Telewizja

Jestem szczęśliwy, że żyję jak się obudzę

W komedii albo jesteś śmieszny, albo nie. To widać od razu. Jeśli coś nie wyjdzie, to trzeba to poprawić. Komedia bierze się z czegoś prawdziwego w aktorze. Nie da się udawać kogoś zabawnego - mówi Jack Nicholson
Pana ostatnie filmy, m.in. „Lepiej późno niż później”, „Infiltracja”, „Choć goni nas czas” dowodzą, że wybór ról dostosował pan do własnego wieku. Czy to sugestia ludzi od castingu?
Od ponad 30 lat odnoszę sukcesy aktorskie, więc nie musiałem się spotykać z żadnym reżyserem na castingu. To raczej oni przychodzą do mnie z rolami. Swoją drogą literatura i scenariusze nie tworzą ofert dla ludzi po pięćdziesiątce. Sporo czytam i zauważam, że kiedy jakiś bohater ma 65 lat, to czytelnik ma uznać go za postać niemal prehistoryczną, co mnie zawsze bawi. Bo teraz, dla mnie, taki ktoś to młody facet. Miałem sporo porażek i już wcześniej wiedziałem, że nie ma nic gorszego niż uwięzienie polegające na powtarzaniu udanych ról. Bo dla prawdziwego aktora to śmierć. To jednak zdarza się wielu. Zagra raz dobrą rolę i wszyscy chcą, by dalej grał to samo. Kiedy zrobi się to po raz trzeci, to już jest się w sidłach. Mój bohater ze „Swobodnego jeźdźca” był starszy ode mnie, potem więc zagrałem kogoś młodszego. Następnie dla odmiany starszego i znowu młodszego. Mam wrażenie, że przez większość mojej kariery ludzie nie bardzo wiedzieli, ile tak naprawdę mam lat. Teraz nie zagram kogoś, kto ma ich 35. W takiej sytuacji zawsze mówię, że szukam pustego miejsca, które mogę wypełnić. Gdy mnie o to pytano w wywiadach, mówiłem, że chcę przywrócić seksualność bohaterom filmowym po pięćdziesiątce. Nie jestem zwolennikiem podejścia, że tata wszystko wie najlepiej, ale jakoś nie potrafi wytłumaczyć dzieciom, skąd się one wzięły, bez zdejmowania spodni. Całkiem świadomie uznałem, że w tej kategorii wiekowej i dla tej kwestii jest do wypełnienia sporo miejsca na ekranie. Można dać tym postaciom własną seksualność. Przyszło mi to do głowy, kiedy pracowałem z Martinem Scorsese przy „Infiltracji”. Powiedziałem, że trzeba dodać mojemu bohaterowi seksualności i być może... trochę z tym przesadziłem. Ważne jest, by umieć znaleźć radość. Wygląda na to, że ludzie czasami boją się tego uczucia
W „Choć goni nas czas” razem z Morganem Freemanem sporządzacie listę życzeń do spełnienia przed śmiercią. Jakie trzy rzeczy chciałby pan jeszcze zrobić w życiu? Ja nie robię żadnych list. Ciągle mnie pytają o ulubione filmy i tym podobne rzeczy. Mogę tylko powiedzieć, że mam ulubione komedie. To „Reguły gry” Renoira i „Matnia” Polańskiego. Jako że dzieci pojawiły się w moim życiu dosyć późno, chciałbym dożyć ich matury. Zawsze chciałem nauczyć się mówić innym językiem, nauczyć gotowania. Byłem tego bliski, bo pracowałem zawodowo jako kucharz, przygotowując hamburgery i hot dogi. Kiedyś miałem taką przygodę w New Jersey, gdzie pracowałem za bardzo długą ladą. Przyszła klientka bardzo wcześnie i zamówiła naleśniki. Nie miałem zbyt wielu zamówień na naleśniki, więc wyszły mi grube z jednej i cienkie z drugiej strony. Myślałem, że tego nie zauważy, ale ona zapytała — Co to jest? Ja rzuciłem je na stół i stwierdziłem: — Zrób sobie sama te cholerne naleśniki! To była moja kucharska porażka. A jaką kobietę chciałby pan jeszcze poznać? Ja poznałem wszystkie kobiety, które chciałem poznać, w tym księżnę Dianę. Była czarującą osobą. Tak, poznałem wszystkie kobiety i kocham je wszystkie (śmiech). „Choć goni nas czas” traktuje o znalezieniu radości z życia. Na czym to polega w pana przypadku? Ważne jest, by umieć znaleźć radość. Wygląda na to, że ludzie czasami boją się tego uczucia. W moim życiu, o ile nie zdarzy się jakaś ogromna tragedia, codziennie znajduję radość, z dnia na dzień. Moją wielką radością było ostatnio patrzenie na twarze tych, którzy uznali, że Hillary Clinton straciła szansę na nominacje demokratów (śmiech). Oni pospiesznie się z tego wycofali i gdzieś ukryli. Nikogo się tak nie czepiają jak pani Clinton. Lubię oglądać to w moim telewizorze (śmiech). Radość przychodzi z różnych stron. Niedawno widziałem córkę na scenie. Zaczaiłem się też na Denisa Hoppera, by go przestraszyć, gdy się odwróci, kiedy oglądał swojego syna, który grał Lenina w sztuce i w tym momencie miał wbitą w głowę siekierę. Różne rzeczy niosą radość. Zawsze jestem szczęśliwy, że żyję, jak się obudzę. Potem bywa często okropnie. Ponoć nie żałuje pan tego, co zrobił, tylko tego, czego zaniechał. Czego pan żałuje? Hmm, skoro jeszcze tego nie zrobiłem, to nie chcę zdradzać sekretów, bo jeszcze mam szansę to zrobić. A propos żałowania, to niedawno, podczas konferencji prasowej zrobiłem błąd. To przykład, jaki głupi potrafi być aktor. Oto pada pierwsze pytanie i ten biedak dziennikarz mówi do mnie: — Film „Choć goni nas czas” jest skończony, jaki będzie twój następny krok? Pomyślałem sobie, co za tempo, może porozmawiajmy o tym filmie, ale szybko powiedziałem: — Mój nowy film będzie o seryjnym zabójcy mordującym dziennikarzy, którzy zadają głupie pytania. Spojrzałem na ludzi w sali, w większości to były kobiety, i jeszcze teraz czuję się winny tego, co powiedziałem potem, a powiedziałem: — No i zdejmij tę pie…. czapkę. Potem zaraz za to przeprosiłem. Trochę mnie poniosło, bo przecież jestem takim grzecznym facetem (uśmiech). Kiedy się siedzi lub leży, to trzeba naprawdę dobrze to zagrać, bo inaczej nie będzie co pokazać na ekranie Gra pan zarówno w komediach, jak i dramatach. Czy komedia to trudniejszy gatunek, czy też nie ma żadnej różnicy? Patrząc na Morgana Freemana w „Choć goni nas czas”, mam wrażenie, że to jest dla niego łatwe, ale tak nie jest. To prawda, komedia jest o wiele trudniejsza. W komedii trzeba zrobić wszystko idealnie. W dramacie można zrobić dobrą scenę na różne sposoby. W komedii albo jesteś śmieszny, albo nie. To widać od razu. Jeśli coś nie wyjdzie, to trzeba to poprawić. Komedia bierze się z czegoś prawdziwego w aktorze. Nie da się udawać kogoś zabawnego. Rob Reiner i inni reżyserzy, z którymi pracowałem, są zawodowymi humorystami. Ja nie jestem kimś takim. Jestem na swój sposób zabawny, ale gdyby mi ktoś powiedział: bądź zabawny, to nie wiedziałbym, co mam robić. Rob Reiner, reżyser „Choć goni nas czas”, słynie z szybkości pracy. Stanley Kubrick robił masę dubli. Z jakiego typu reżyserem woli pan pracować? Lubię robić każdy dubel nieco inaczej i dlatego powiedziałem kiedyś Kubrickowi, gdy kręciliśmy „Lśnienie”, że kiedy zrobisz 100 dubli, to 101 będzie najlepszy. Ale ja go tylko tak podpuszczałem. Zdarza się, że reżyser zakochuje się w robieniu dubli, więc bywały takie sytuacje, że po 20. zaczynałem grać tak fatalnie, by wreszcie reżyser miał tego dosyć. Tym razem nie było problemów, jeden, dwa, maksimum trzy duble i gotowe. To mi się podobało, bo przed zdjęciami miałem nieco kłopotów z energią w związku z pobytem w szpitalu. Tak więc z jednej strony cieszyłem się, że nie było maglowania na planie, ale z drugiej zastanawiałem się, czy wystarczy jedno czy dwa ujęcia. Wszyscy mówili, że jest dobrze, no to dobrze. W sumie lepiej jest grać po kilka razy to samo ujęcie, bo to przecież moja praca, niż siedzieć w garderobie i czytać albo czekać na następny plan. To pana kolejne spotkanie z Robem Reinerem. Jak wam się pracowało? Byłem świadom tego, co zrobi Rob. Na długo przed zdjęciami rozmawialiśmy całymi dniami na temat scenariusza. Od razu zdałem sobie sprawę, że to film, który muszą wziąć na siebie aktorzy. Aktor wie, że łatwiej jest biegać czy skakać, bo wtedy film nabiera dynamiki. Kiedy się siedzi lub leży, to trzeba naprawdę dobrze to zagrać, bo inaczej nie będzie co pokazać na ekranie. Czy łatwo pan płacze na zawołanie, bo nieczęsto to widzieliśmy na ekranie? To nie nie jest takie trudne, zależy od kontekstu. Scenę płaczu kręciliśmy na początku. Zawsze wtedy człowiek się trochę denerwuje, jak ma zagrać. W tym ujęciu spojrzałem na zdjęcia młodego Morgana Freemana na ścianie i wszystko dobrze poszło już w drugiej próbie. Byłem zadowolony, ze mam to z głowy. W tym filmie podoba mi się jego puls, jego różnorodność gatunkowa — od slapsticku po całkiem poważne kwestie Morgana. Tu wyzwaniem było zachowanie równowagi. Grałem dramatyczne sceny w komediach i czasami trzeba było je rozładować. Pamiętam, że w filmie „Lepiej być nie może” było sporo takich scen i uznałem, że trzeba było je stonować, bo nie pasowały do całości. Tu wszystko pasowało. W „Choć goni nas czas” są śmieszne rady dla starszych ludzi typu — nie przepuść okazji, by skorzystać z łazienki, nie zmarnuj okazji, gdy ci stanie, i uważaj na pierdnięcie. Co pan radzi młodym? Nie kłam, nie kradnij i nie bój się. To rzecz jasna cytaty z moich ról. Jack Nicholson w tym tygodniu w filmie „Czułe słówka” (Cinemax, niedziela, godz. 6.00, 17.45, Cinemax 2, poniedziałek, godz. 17.45) Aktorstwo Nicholsona przemawia do zbiorowej wyobraźni nawet wtedy, gdy gwiazdor bawi się na ekranie. W 1989 roku został Jokerem w „Batmanie”, tworząc wzór komiksowego arcyłotra. W XXI wieku dawny bon vivant i uwodziciel nie boi się pokazać w kinie własnej starości. Przejmująco zagrał samotnego emeryta w obrazie „Schmidt” (2002). W filmie „Choć goni nas czas” – który od tygodnia jest na ekranach – wcielił się w chorego na raka milionera postanawiającego spełnić przed śmiercią swoje najbardziej szalone marzenia.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL