fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Dyrygent jak detektyw

Rzeczpospolita
Stały gość Will Crutchfield. Zanim stanął przed orkiestrą, podejmował się różnych zajęć. Wszystkie wynikały z miłości do muzyki
Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, powiedział na przywitanie: – Ja też pisywałem, jeszcze w latach 80.
Nie dodał, bo jest człowiekiem skromnym, że był najmłodszym krytykiem muzycznym w dziejach „New York Timesa”. To wtedy zwrócił na siebie uwagę, a jego nazwisko stało się powszechnie znane. Nie był to pierwszy fach Willa Crutchfielda. Zawodową działalność zaczynał jako korepetytor solistów oraz pianista. Wtedy też zdecydował, że chce się poświęcić przede wszystkim operze. Tak jest do dzisiaj, mimo że prowadzi wiele koncertów symfonicznych w USA i w Ameryce Łacińskiej.
Jako dyrygent zdobywał doświadczenie, prowadząc małe zespoły operowe i orkiestry studenckie. W 1997 r. został dyrektorem Caramoor International Music Festival w USA, funkcję tę pełni zresztą do dzisiaj. W latach 1999 – 2005 był szefem muzycznym Opery w Bogocie, gościnnie przygotowuje wiele spektakli, głównie w teatrach amerykańskich. Do Polski trafił dzięki Ewie Podleś, z którą spotkał się w pracy nad „Tankredem” w Canadian Opera Company w Toronto. – Kiedy w Warszawie postanowiono wznowić to dzieło Rossiniego – opowiadał mi mąż śpiewaczki Jerzy Marchwiński – uznaliśmy, że nie wolno przegapić okazji, by polska publiczność poznała dyrygenta, który tak doskonale czuje muzykę belcanta. Odświeżony „Tankred” w Operze Narodowej w grudniu 2006 r. nabrał nowych wartości, Will Crutchfield wydobył całą urodę brzmienia dzieła Rossiniego. Kilka miesięcy później z warszawskim zespołem przygotował zaś premierę „Cyrulika sewilskiego” tego kompozytora. Muzyka stała się największą wartością przedstawienia. Pod batutą dyrygenta orkiestra potrafiła zagrać najdelikatniejsze piano, a instrumenty dęte bawiły publiczność błyskotliwymi wejściami. Will Crutchfield należy do wybitnych znawców operowego belcanta. Na festiwalu Caramoor zaprezentował amerykańskiej widowni wiele koncertowych lub półscenicznych wykonań dzieł z epoki: „Dziewica jeziora” „Jedwabna drabinka” i „Otello” Rossiniego, „Pirat” i „Lunatyczka” Belliniego. Dzięki tym prezentacjom impreza kierowana przez Crutchfielda zyskała renomę w całych Stanach. Należy do coraz rzadszego dziś gatunku dyrygentów, którzy w operze nie kreują siebie, lecz oddają swe umiejętności na usługi śpiewakom. Spektakl prowadzi więc tak, by to oni mogli zabłysnąć, stara się przy tym, żeby ich głosy zostały pięknie zestrojone w scenach zespołowych. – Kompozytorzy epoki belcanta – wyjaśnia – wierzyli w umiejętności wykonawców. Mają oni zatem możliwość zaprezentowania swego kunsztu w wirtuozowskich kadencjach. Chodzi jednak o to, by dobrze czuli stylistykę tej sztuki wokalnej. Will Crutchfield dokonał niemal detektywistycznego odkrycia. W 1984 r. w piwnicach londyńskiej Covent Garden wśród stosu XIX-wiecznych manuskryptów natrafił na jeden sygnowany przez Gaetano Donizettiego. Brzegi kartek były osmalone, jakby rękopis ocalał z pożaru, część opery miała tekst francuski, reszta zaś włoski. Wnikliwsza analiza świadczyła o tym, że jest to nieznany utwór tego kompozytora, którego część wykorzystał w innej operze. Jak rękopis trafił do Londynu, nie wiadomo, bowiem Donizetti nigdy nie odwiedził Anglii. Badania manuskryptu zajęły Crutchfieldowi kilkanaście lat. Partytura była niekompletna, większość brakujących części udało się odnaleźć w bibliotece w Paryżu, dwa krótkie fragmenty musiał sam opracować. Zrekonstruowaną operę „Elisabetta” z francuskim tekstem Will Crutchfield przedstawił na festiwalu Caramoor. Teraz w Operze Narodowej Will Crutchfield przygotowuje premierę „Łucji z Lammermooru” Donizettiego. A na maj szykuje kolejną atrakcję: koncertowe wykonanie „Wilhelma Tella” Rossiniego.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA