Muzyka

Carlos Santana: Graniem wzywam anioły

Carlos Santana
Sony BMG
Latynoski mistrz gitary wystąpi z koncertem w Warszawie 27 czerwca. Opowiada o zmienianiu świata bez użycia przemocy, o medytacji i spotkaniach z aniołami
Pan najlepiej zna Carlosa Santanę, kim jest prywatnie ten świetny gitarzysta?
Carlos Santana: Mam 60 lat, ale wiek nie ma znaczenia, bo jestem dzieckiem Bożym. Nie lubię opisywać siebie przez pryzmat tego, co robię na scenie. Spodobały mi się słowa mistrza karate Bruce'a Lee, który powiedział, że najlepiej być jak woda. Ona potrafi się przystosować do każdej sytuacji. Raz jest deszczową chmurą, innym razem oceanem czy płynem w szklance lub w filiżance herbaty, jednak zawsze pozostaje sobą. Sprawia pan wrażenie odprężonego, wyciszonego.
Bo staram się żyć normalnie, bez pośpiechu. Większość czasu poświęcam na słuchanie muzyki o afrykańskich korzeniach – Johna Coltrane'a i Boba Marleya. Czytam "Kurs cudów". Dla mnie to kojąca lektura pozwalająca zrozumieć siebie, rozwiązać własne problemy i dążyć do harmonii. To jedna z najważniejszych pozycji New Age. Życie duchowe interesuje mnie bardziej niż religie. Zbyt wielu ludzi zamordowano w ich imieniu. Dlatego nie utożsamiam się z żadną. Szanuję papieża, ale idę za głosem swojego serca. Ktoś powiedział, że najwspanialszą religią jest bycie dobrym dla ludzi. To najważniejszy cel mojego życia duchowego. Na okładkach pana płyt można zobaczyć anioły, a pan twierdzi, że się z nimi kontaktuje... Jeśli chcemy żyć w zgodzie z sobą, zaczynamy zastanawiać się, na czym naprawdę nam zależy. Zapominamy o negatywnych stronach życia, o tym, że jesteśmy ofiarami tego świata i ludzi, którzy ranią nas do bólu. Wykorzystując boże błogosławieństwo, zwracamy się w stronę dobra i wyzwalamy z cierpienia. Wtedy przychodzą anioły. Medytuje pan przed każdym występem? Muzyka ma bardzo duży wpływ na młodych ludzi. Trzeba uważać, by przekaz towarzyszący piosenkom był pozytywny, nie kierował uwagi na zło, lecz koncentrował na sprawach dobra. Medytacja przed występem to rodzaj oczyszczenia, przygotowania do spotkania. Zapraszamy wtedy nasze anioły, by wzięły udział w koncercie, opiekowały się muzykami, publicznością. To jest podnoszenie muzycznego spotkania na wyższy poziom, przechodzenie od zwykłej zabawy do sfery duchowego przeżycia. 16 czerwca minie czterdzieści lat od pana debiutu w Fillmore West. Pamięta pan nastrój tamtego dnia? W powietrzu była wyczuwalna magia i ogromna energia. Byliśmy młodzi i chcieliśmy zmienić świat na lepsze, żyć inaczej niż poprzednie pokolenia. Pierwszym krokiem miało być przerwanie wojny w Wietnamie. I to się w końcu stało. Dzisiaj młodzi ludzie myślą podobnie jak my 40 lat temu. Rozumieją, że by dalej zmieniać świat, trzeba zakończyć wojnę w Iraku. I tak jak my wierzą, że to się w końcu uda. Był pan jedną z najważniejszych postaci hipisowskiego festiwalu w Woodstock i ruchu dzieci kwiatów. Jak pan ocenia dzisiaj jego bilans? Początki były wspaniałe, dostrzegam same pozytywy, jednak kiedy ruch stał się masowy, pojawiło się mnóstwo fałszu – w modzie, obyczajach, zachowaniach. Nawet uśmiechy i gesty miłości stały się fałszywe. Ale nasze dziedzictwo przetrwało i to jest najważniejsze. Chodzi o bunt przeciwko rządom świata, opór przeciwko brutalnej polityce wojny. Wcześniej to się nie zdarzało. Hipisi wyszli na ulice i poszerzyli granice demokracji. Zaczęli dbać o dobro najbliższych i wszystkich rodzin na świecie. Rządy o to nie dbają, im zależy tylko na bogactwie. Myślę, że wiele można nauczyć się od Polaków czy Węgrów. Wy zmieniliście kraj bez przemocy. Ruch hipisowski ma chyba niewielki wpływ na świat, skoro wciąż wybuchają wojny. Nieprawda. Większość ludzi żyje dzisiaj bardziej świadomie niż w przeszłości. Najlepszym przykładem jest Europa. Żołnierze i policjanci nie mogli dłużej zabijać waszych braci i sióstr, kiedy ludzie się zjednoczyli. W wielu miejscach świata zaczyna decydować demokratyczna większość. Kiedyś tak nie było. Jak się zostaje takim znakomitym gitarzystą jak pan? Dziękuję za miłe słowa. Słuchałem dużo muzyki, szanowałem takich mistrzów jak Buddy Guy, Eric Clapton i Jimi Hendrix. Ale interesowali mnie również wokaliści – Marvin Gaye i Bob Marley. Słuchając ich, szukałem sposobu przekazywania energii poprzez struny gitary – jak bym chciał zaśpiewać. Myślę, że to w mojej grze jest najważniejsze. Założył pan z żoną charytatywną fundację. Na czym koncentruje się jej działalność? Na edukacji młodych ludzi do świadomego życia, wyzbycia się złości i rezygnacji z przemocy, których źródłem jest brak wiedzy o człowieku. Nasza fundacja to zwykły wkład w cywilizowanie świata. Żeby zarobić na ich studia jak najwięcej, prowadzimy też restauracje. W mieście, gdzie się urodziłem, utrzymujemy szpital. Wspieramy walkę z AIDS w Afryce. Jest wiele sposobów na to, by służyć ludziom. A czy sprzedaż pięknych butów firmowanych pana nazwiskiem też wspiera działalność charytatywną? W całości!
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL