fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Od stalkingu do napaści i podpaleń

Fotorzepa/Sławomir Mielnik
W zeszłym roku 13 ofiar dręczycieli targnęło się na życie. Wcześniej było ich kilka. Nękanie przybiera bardziej agresywne formy.

Już nie tylko uprzykrzające życie esemesy w liczbie po sto dziennie, szkalowanie w sieci, nachodzenie w pracy czy śledzenie stosują stalkerzy wobec swoich ofiar. Nie dość, że tego rodzaju przestępstw jest coraz więcej, to przybierają bardziej drastyczne formy – twierdzą śledczy, którzy stawiają dręczycieli przed sądem.

Jak wynika ze statystyk Komendy Głównej Policji, które poznała „Rzeczpospolita", w 2014 r. doszło do blisko 3,5 tys. przypadków stalkingu, czyli o pół tysiąca więcej niż rok wcześniej. O ile w poprzednich latach było najwyżej kilka ofiar dręczycieli, które wskutek uporczywego nękania próbowały targnąć się na swoje życie, o tyle w roku ubiegłym takich przypadków było 13. Ile osób podjęło próby zakończone śmiercią – o tym policyjne statystyki nie mówią.

Śledczy zauważają, że stalking ewoluuje i – kiedy w ocenie sprawców nie przynosi pożądanego efektu – bywa wstępem do bardziej dotkliwego nękania.

Jedna z najbardziej drastycznych spraw dotyczy mieszkanki Chrzanowa w Małopolsce. Gdy młoda kobieta odrzuciła ofertę wspólnego życia z 41-latkiem, który kładł parkiet w jej mieszkaniu, ten urządził jej piekło. Kiedy namowy nie zadziałały, mężczyzna zlecił pobicie kobiety, podpalił jej dwa kolejne samochody i drzwi mieszkania.

– Sprawca podpalił samochód przy bloku, w miejscu, gdzie znajdował się zawór gazu. Spowodował tym zagrożenie także dla innych mieszkańców – mówi „Rzeczpospolitej" Bogusława Marcinkowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Krakowie.

Dramat kobiety trwał ponad półtora roku. Ostatecznie dręczyciel został zatrzymany i usłyszał w sumie dziewięć zarzutów.

Inny ze stalkerów, działający w Krakowie, najpierw nachodził ofiarę, a później wdarł się do jej mieszkania. Tam bił ją, szarpał, uderzył w twarz, kopał i dusił.

Z kolei w Warszawie zatrzymany w zeszłym roku 24-latek nachodził ofiarę na uczelni, wysyłał do niej esemesy, grożąc, że ją zgwałci i zabije, aż w końcu napadł ją na ulicy.

Najczęściej powodem uporczywego dręczenia – jak twierdzą śledczy – są zawiedzione uczucia: zerwane związki albo odrzucone zaloty.

Psycholog społeczny, prof. Zbigniew Nęcki uważa, że nagłaśnianie problemu ułatwia decyzję sprawcom o agresywnych zamiarach. – Słyszą, że inni to robią, i w podobny sposób usiłują wyrównać rachunki za rzekome krzywdy, jakich doznali. W taki sposób usprawiedliwiają swoje działanie – mówi Nęcki. Jak dodaje, często osoby z tendencją do stalkingu są przyzwyczajone do dominacji, podporządkowania sobie otoczenia, a kiedy ktoś się od tej dominacji uwalnia, nie są w stanie tego zaakceptować.

Zdaniem prof. Nęckiego wpływ na rosnącą skalę stalkingu ma z kolei to, że reakcja instytucji wciąż jest za wolna. Przez to stalkerzy czują się bezkarni. – A poczucie bezkarności prowadzi do braku hamulców – wyjaśnia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA