fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Literatura poza językiem - rozmowa z Markiem Bieńczykiem

Marek Bieńczyk – rocznik 1956. Prozaik, eseista, tłumacz m.in. Kundery i Ciorana. Laureat Nike w 2012 r. za zbiór esejów „Książka twarzy”. Współautor przewodnika enologicznego „Wina Europy”. W tym roku opublikował „Jabłko Olgi, stopy Dawida”.
Fotorzepa/Jakub Ostałowski
Marek Bieńczyk. Pisarz i tłumacz opowiada Małgorzacie Piwowar o Kunderze i jego nowej książce, która dziś się ukazuje.

Rz: Po pięciu latach milczenia Milan Kundera daje czytelnikom „Święto nieistotności". Książka powstała ponoć z inspiracji żony, która chciała, by napisał powieść, w której nic nie będzie na poważnie. Tak jest?

Marek Bieńczyk:
Nie całkiem. Już w „Powolności" wypowiedział takie marzenie o książce zabawce, niepoważnej w każdym calu, a żona ostrzegała go, że krytycy powieszą na nim wszystkie psy, jeśli coś takiego zrobi. Ale, jak to u Kundery, w tym żarcie coś jest – coś, co chce jeszcze o świecie powiedzieć.

„Święto nieistotności" opublikowane zostało po włosku, później po hiszpańsku, a dopiero potem po francusku – w języku, w którym zostało napisane. Dlaczego?


Kundera parę razy wydawał powieści najpierw poza Francją. Bywało i tak, że premierowo ukazywały się w Hiszpanii i Islandii, gdzie ma wielu przyjaciół i czytelników. Kaprys wynikający pewnie z faktu, że w tych krajach jest fenomenalnie popularny, bardziej niż we Francji.

Przypomnieć trzeba, że mając 60 lat, zmienił język pisarski z czeskiego na francuski i w 1995 roku wydał powieść „Powolność" (1995). To korzystna zmiana?

To jest przemyślany wybór, który ma wskazywać, że dla jego rozumienia sztuki powieści sam język nie jest aż tak istotny. To, co jemu wydaje się w powieści prawdziwie artystyczne – kompozycja, układ, temat, wewnętrzne powiązania między poszczególnymi fragmentami czy rozdziałami – jest właściwie pozajęzykowe.

Różnią się powieści Kundery pisane po francusku od tych po czesku?

Mniej, niż można by się spodziewać. Różnica między kolejnymi książkami wypływa bardziej z chwili, w których były pisane. Każdy moment biologiczny wytwarza inną energię pisarską. Inna jest ona w 30. roku życia, a inna w 70. Pisząc po francusku, Kundera stał się może bardziej definicyjny, skrótowy, dokładny.

Dlaczego zaczął pan tłumaczyć jego książki?

„Nieznośna lekkość bytu" była lekturą pokoleniową. Rozbłysła w ciemnościach polskiej literatury w stanie wojennym. Była wielkim odkryciem: Kundera pisał inaczej o życiu w komunie; znalazł inny sposób mówienia o tym. To nie była książka polityczna, choć wciąż się do polityki – bardzo szczególnie – odwoływała. Ani „Żart", ani „Nieznośna lekkość bytu" nie są książkami wprost politycznymi i po przyjeździe na Zachód pisarz ciągle musiał to powtarzać, bo czytano go jako dysydenta, czego absolutnie nie akceptował.

Rozczarował go Zachód?

Paradoksalnie mogło go rozczarować tamtejsze życie intelektualne. W Czechach oni gorąco przeżywali lata 60. nie tylko w sferze politycznej, lecz także kulturalnej. Kundera dużo wtedy pisał o znaczeniu kultury i wielkiej sztuki dla narodu. We Francji zobaczył, że Paryż, stolica kultury, to dwór, w którym toczy się jałowe, dworskie, steatralizowane życie, a zamiast kultu sztuki panuje kult rynku. Nie tyle stał się zgorzkniały, co stał się pisarzem zmierzchu, odchodzącej Europy jako gwaranta ducha i piękna.

Jak pan go poznał?

Przełożyłem jego książkę, sam sprawdził przekład, później poszedłem na jego paryskie seminarium. Wobec studentów i tłumaczy zachowywał się z wielką kindersztubą. Polska była dla niego istotna, w Paryżu przyjaźnił się z Brandysem, zapraszał na seminaria polskich pisarzy i artystów. Lubi kulturę polską, uważa ją za wielką kulturę europejską, jedną z najważniejszych.

Od 1984 roku Kundera nie udziela wywiadów. Dlaczego unika mediów?

Z powodu złych doświadczeń z dziennikarzami, którzy publikowali rzeczy nieautoryzowane albo wręcz przez siebie wymyślone. Od dawna nie pojawia się publicznie, tylko wśród przyjaciół, tak wybrał. Ale zdarzył się niedawno wyjątek – zabrał publicznie głos w obronie Romana Polańskiego, chociaż nie znał go wcześniej.

Kundera w „Wykładzie jerozolimskim: powieść i Europa" napisał: „Powieściopisarz to ten, kto według Flauberta pragnie ukryć się za swoim dziełem". Wymyśla siebie?

Jak każdy pisarz kreuje własny wizerunek artysty. To, co powiedział o Flaubercie, jest dla niego samego istotne: chce być powieściopisarzem, który poświęcił życie pisaniu powieści oraz eseistycznej medytacji nad historią powieści. I tylko to ma po nim zostać. Nie biografia, nie prywatna korespondencja, nie teksty okolicznościowe nawet, których nie pozwala wznawiać, lecz dzieło, a dokładniej to, co uznaje dzisiaj za godne publikacji. Do ostatniego wydania swych dzieł wybrał tylko książki, które uważa za istotne dla swego artystycznego postępowania.

Za co pan go ceni?

Długo by o tym rozmawiać. Za niezwykłą uważność wobec drobiazgów. Za artystyczny pomysł na powieść. Za wiarę w literaturę. Za autoironię. I za parę innych jeszcze rzeczy. Za to, że obserwuje tak dokładnie gesty na przykład.

Gesty są też istotnym motywem pańskiej ostatniej książki „Jabłko Olgi, stopy Dawida"...

Ludzkie gesty, bezsłowna mowa ciała zawsze mnie poruszały. Mam ich pełno w pamięci. Jak opisuję w książce, z ludzi, których kiedyś kochaliśmy, w pamięci bardziej niż cokolwiek innego – niż ich słowa, czyny – pozostają właśnie gesty. Gesty wzruszają.

Tak jak mnie historia o pana matce, która jako osoba w bardzo podeszłym wieku zaczęła czytać książki i odczuwać z tego powodu radość, a także historia o przyjaźni wspieranej przez niezachwiane uczucia do bohaterów stworzonych przez Edmunda Niziurskiego i Adama Bahdaja....

Opowiadam w tej książce całkiem proste historie – o podstawowych uczuciach i doświadczeniach. Radość, przyjaźń, zachwyt. Albo z drugiej strony: lęk, panika, nieprzeparte pragnienie ucieczki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA