fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jak rozumieć umowę o kredyt

Aleksander Chłopecki
Fotorzepa/Robert Gardziński
Tylko skrajny pozytywista prawniczy powie, że liczy się jedynie tekst umowy, a nie jej cel i znaczenie dla stron.

W sprawie frankowiczów i możliwości kontestowania reguł zawartych w umowach o udzielenie kredytu denominowanego we frankach wypowiedzi prawników co do możliwości np. rozwiązania takich umów odnoszą się przede wszystkim do tzw. klauzuli rebus sic stantibus: wskazanie na możliwość zmiany pierwotnego stosunku zobowiązaniowego ze względu na nieoczekiwaną zmianę stosunków społecznych towarzyszących powstawaniu tego zobowiązania. Kierunek wypowiedzi prawników można ocenić jako sceptyczny, bo klauzula ta to wyłom w zasadzie dotrzymywania umów. Podnoszenie kwestii niemożliwości przewidzenia zmiany kursu franka szwajcarskiego wydaje się dyskusyjne. W prasie pełno opisów przebiegłych doradców bankowych i klientów, którym „podstępnie wciśnięto" nieodpowiedni produkt. Patologie na pewno się zdarzyły, ale nie uzasadnia to tez prowadzących do konstatacji, że pracownicy banków in gremio to bandyci, a frankowicze to idioci.

Pomija się zupełnie kwestie w mojej ocenie podstawowe, które mogą wpłynąć na ocenę zasadności stosowania denominacji kredytu i sposobu stosowania tej denominacji. Wyobraźmy sobie dwie sytuacje. Pierwsza: kredyt udzielany jest rzeczywiście we frankach. Przez „rzeczywiście" rozumiem sytuację, gdy bank pożycza franki od innego banku, a następnie pożycza je (po zamianie na złote) kredytobiorcy. I bank, i kredytobiorcy muszą te franki zwrócić we frankach. Skoro bank jest tu swoistym pośrednikiem, to nie widzę ani prawnego, ani moralnego powodu, aby dzielił się z klientem ryzykiem kursowym.

Druga sytuacja to kredyt denominowany we frankach i wypłacany w złotych, którego źródłem nie jest pożyczka we frankach, lecz kapitały własne banków i depozyty złotowe klientów. Wydaje się, że taką sytuację można uznać za regułę. Czemu zatem służy denominacja kredytu we frankach? Otóż jest to niewątpliwie tzw. klauzula waloryzacyjna wyrażona w art. 3581 § 2 k.c., która wskazuje, że strony mogą zastrzec w umowie, że wysokość świadczenia pieniężnego zostanie ustalona według innego niż pieniądz (dorozumiany jako waluta polska) miernika wartości.

Art. 3581 k.c. to w ogóle piekielnie ważny przepis. W § 1 zawiera zasadę nominalizmu („zwracam tyle, ile pożyczyłem"), a w § 3 tzw. małą klauzulę rebus sic stantibus. A pośrodku, w § 2 wcale nieprzypadkowo jest zapis mówiący o klauzuli waloryzacyjnej. Jaki ma sens i cel taka klauzula? Bez wątpienia ochronny. W istocie zmierza ona do przywrócenia realnej wartości umówionego świadczenia. W przypadku frankowym chroni ona bank przed sytuacją inflacji w Polsce, przyjmując założenie (względnej) stabilności kursu franka. W razie znaczącej inflacji polskiej waluty w braku takiej klauzuli bank mógłby wprawdzie żądać wyższych odsetek, ale już nie zwrotu kapitału głównego w wyższej kwocie. Tyle tylko – i tu jest kwestia najważniejsza – że w Polsce w ogóle nie ma inflacji, lecz jest deflacja... A to oznacza, że nie ma sensu i celu stosowanie klauzuli waloryzacyjnej w takiej postaci jak zapisana w umowach.

No jak to – zapyta ktoś – przecież jest zapisana w umowach. Jest – tyle tylko, że nie bez kozery wskazuje ustawodawca w art. 65 § 2 k.c., że w umowach należy raczej badać, jaki był zgodny zamiar stron i cel umowy, aniżeli opierać się na jej dosłownym brzmieniu. My, nauczyciele akademiccy, zawsze uczyliśmy, uczymy i będziemy uczyli studentów, że celem klauzul waloryzacyjnych jest ochrona realnej wartości świadczenia, a nie gwałtowne i niewspółmierne wzbogacanie jednej ze stron transakcji. Proste zastosowanie literalnego brzmienia umowy w przypadku takim jak opisany powyżej jest sprzeczne z celem tej umowy – przynajmniej w zakresie regulacji waloryzacyjnych.

Jestem liberałem, i to konsekwentnym, i jako taki uznaję, że wolność oznacza również odpowiedzialność. Również w zakresie podpisywanych umów. Nie sposób się nie zgodzić, że podstawą wykładni umowy jest tekst, ale tylko skrajny pozytywista prawniczy powie, że liczy się jedynie tekst umowy, a nie jej cel i znaczenie dla stron.

Autor jest profesorem Wydziału Prawa i Administracji UW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA