zostawiły suchej nitki na filmie o zatopieniu okrętu „Gustloff”. Bardziej martwi mnie jednak to, że media niemieckie słabo rozumieją polskie zastrzeżenia wobec „Widocznego znaku”. Niemieckim komentatorom zbyt łatwo przychodzi uznawać je jako przeczulenie czy wręcz polski nacjonalizm. Być może źle przedstawiliśmy nasze racje albo trudno nam było je oddzielić od stanu relacji polsko-niemieckich.
Jakie głosy słychać było w Niemczech po ogłoszeniu projektu rządu w sprawie „Widocznego znaku”?
Tekst projektu opublikowano tylko w „Rzeczpospolitej”. W Niemczech uznano to jedynie za pozytywne zakończenie negocjacji między SPD a CDU i uznano stanowisko rządu w Warszawie za pośrednią akceptację projektu. Odetchnięto więc z ulgą, że kłopot został rozwiązany. To niedobrze, bo wciąż jest o czym dyskutować.
Czy polscy historycy powinni przyjmować zaproszenia do jakichś rad konsultacyjnych przy „Widocznym znaku”?
Moim zdaniem polscy badacze powinni przyglądać się tej inicjatywie i wyrażać opinie. Ale lepiej czynić to z dystansu. Nie powinni formalnie uczestniczyć w tym projekcie. Jego założenia nie rozwiały rozmaitych obaw. Wciąż nie wiemy przy tym, jaką rolę odgrywać w nim będzie Erika Steinbach. Powinniśmy cierpliwie tłumaczyć Niemcom, co w ich projektach nas niepokoi. Ale firmować tego projektu – nawet pośrednio – nie ma sensu.
Dr Robert Żurek jest historykiem. Pracuje w Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA