fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Martin Freeman - rozmowa

Martin Freeman (rocznik 1971). Brytyjski aktor, któremu popularność przyniosła rola Tima Canterbury w serialu BBC „The Office”. Zagrał m.in. w „Nigthwatching” Petera Greenawaya i epizod w głośnym filmie „To właśnie miłość”. W postać Bilbo Bagginsa (na zdjęciu) wcielił się w trzech częściach „Hobbita”. Film od piątku w kinach
Forum Film
Martin Freeman - aktor grający Bilbo Bagginsa w filmie „Hobbit. Pustkowie Smauga” mówi o swojej roli i jedzeniu.
Rz: Jaką przemianę przechodzi grany przez pana bohater?
Martin Freeman: Z niewinnego, nieśmiałego Bilbo staje się osobą doświadczoną. Przecież on wcześniej nie opuszczał swojego Shire i nie robił niczego nadzwyczajnego przed wyruszeniem na wyprawę. Od początku tego filmu wiemy, że podróżując z krasnoludami, wiele zobaczył i doświadczył licznych niebezpieczeństw. Nauczył się walczyć, bronić, przestał bać się własnego cienia, stał się odważny. Odkrył w sobie nieznane wcześniej pokłady osobowości. Gdy dochodzi do spotkania z wielkimi pająkami, Bilbo, wiedząc o tym, że ma zabrany Gollumowi pierścień, który sprawia, że jest niewidzialny, pozwala mu bronić swoich przyjaciół. Zobacz galerię zdjęć
Pewnie trudno gra się taką poczciwą postać jak Bilbo. Wiadomo przecież, że łatwiej wcielić się w czarne charaktery, bo wtedy można sobie aktorsko poszaleć. A pan specjalizuje się w trudnej sztuce grania prostych postaci.
No nie wiem. Uważam, że jeśli chce się dobrze zagrać czarny charakter, to jest to równie trudne. Postać prosta i pozytywna nie powinna być nudna czy banalna. Trzeba ją czymś wypełnić, ukazać różne aspekty jej osobowości. Bilbo da się lubić, ale jest także trochę próżny i nadęty. Ma w sobie też coś mrocznego. Grając go, zawsze staram się żonglować różnymi nastrojami jednocześnie. Nie chcę pokazywać tylko jednej strony jego emocji czy charakteru, chcę, żeby w nim się dużo działo.
Dostrzegam pana subtelny komizm w graniu Bilbo. Co było najbardziej potrzebne przy kręceniu tego filmu?
Wyobraźnia. Myślę tu o wszystkich aktorach, bo każdy z nas musiał umieć w sobie wykreować różne sytuacje i wiele stworzeń, których przecież fizycznie z nami nie było. Trzeba wtedy polegać na swojej wyobraźni, przypomnieć sobie, jak się miało siedem lat i bawiło się w lesie czy grało w wojnę, której nie było. Wszystko działo się wtedy w głowie i tu trzeba było tak się zachowywać.
Jest pan wegetarianinem. Co w tej sytuacji z jedzeniem na planie, jaki ma pan catering  w trakcie kręcenia filmu?
(Śmiech) No cóż, nie nazwałbym teraz siebie prawdziwym wegetarianinem. Byłem nim, mając 14 lat, ale w wieku lat 28 zacząłem znowu jeść ryby. Nie zasługuję więc na miano wegetarianina. Co do cateringu to on jest zawsze dla mnie bardzo ważny. Na planie „Hobbita" był, szczerze mówiąc, najlepszy catering, jaki mi się zdarzył w karierze. W Nowej Zelandii opiekowano się nami bardzo dobrze, codziennie żywiono nas w najlepszy możliwy sposób. Czułem się rozpuszczony miejscowym jedzeniem.
A jak wspomina pan swój pobyt w Polsce w 2007 r.?
Naprawdę mi się u was podobało. Pracowałem we Wrocławiu i choć nie miałem zbyt wiele czasu na zwiedzanie, bo mieliśmy napięty terminarz zdjęć, wywiozłem bardzo pozytywne wrażenia. Z Peterem Greenawayem kręciliśmy „Nightwatching" – kostiumowy dramat sensacyjny odsłaniający tajemnice tworzenia „Straży nocnej", jednego z najsławniejszych obrazów Rembrandta, którego grałem. Chętnie bym znowu tam pojechał, ludzie byli cudowni, świetna ekipa.

Kino bardziej dynamiczne, ale romans dorzucony na siłę

„Hobbit: Pustkowie Smauga" to druga część trylogii, którą filmowcy rozciągnęli do niemal ośmiogodzinnej produkcji. Zachęcanie bądź zniechęcanie do jej obejrzenia nie ma większego sensu, zważywszy, że przed rokiem pierwszą część – „Hobbit: Niezwykła podróż" – tylko w Polsce zobaczyło ponad 2 miliony widzów. To samograj skazany na sukces komercyjny, którego twórca, Nowozelandczyk Peter Jackson, opromieniony dekadę temu sukcesem ekranizacji tolkienowskiej trylogii „Władca Pierścieni" (17 Oscarów i olbrzymie wpływy), kolejny raz potwierdza, że w dziedzinie filmowej fantastyki nie ma sobie równych. Do perfekcji posiadł umiejętność wykorzystywania rewolucji technologicznej ostatnich lat umożliwiającej z pomocą komputerów przeniesienie na ekran najbardziej  fantastycznych literackich pomysłów. Jackson i jego scenarzyści nie bardzo przejmowali się tymi, którzy nie widzieli części pierwszej bądź nie czytali powieści. Może to im nieco utrudnić zrozumienie fabuły, druga bowiem część zaczyna się bez żadnych przypomnień wcześniejszych zdarzeń, tam, gdzie kończyła się pierwsza. Drużyna krasnoludów dowodzona przez Thorina Dębową Tarczę (Richard Armitage), do której dołączył nie do końca z własnej woli hobbit Bilbo Baggins (Martin Freeman),  wyposażony w cudowny pierścień zabrany Gollumowi, kontynuuje wędrówkę do Samotnej Góry. Tam schowany jest ich skarb strzeżony przez ogromnego smoka Smauga (przemawiającego dystyngowaną angielszczyzną Benedicta Cumberbatcha). Tytuł filmu odnosi się do spustoszonych przez Smauga ziem po jego ataku na Erebor, królestwo krasnoludów. Akcja w drugiej części jest bardziej dynamiczna. Scenarzyści wzbogacili ją o niewystępujący w powieści  wątek  spotkania z elfami z Legolasem (Orlando Bloom) na czele. Dorzucili też na siłę wątek romansowy z udziałem elfki  Taurieli (Evangeline Lily) i krasnoluda Kiliego (Aidan Turner). A za rok finał tej opowieści, czyli „Hobbit: Tam i z powrotem".
Marek Sadowski
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA