fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Raport NBP o euro a wybory

Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Kwestia wejścia Polski do strefy euro powinna stać się jednym z kluczowych tematów kampanii wyborczej – pisze ekonomista.

Na nowy raport Narodowego Banku Polskiego o dylematach dotyczących przystąpienia Polski do strefy euro w pokryzysowych warunkach trzeba było czekać dosyć długo. A gdy się już ukazał, pozostał raczej niezauważony i nie stał się, przynajmniej jak dotąd, przedmiotem poważnej dyskusji. Nie został w każdym razie zauważony przez prof. Witolda Orłowskiego, który po dłuższym milczeniu w sprawie euro jakby ocknął się i wskazuje na konieczność ożywienia dyskusji. Do napisania artykułu („Rzeczpospolita" z 7 stycznia 2015 r.) zainspirowało go jednak przystąpienie Litwy, a nie raport NBP. Dokument został słabo zauważony nawet przez prezesa NBP, który w sceptycyzmie co do członkostwa Polski w strefie euro (wyrażonym np. w wypowiedzi z 22 grudnia dla PAP) idzie dużo dalej. Z raportu nie wynika przecież, że „Polska jest bezpieczniejsza poza strefą euro". Opracowanie banku centralnego zostało co prawda zauważone przez prof. Alojzego Z. Nowaka i prof. Kazimierza Rycia („Rzeczpospolita" z 27 stycznia 2015 r.), ale tylko jako punkt wyjścia dla własnych rozważań.

Powody ciszy

Nasuwa się pytanie, dlaczego raport nie wywołał większego oddźwięku? Pytanie to jest bardzo ważne, ponieważ bez szerokiej i pogłębionej dyskusji nad tym raportem nikłe są szanse, by przystąpienie do strefy euro stało się jednym z kluczowych tematów debaty przed wyborami prezydenckimi, a następnie parlamentarnymi. Z kolei bez włączenia tej kwestii do kampanii przedwyborczej nie ma szans na odbudowę społecznego poparcia dla członkostwa w strefie euro, które radykalnie zmalało ze względu na zaniechanie przez rząd i bank centralny akcji informacyjnej prezentującej bilans kosztów i korzyści w sposób bardziej wnikliwy i wielowymiarowy.

Szukając odpowiedzi na to pytanie, trudno oprzeć się wrażeniu, że intencją NBP było, aby raport nie został szerzej dostrzeżony. Za taką, wydawać by się mogło „spiskową" interpretacją przemawia kilka względów. Po pierwsze, trudno się zorientować, jaki jest formalny status dokumentu. Nic nie wskazuje na to, że raport uzyskał aprobatę organów NBP: prezesa, RPP oraz zarządu i że tym samym zawarte w nim treści można traktować jako oficjalne stanowisko banku centralnego. We wstępie nie zamieszczono też jednak zwyczajowej uwagi, że to praca o charakterze naukowym i dlatego poglądy autorów niekoniecznie odzwierciedlają oficjalne stanowisko instytucji, w której są zatrudnieni.

Po drugie, o ile mi wiadomo, publikacji raportu nie towarzyszyła szeroka akcja informacyjno-promocyjna, jaką z powodzeniem mógłby przygotować i przeprowadzić NBP. Po trzecie, i najważniejsze, niezależnie od intencji organów NBP, „Ekonomiczne wyzwania integracji Polski ze strefą euro" to w mojej ocenie nie raport w ścisłym rozumieniu, ale praca o charakterze naukowo-eksperckim, która powinna zostać opublikowana w serii „Materiały i Studia NBP". Dzięki temu jej status byłby jednoznaczny.

Duży niedosyt

Mówiąc wprost, niezależnie od znacznej merytorycznej wartości cząstkowych analiz, „Ekonomiczne wyzwania..." nie są jako całość opracowaniem, jakiego można było oczekiwać. Opinię tę opieram na następujących przesłankach:

1.

Przy budowie struktury nie oparto się na intuicyjnie zrozumiałym i kluczowym dla dyskursu publicznego kryterium koszty–korzyści, które było osią analizy w dwóch wcześniejszych raportach NBP. Gdyby przyjęto takie kryterium, to nowe wnioski byłyby porównywalne z wcześniejszymi, dzięki czemu uwypuklone zostałoby znaczenie realiów pokryzysowych;

2.

Raport nie zajmuje się politycznymi skutkami pozostawania poza strefą euro. Ta świadoma decyzja autorów nie zmienia faktu, że w świetle obecnej sytuacji jest to poważny mankament opracowania. Niezależnie od tego, osobny rozdział powinien zostać poświęcony ekonomicznym skutkom pozostawania poza strefą euro. Zresztą w samym tytule zawarta jest teza, że Polska powinna się integrować ze strefą euro, niekoniecznie do niej przystępując;

3.

W raporcie pominięto doświadczenia krajów Europy Środkowej, które mimo kryzysu zdecydowały się wejść do strefy euro. Eksponowanie pośredniego argumentu związanego z wielkością kraju jest zabiegiem dosyć karkołomnym;

4.

Raport nie tylko nie daje żadnych bardziej konkretnych zaleceń dla polityki ekonomicznej, ale nawet nie wskazuje ogólnie, jak uruchomić sam proces potrzebnych reform strukturalnych. A przecież podobne czynniki odsuwają w czasie i kwestię członkostwa, i reform;

5.

Każda z dwóch części raportu stanowi odrębną całość. Nie zostały one z sobą w zadowalający sposób powiązane, o czym świadczą zresztą osobne podsumowania i bibliografie. Przy takiej konstrukcji potrzebne byłoby rozbudowane zakończenie analizujące najważniejszy, a właściwie pominięty problem: w jakim stopniu kierunki zmian w strukturze instytucjonalnej strefy euro są zgodne z koniecznymi działaniami wzmacniającymi potencjał polskiej gospodarki;

6.

Argumenty empiryczne są nadmiernie budowane na danych, które siłą rzeczy nie mogą uwzględniać skutków obecnego światowego kryzysu. Przykładem może być pominięcie coraz częściej pojawiających się ocen, że bardzo niski poziom realnych stóp procentowych (także stóp równowagi) może utrzymać się nawet przez kilka dekad.

Zadanie dla Rady Gospodarczej

Gdyby raport uzyskał aprobatę organów decyzyjnych NBP, to jego ranga byłaby zdecydowanie większa. Można by się wówczas spodziewać, że jego treść stanie się przedmiotem publicznej debaty. Jednak nawet przy bliżej nieokreślonym, nieoficjalnym statusie raport powinien zostać zauważony przede wszystkim przez Radę Gospodarczą przy Premierze, która powinna być też jego pierwszym ważnym recenzentem.

Rada powinna przygotować i upublicznić na ten temat dokument, który sprzyjałby rozwinięciu się dyskusji. Rada mogłaby też podjąć próbę uzupełnienia Raportu o wymiar uwarunkowań politycznych (od których on abstrahuje), dzięki czemu zostałby on łatwiej dostrzeżony przez polityków. Raport wraz z oceną Rady mógłby zresztą zostać przesłany do Sejmu, Senatu i Prezydenta, co z kolei zwiększyłoby zainteresowanie mediów i tym samym szansę na szerszą publiczną dyskusję.

W tym kontekście nasuwają się bardziej ogólne uwagi na temat roli i sposobu funkcjonowania Rady. Moim zdaniem jej dorobek w zakresie stymulowania merytorycznej, apolitycznej dyskusji nad strategicznymi wyborami gospodarczymi Polski jest bardzo niewielki i rozczarowujący. Mimo że członkami Rady są bardzo dobrzy ekonomiści, jej usytuowanie instytucjonalne powoduje, że upublicznionym wynikiem prac są przede wszystkim komentarze jej członków w mediach, często wzajemnie niespójne i dotyczące doraźnych kwestii.

Pomylone funkcje

Najbardziej jaskrawym przykładem pomylenia funkcji, jaką Rada powinna spełniać, jest to, że jej poprzedni przewodniczący został wysłany jako pełnomocnik rządu do negocjowania zapalnych kwestii ze związkami zawodowymi. Społeczny charakter Rady nie powinien oznaczać tylko tego, że jej członkowie nie otrzymują żadnego honorarium. Powinien przede wszystkim oznaczać, że są ciałem zewnętrznym, eksperckim i niezależnym wobec rządu. Dlatego nie powinny w niej zasiadać, a szczególnie jej przewodniczyć osoby, które są albo były członkami rządu lub posłami.

Po drugie, „społeczna" powinno oznaczać stymulowanie szerokiej, publicznej debaty pokazującej konsekwencje strategicznych decyzji gospodarczych dla różnych grup społecznych. Już ponad dwa lata temu pisałem w „Rzeczpospolitej" (21 maja 2012 r.), że lepszym rozwiązaniem instytucjonalnym byłoby powołanie państwowego centrum strategii gospodarczej, zamiast rządowego.

Przykładem dysfunkcjonalności Rady jest też wspomniany artykuł prof. Witolda Orłowskiego. Występuje on ze swym spóźnionym o co najmniej dwa lata apelem sam, nie odwołując się do żadnej opinii Rady i pomijając nawet w informacji biograficznej fakt, że jest jej członkiem. Nawet ex post nie nawiązał choćby do licznych wypowiedzi Jana Krzysztofa Bieleckiego, bardzo krytycznych wobec przystąpienia Polski do strefy euro, a niepopartych żadną pogłębioną analizą kosztów i korzyści.

Lista problemów strategicznych

Najważniejszym, najbardziej pilnym zadaniem dla nowej Rady powinno być przedstawienie listy strategicznych problemów gospodarczych, do których powinni odnieść się kandydaci w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Jako strategiczne należy uznać takie, które wykraczają co najmniej poza horyzont czasowy jednej kadencji władz.

Taka lista mogłaby zostać nieformalnie zaopiniowana i spopularyzowana przez redakcje ekonomiczne stacji telewizyjnych, radiowych i czasopism oraz przez różne organizacje zawodowe i społeczne. Jeśli lista nie powstanie, to debatę zdominują wydarzenia bieżące o mało istotnym lub co najwyżej o przeciętnym znaczeniu.

Zaletą listy byłoby to, że zmusiłaby ona kandydatów do rzetelnego przygotowania się do dyskusji. Mogłaby więc wpłynąć też na preselekcję kandydatów, ponieważ część z nich być może uznałaby, że kompetencyjnie nie bardzo potrafi sprostać debacie lub że właściwe przygotowanie się do niej byłoby dla nich zbyt dużym kosztem.

Biorąc pod uwagę najważniejsze kierunki dyskusji nad przyszłością gospodarki światowej, można przyjąć, że właściwym punktem wyjścia dla sporządzenia listy strategicznych pytań do polskich polityków mogłaby być hipoteza sekularnej stagnacji eksponowana przede wszystkim przez prof. L. Summersa i prof. P. Krugmana. Na takiej liście mogłyby znaleźć się następujące pytania:

a)

Za pomocą jakiej kotwicy instytucjonalnej, innej niż członkostwo w strefie euro, można zapewnić nieodwracalność dotychczasowych reform prorynkowych i demokratycznych oraz bezpieczeństwo polityczne Polski?

b)

W jaki inny sposób niż poprzez zintensyfikowanie prac nad wejściem do strefy euro można wymusić uruchomienie zmian strukturalnych w polskiej gospodarce?

c)

Co zrobić, aby silna polska przedsiębiorczość przełożyła się na wyższą innowacyjność gospodarki i dzięki temu pozwoliła uniknąć tzw. pułapki krajów na średnim poziomie rozwoju?

d)

W jaki sposób zwiększać bezpieczeństwo energetyczne kraju bez wywoływania nadmiernej etatyzacji i monopolizacji gospodarki oraz bez naruszania równowagi ekologicznej?

e)

Jak we współczesnym świecie rozumieć suwerenność ekonomiczną, czyli jak lepiej wykorzystywać korzyści z globalizacji, nie zmniejszając jednocześnie odporności gospodarki na transmisję zjawisk kryzysowych?

f)

Co robić, by nie dopuścić w Polsce do nadmiernej polaryzacji dochodów, zagrażającej długookresowemu tempu wzrostu gospodarczego także od strony popytowej?

Oczekiwanie, że wszystkie te ważne i trudne pytania mogłyby zostać uwzględnione w kampanii wyborczej, jest oczywiście obarczone dużą dawką optymizmu. Znacznie bardziej realistyczna jest dlatego propozycja, aby ważną częścią debaty stała się kwestia przyszłego członkostwa Polski w strefie euro.

Można się spodziewać, że przyjęcie stanowiska w tej kwestii wymagałoby od kandydatów ustosunkowania się także do pozostałych strategicznych dylematów. Obecnie jednak i ta propozycja jest mało realistyczna, ponieważ właściwie wszystkie główne siły polityczne przyjmują stanowisko: debata nad euro tak, ale dopiero po wyborach. Jest więc istotne pytanie: jakie jest uzasadnienie takiego stanowiska. Jeśli żadne uzasadnienie nie jest podawane, to nasuwa się przypuszczenie, że decydujący jest krótkookresowy interes polityczny. Jeśli tak, to trudno wierzyć, że dyskusja ta odbędzie się po wyborach. Obecna sytuacja w górnictwie powinna być wystarczającym ostrzeżeniem przed konsekwencjami odsuwania w czasie  dyskusji i decyzji w zakresie strategicznych kwestii gospodarczych.

Autor jest kierownikiem Katedry Makroekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, był członkiem Rady Polityki Pieniężnej".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA