fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Artur Żmijewski pokazuje w Sopocie najnowsze prace

Artur Żmijewski, „Pejzaż totalny”, 2015. Czy aura Cmentarza Żydowskiego przesądziła o nastroju prac?
Dzięki uprzejmości artysty
Artur Żmijewski pokazuje w Sopocie najnowsze prace i warsztaty dla dzieci.

Ostatni dzień lutego, wczesne popołudnie. W Państwowej Galerii Sztuki, tuż obok sopockiego molo, zbierają się dzieciaki; dostają pędzle, farby; zaczynają akcję odmalowywania wraku samochodu. Bawią się świetnie.

Co szczególnego w tych zajęciach plastycznych dla małolatów? Otóż fakt, że zainicjował je Artur Żmijewski, który także bierze udział w pacykowaniu. Zaangażowany jak maluchy, upaprany po łokcie, przejęty.

Te igraszki były aneksem do wystawy „Prace warsztatowe" (kurator Adam Mazur), złożonej głównie z filmów dokumentujących inne paraartystyczne wydarzenia animowane przez Żmijewskiego.

Artur Żmijewski, lat 49, absolwent ASP, gwiazdorskie bio, reprezentant Polski na weneckim biennale sztuki pracą „Powtórzenie" (2005).

Nie minęły dwa lata od wielkiej prezentacji „Pracując" Żmijewskiego w Zamku Ujazdowskim – ale w zestawie filmów wybranych do „Prac warsztatowych" powtarza się tylko jedna rejestracja: „Msza I" z 2012 r. Nawiązuje do „Mszy II" z tego roku, nagranej w Teatrze Starym, z Janem Peszkiem w roli kapłana. Mocne i celne oskarżenie hipokryzji.

Poza tym zaprezentowano różne sfilmowane wydarzenia, mające wspólną cechę: działanie z grupą.

Animując

Żmijewski przybiera wobec tych zespołów rozmaite role: prowokuje, animuje i obserwuje, czasem także współuczestniczy. Zachowuje dystans, pozostaje w cieniu.

To nie Tadeusz Kantor, który manipulował aktorami-marionetami; nie Marina Abramović, która narażała własne ciało na niemiłe dlań interwencje; nie Jerzy Bereś, celebrujący quasi-misteria jako kapłan i jednocześnie ofiara. Mogłabym wymienić jeszcze wielu artystów ze starszych generacji, którzy wydają się bliższymi bądź dalszymi powinowatymi Żmijewskiego. Oczywiście najbliższy jest mu jego były profesor Grzegorz Kowalski.

A.Ż. chętnie udziela się jako „badacz sztuki": przeprowadza wywiady, wypowiada się, teoretyzuje. Manifestuje prospołeczną postawę, empatię, otwartość. Unika oceniania. Sprawdza, kiedy i w jakich formach zawiera się przemoc. W tytułach lubi formę imiesłowową („Malując", „Pracując", „Gotując" itd.), co odbieram jako wyraz aktywnej, uczestniczącej postawy. Według niego stawanie się jest ważniejsze niż dokonanie.

Stara się być uczciwy – nie ma powodu mu nie wierzyć.

Odpłacę więc tym samym, nie ukrywając wątpliwości.

A.Ż. deklaruje brak zaufania do instytucji artystycznych, które – jego zdaniem – „oferują kulturę usypiającą". Znaczy to, że mumifikują twórczość, usztywniają wszelką kreatywność, eliminują autentyzm sztuki. Na domiar złego „pracownikom zaczyna się wydawać, że ich instytucje należą tylko do nich" (cytat z katalogu). W konsekwencji tych poglądów Żmijewski penetruje środowiska „dziewicze", niepodpadające pod zinstytucjonalizowaną dystrybucję sztuki. Stąd wycieczki do więzienia, akcje plenerowe z dzieciakami, warsztaty ze studentami różnych nacji (najnowsza, tegoroczna praca realizowana w Lipsku pt. „Obcy").

Rozumiem jego działania jako próbę powrotu do emocji towarzyszących procesowi twórczemu. Do instynktów, atawizmów tkwiących w nas, ludzkim gatunku. Widać to u dzieci: jak nasi praprzodkowie spontanicznie wyrażają siebie poprzez obrazy, barwy, kształty... Dlatego A.Ż. prowadzi grupkę młodych na Cmentarz Żydowski w Warszawie czy do lasu w Palmirach i obserwuje ich spontaniczne malarskie reakcje. Podobnie wyzwala plastyczną aktywność w kobietach osadzonych w Areszcie Śledczym na Grochowie.

Okazuje się, że przygnębiająca aura na poły zdewastowanej nekropolii skłania dzieci do sięgania po czerń z akcentami czerwieni; u osadzonych kobiet zaś przeciwnie, pojawia się feeria kolorów i nieskrępowana energia kształtów.

Wątpiąc

Przyjrzałam się uważnie narzędziom, którymi dysponowały dzieciaki w cmentarnej scenerii: miały tylko czarną i czerwoną farbę. Znaczy, nie kierowały się własnym odruchem, nie podziałała na nie specyfika miejsca... Natomiast dodawanie do malunków martwych liści, mchu, ziemi – to ich własna inicjatywa.

Zgadzam się z poglądami Żmijewskiego odnośnie do instytucji kultury (oraz innych). Ale tu pytanie: dlaczego artysta jednak wystawia prace swoje oraz „warsztatowców" w galeriach, i to tych najbardziej prestiżowych, a nie w bardziej dyskretnych, z założenia „niekulturalnych" miejscach?

Kolejna moja wątpliwość dotyczy warsztatów z młodymi ludźmi, którzy mają wyrazić wszechobecną przemoc. Pomijam mocno naiwne wyobrażenia na ten temat (czy naprawdę nauka obcego języka podpada pod przemoc?). Bardziej zadziwiły mnie efekty ruchowe. Rejestracja filmowa do złudzenia przypomina poszukiwania w eksperymentalnych teatrach z lat 60. i 70. (Laboratorium Grotowskiego, Gardzienice Staniewskiego) czy parateatralne doświadczenia prowadzone przez happenerów bądź performerów (m.in. Kantor, Abramović, Acconci).

Tak, sztuka wizualna, jak cała kultura, ba! cywilizacja, jest w stanie kryzysu. Żmijewski proponuje w tył zwrot. Szuka spontaniczności, czystości, gorączki twórczej, twórczego wrzenia. Dotarcia do wszystkich, także tych z pewnych racji eliminowanych (kalectwo, niska pozycja społeczna, brak finansowych możliwości). Ale czy my, odbiorcy, wierzymy w jego bezinteresowność?

Wystawa czynna do 5 kwietnia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA