Piłka nożna

Byliśmy piłkarzami z żelaza

Zdzisław Sosnowski, ur. 23 lutego 1924 roku w Warszawie. Były zawodnik Fortu Bema, Warszawianki, Polonii, Legii oraz, podczas okupacji, Korony Warszawa. W 1946 roku zdobył z Polonią mistrzostwo Polski, grał (jako rezerwowy) w decydującym meczu z AKS Chorzów. W 1952 roku wywalczył z Polonią Puchar Polski
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Zdzisław Sosnowski kilka dni temu skończył 90 lat. Jest najstarszym żyjącym piłkarskim mistrzem Polski.
Rz: Gdyby dziś był pan młody, też chciałby być piłkarzem?
Zdzisław Sosnowski: Mnie się ten dzisiejszy futbol polski nie podoba. Oglądam przeważnie mecze angielskie, bo tam mam na co popatrzeć, jest jakiś poziom.  Wspominam czasy, w których trenowałem prawdziwych mistrzów: Jacka Gmocha, Włodka Lubańskiego, Ryśka Szymczaka. Dziś takich ze świecą szukać. Pan, jak widzę, mieszka bardzo skromnie, a dzisiaj piłkarzom nieźle się wiedzie. To też pana denerwuje?
Oni mają za dobrze. U mnie zarabialiby po pięć tysięcy maksimum, a to przecież bardzo dobra pensja. My przecież dokładaliśmy do tego, żeby grać. Musieliśmy pracować. Kiedy byliśmy w Polonii, zrobili nas z Heniem Boruczem milicjantami, do tego wywiadowcami. Nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia, ale musieliśmy udawać, że to robimy. To były czasy, kiedy Polonia na osiem miesięcy przeszła pod milicyjny protektorat. Czym więc była dla pana piłka nożna, kiedy zaczął pan ją uprawiać 80 lat temu? Ogromną pasją. Żeby grać, musiałem pokonać wiele przeszkód. Ojciec sprzeciwiał się moim zainteresowaniom. Nie pozwalał grać. Gdy wracałem do domu, sprawdzał, czy mam czyste ręce i niezabrudzone buty. Raz nie zdążyłem się uporządkować. Dostałem straszne bańki. Miałem ciotkę, która mieszkała na Powązkach. Obok była fabryczna drużyna Fort Bema. Na pierwszych zajęciach ustawili nas w rzędzie i wybierali do drużyny. Najpierw zostałem wyznaczony do napadu, bo szybki byłem. Potem trener stwierdził, że skoro jestem wysoki, nadaję się do bramki. Nie protestowałem, chciałem grać. Trafiłem na znakomitego szkoleniowca Mariana Schallera z Legii. Fort to był dobrze zorganizowany klub. Miałem się gdzie umyć po treningu, była woda i ręcznik. Ojciec nie wiedział, skąd wracam. Jak wyglądał pana sprzęt? Obuwie skórzane, kołki skórzane. I jak ktoś pojechał takim kołkiem po nodze, to krew lała się gęsto. Szanujące się kluby miały własnego szewca. On zaszywał dziury, nabijał kołki. Buty kosztowały 20 zł w czasach, gdy za chleb trzeba było zapłacić 50 groszy. Drogo, ale to były proszę pana buty! Skórzane, solidne. Kontuzje? A gdzie tam. Nie spotykało się, a przecież but z błotem ważył jakieś 10 kilo. Moja żona zapamiętała pranie swetrów, bo bramkarze grali przecież w swetrach, a nie zwykłych koszulkach. Po meczu trzeba było odpruć jedynkę, uprać sweter, potem z powrotem przyszyć jedynkę. Boiska też dawały wam ?w kość? Trawa rosła tylko na skrzydłach, a środek był dokładnie wydeptany. W tamtych czasach nikt nie myślał o żadnej konserwacji. Po wojnie pod tym względem się niewiele zmieniło. Pamiętam mecz Polonii z Szombierkami Bytom w półfinale Pucharu Polski w Łodzi. Graliśmy na betonie, a rzucałem się jak na trawie. Miałem potem wodę w łokciach, ale my byliśmy piłkarzami z żelaza. Graliśmy i nie zwracaliśmy uwagi na kontuzje. Lekarzy w klubie nie mieliśmy. W tygodniu chodziło się najwyżej do ortopedy, sympatyka Polonii. Wielu ludzi nie wyobraża sobie, że w piłkę grano w czasach okupacji, tak jakby ?nie toczyła się wojna. Normalne wtedy to nie było. Parę razy jednak meczów nie udało się nam rozegrać. Niemcy pilnowali. Ale były sytuacje niewyobrażalne. Mecze odbywały się czasami przy kilku tysiącach widzów czy to w Piasecznie, czy na Podskarbińskiej, w ogródku jordanowskim. W drużynie z Piaseczna grało dwóch Niemców z Luftwaffe. My w Koronie, mojej drużynie okupacyjnej, mieliśmy Niemca Milkego, którego nazywaliśmy Miłkowski. Uratował kiedyś wolność, może i życie magazynierowi Korony, który po meczu wracał z walizką sprzętu. Zatrzymał go patrol. Na szczęście był z nim Milke, który wytłumaczył, że to tylko sprzęt do gry w piłkę i z partyzantką nie ma nic wspólnego. Po wojnie Milke przysłał mi z Londynu szklaneczkę z autografami reprezentantów Anglii i list. Napisał: „Zdzisiu, gram w Tottenhamie". Pan podczas okupacji grał w jednej z najlepszych drużyn tych ponurych lat – w Koronie. Nagrodą za zdobycie mistrzostwa Polski był sygnet i bankiet w restauracji „Pod Bukietem" Najpierw dostałem ofertę z drużyny Toebbensa. To przedziwna historia. Jej kierownikiem był Ludwik Marmor, bogaty Żyd. Wyobraża to pan sobie? W okupowanej Warszawie Żyd tworzy drużynę piłkarską? Dostał na to zezwolenie od dyrektora fabryki, byłego bramkarza reprezentacji Hamburga. Przyszło tam naprawdę kilku dobrych piłkarzy: ja, Tadeusz Świciarz, Stanisław Woźniak. Fabryka szyła kurtki na front wschodni, Niemcy uważali ją za strategiczną. Korona nie miała jednak bramkarza. Do Marmora przyszło podziemie. Powiedzieli: „Sosna musi grać w Koronie". Ten zespół był uwielbiany przez ruch oporu. Marmor przeżył wojnę? Tuż po wojnie pomagał Polonii, finansował ją, znacznie przyczyniając się do zdobycia mistrzostwa Polski w 1946 roku. Potem wyjechał. Jerzy Piekarzewski (honorowy prezes Polonii – przyp. red.) opowiadał, że w latach dziewięćdziesiątych, na spotkaniu w Paryżu podszedł do niego starszy, elegancko ubrany pan i przedstawił się jako Ludwik Marmor. Rozmowa była podobno wzruszająca. Czy piłka nożna pozwalała wam przeżyć łatwiej wojnę, dzięki grze nie czuliście strachu? Młodzi ludzie zawsze są odważni. Ja chodziłem do getta i pomagałem. Wyprowadziłem stamtąd Żydówkę przez dachy łączące obie części miasta. Ukrywała się na Pradze. Potem długo nie wiedziałem, co się z nią dzieje. Kiedyś wracam do domu, a tam czekają na mnie kwiaty. Maryla ta ocalona Żydówka, przyniosła je mojej mamie. Podziękowała mi. Jako jedyna z bardzo dużej rodziny ocalała z wojny. Jak panu udało się przeżyć powstanie? Nie dałem się wywieźć. Twardy chłopak ze mnie. Mieszkałem wtedy na Brzeskiej, na Pradze. Niemcy chcieli wywieźć wszystkich mężczyzn, zablokowali ulice i kazali się zebrać na placu przy Ząbkowskiej. Wykorzystałem wtedy swoją legitymację z fabryki Toebbensa. Była w niej adnotacja, że w razie kontroli – puścić. Żandarmi mi jeszcze zasalutowali. Ukrywałem się potem na Targówku. Piłka znów mi pomogła. Przygarnął mnie kibic Korony. Pamięta pan pierwszy trening ?i pierwszy mecz po zakończeniu wojny? To było w Warszawiance, która powstała z połączonej Korony i Wawelu. Mecze rozgrywaliśmy na Agrykoli, tam skupiało się całe powojenne życie. Z Polonią, do której przeszedłem, potem trenowaliśmy już na Stadionie Wojska Polskiego. Takie to były czasy. Treningi tak ustawiono, że najpierw ćwiczyła Polonia, potem Legia, mecze też odbywały się na przemian. Na pierwsze spotkania Polonii przychodziło po 20 tys. widzów, na Legię garstka, może tysiąc. Z czego to wynikało? Z popularności. Inaczej trudno to wytłumaczyć. Na meczu z AKS-em Chorzów decydującym o tytule w 1946 roku stadion był nabity, a drugie tyle ludzi stało za bramami i nasłuchiwało, ?co się dzieje, bo przecież żadnej transmisji nie przeprowadzano. Niektórzy uważają zdobycie przez Polonię mistrzostwa Polski w 1946 roku, na gruzach Warszawy, za jedną z najbardziej romantycznych historii polskiego futbolu. ?Pan tłumaczy to bardziej racjonalnie. Mieliśmy paczkę świetnie zgranych ludzi, do tego dobrze się rozumiejących, kolegów. Zdobyliśmy doświadczenie w rozgrywkach okupacyjnych, które stały na bardzo dobrym poziomie. Mieliśmy wtedy wsparcie finansowe, duże na tamte czasy. W nagrodę za tytuł mistrza każdy z nas otrzymał sygnet. W restauracji Pod Bukietem na Marszałkowskiej wyprawiono nam bankiet. Z Polonii odszedł pan do Legii, którą uratował przed spadkiem. Do dziś Piekarzewski ma o to do mnie pretensje, ale ja jako zawodnik nie mogłem zachować się inaczej. Byłem charakternym sportowcem. Zagrałem świetny mecz z Lechem Poznań. Miałem kilka dobrych interwencji, zremisowaliśmy 1:1 i zdobyliśmy punkt na wagę utrzymania. W szufladzie trzymam nadal wojskową legitymację Legii, obok tej z Polonii. Dlaczego opuścił pan Legię? Przyjechał do mnie kiedyś Heniek Borucz, pani Maryla z Polonii i pan personalny z Ministerstwa Komunikacji, no i tak zakręcili mną, że wróciłem na Konwiktorską. ?W Legii mogłem zostać, ale nie za bardzo byłem potrzebny. Tam mógł przyjść przecież każdy powołany do wojska. Taki piłkarz był dyspozycyjny, musiał słuchać rozkazów. ?Ja już byłem za stary na to, ?żeby komuś się podporządkowywać. Nie zrobił pan wielkiej kariery trenerskiej, a pochodzi pan ?z tego samego pokolenia ?co Kazimierz Górski. Miałem dobrą pracę w Urzędzie Dzielnicowym na Woli. Musiałem dostać specjalne pozwolenie od naczelnika, by jeździć na zgrupowania, obozy, na to, by prowadzić Znicz Pruszków, by wykonywać drugi zawód. Trenowałem, bo to kochałem, żyłem tym, ale robiłem to po pracy. Do dziś mam zapisane grube księgi, zapiski z każdego treningu. Chodziłem do pracy na szóstą, wychodziłem o drugiej, a potem na zajęcia piłkarskie. Wracałem do domu o dziewiątej. Długo nie chodził pan na mecze Legii albo Polonii. Na Polonii to ja nie byłem przez 30 lat. Na Legii pojawiłem się niedawno na derbach. Proponowano mi karnet. Chodzę jednak na Polonię nawet teraz na IV ligę. Trudno powiedzieć, że chodzę, przywożą mnie na stadion kibice. Pomagają mi. Widzi pan, przynieśli mi właśnie pączki z mojej ulubionej cukierni w domu Wawelberga. Jak pan przeżył degradację Polonii do IV ligi? Tak jak wyglądam. W maju ważyłem 80 kg, teraz 70.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL