fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Album - Zdzisław Beksiński

Praca z albumu - Wiesław Banach ZdzisŁaw Beksiński 1929–2005 Wydawnictwo BOSZ, 2014
BOSZ
Jan Bończa-Szabłowski
Sztuka | Album „Zdzisław Beksiński" to pasjonująca podróż w mroczne zakamarki duszy wybitnego artysty - pisze Jan Bończa-Szabłowski.
Najciekawsze prace znajdujące się w zbiorach Muzeum w Sanoku przetykane są fotografiami artysty i jego rodziny, a uzupełnia je narracja dyrektora tej instytucji Wiesława Banacha.
Na początku mamy okazję przyjrzeć się „siedzibie rodowej" Beksińskich w Sanoku, czyli rodzinnemu domowi w kształcie podkowy, z charakterystyczną starą zadaszoną studnią na podwórku.
Tam właśnie w latach 60. XX wieku sfotografowano Zdzisława wraz z kilkuletnim synem Tomkiem. Potem cofamy się w przeszłość, by poznać przodków artysty, przede wszystkim pradziadka Mateusza, uczestnika powstania listopadowego. Założony przez niego zakład kotlarski przekształcił się potem w Sanocką Fabrykę Wagonów, a następnie słynną Sanocką Fabrykę Autobusów.
Jest też portret zasłużonych dla Sanoka absolwentów Politechniki Lwowskiej: dziadka Władysława, a potem ojca Stanisława. Jedyny syn Stanisława Zdzisław przedstawiony jest tu jako radosny kilkulatek w żołnierskiej rogatywce i z kijkiem zamiast karabinu. Patrząc na zdjęcia przyszłego malarza, widać wyraźnie, że tego uśmiechu i pewności siebie z wiekiem mu ubywa.
Beksiński – jak kiedyś wyznał – miał duże kompleksy z powodu swego „pucołowatego" wyglądu, daleko odbiegającego od wizerunku amanta. W albumie widzimy go przeważnie podczas pracy albo podczas słuchania muzyki. Płyty nawet w najtrudniejszych latach PRL sprowadzał niemal z całego świata. Tą muzyczną pasją najwyraźniej zaraził swego jedynaka Tomasza, późniejszego prezentera radiowego o dość radykalnym guście muzycznym.
Chronologiczna prezentacja prac pokazuje, jak przeżycia wojenne oraz czasy stalinowskie wyzwalały potrzebę wykrzyczenia osobistego dramatu. Mamy więc rysunki postaci pogrążonych w rozpaczy, szkielety ludzi na tle szubienicy, trumien, opustoszałych domów. Potem następuje okres fascynacji fotografią, czyli tym, co niektórzy cenią u Beksińskiego najczęściej.
Oprócz sadomasochistycznych aktów kobiet skrępowanych sznurem lub drutem, widzimy też postacie wyłaniające się z mgły, pogodniejsze, ale osnute mgiełką tajemnicy. Jest też dość makabryczny autoportret Beksińskiego z wydartą twarzą.
W latach 50., niezależnie od znakomicie rozwijającej się twórczości fotograficznej, coraz bardziej koncentrował się  jednak na rysunku. Album przypomina, że nim znalazł własną formę, bardzo fascynował go Picasso. Postać ludzką, która zawsze go intrygowała, ukazywał w tym okresie niczym pociąganą za sznurek marionetkę.
Mamy też całą galerię cyborgów, dzieci z wielkimi głowami, a potem postacie niczym opakowane w papier marionety ze Sceny Plastycznej Leszka Mądzika – bezbronne i słabo przystosowane do rzeczywistości.
Ogladając obrazy Beksińskiego, widać w nich nieskrywane zafascynowanie  sztuką Tadeusza Brzozowskiego i Brunona Schulza. W wielu pracach wyczuwa się zamiłowanie do Schulzowskiego sadomasochizmu i  onirycznej atmosfery „Sanatorium pod Klepsydrą".
Zdzisława Beksińskiego denerwowało, że ludzie widzieli w jego malarstwie „trupy, kości, no i oczywiście anegdotę". Jemu ponoć chodziło zaś o to, by dostrzeżono w nim „ekspresyjnego Vermeera". Wyróżniający się wielką starannością album wydawnictwa BoSz daje tę szansę.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA