fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nauka

Otwarty dostęp jest dobry

Science
Jedno z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych na świecie, „Science”, opublikowało numer specjalny poświęcony komunikacji naukowej. Największe poruszenie wywołał reportaż ze swoistego śledztwa dziennikarskiego, pokazujący nieprawidłowości przy akceptacji tekstów przez redakcje periodyków.
Prowokacja redaktora „„Science"" zainteresowała Piotra Kościelniaka, który opublikował do niej komentarz „Wkręt naukowy". Jest to dobra okazja, aby zatrzymać się na chwilę przy zagadnieniu czasopism naukowych.
Przeczytaj „Jak naukowcy nabrali ignorantów" Piotra Kościelniaka
Wiążą się z nim dwa zagadnienia, które bywają ze sobą mylone. Czytelnicy komentarza Kościelniaka mogą wręcz odnieść wrażenie, że autor utożsamia je ze sobą. Pierwsze zagadnienie to ocena jakości pracy badawczej, a drugie to sposoby, w jakie jej efekty są prezentowane kolejnym naukowcom i, ewentualnie, innym zainteresowanym. W czasach, kiedy niewiele osób zajmowało się nauką, a informacje raczej nie wykraczały poza lokalne podwórko, akademicy mogli pozwolić sobie na śledzenie osiągnięć kolegów ze swojej dyscypliny. Dziś w praktyce jest to możliwe co najwyżej w zakresie bardzo wąskich specjalizacji ze względu na logarytmiczny przyrost informacji, także naukowej. Instytucje zarządzające nauką na całym świecie szukają rozwiązania w parametryzacji. Bezpośrednio ocenia się więc liczbę publikacji i liczy się, ile razy zostały one zacytowane. Pośrednio uzyskane w ten sposób liczby mają oddawać jakość pracy: więcej znaczy przyjęcie tekstu przez prestiżowy periodyk i to jego redaktorzy mają stać na straży wysokiego poziomu i rzetelności. Podstawowym narzędziem jest recenzja naukowa. W wzorowej sytuacji recenzenci nie znają nawet nazwiska autora i jego powiązania instytucjonalnego.

Niewydolna komunikacja

Oddzielnym zagadnieniem jest sposób, w jaki publikacje są udostępniane. Przed rozwojem internetu wykształcił się model, w którym badania były finansowane za pieniądze publiczne. Ich efektem były publikacje, do których majątkowe prawa autorskie badacz przekazywał zazwyczaj nieodpłatnie wydawcom. Wydawcy zaś sprzedawali egzemplarze czasopisma głównie bibliotekom, działającym za publiczne pieniądze. W ten sposób podatnik płacił dwa razy. Elektroniczne środki komunikacji sprawiły, że zmieniła się pozycja wydawców w systemie. Mimo że proces wydawniczy stał się prostszy, wydawniczy giganci, tacy jak Elsevier czy Springer, drastycznie podwyższyli opłaty za dostęp do treści naukowych. Rezygnacja z wersji papierowej oznacza, że biblioteki płacą tylko za ograniczony w czasie dostęp. Jeśli zrezygnują z subskrypcji, czytelnicy stracą możliwość korzystania nie tylko z nowych numerów periodyków, ale również z tych treści, do których dostęp był do niedawna wykupiony.
Informacji naukowych jest coraz więcej i stają się one coraz droższe. Skutkiem tego komunikacja naukowa staje się coraz mniej wydolna. Nawet najbogatsze amerykańskie uczelnie nie są w stanie płacić kwot żądanych przez wydawców. Różnica między Uniwersytetem Harvarda, prenumerującym najwięcej czasopism (prawie 100 tys.), a następnym najlepiej zaopatrzonym Uniwersytetem Yale (75 tys. tytułów) wynosi 25%. Pojawia się luka dostępu, której doświadczył chyba każdy naukowiec: artykuły potrzebne do pracy są niedostępne. Oddziela od nich mur horrendalnie wysokich opłat.

Kto za to płaci

Odpowiedzią na ten problem jest tzw. otwarty dostęp (ang. open access). Istotą tej idei jest wykorzystanie tych samych publicznych pieniędzy, które teraz przeznaczone są na kupowanie często ograniczonego w czasie dostępu, na opłacanie kosztów publikacji, które są następnie dostępne nieodpłatnie dla każdego internauty na zawsze. W przypadku badań o dużym potencjale komercyjnym dopuszczalne jest nawet dwunastomiesięczne embargo, pozwalające na gospodarczą eksploatację dorobku naukowego.
Coraz więcej instytucji finansujących badania uzależnia przyznanie grantu od zobowiązania do umieszczenia efektów sfinansowanych w ten sposób badań w otwartym dostępie. Najczęściej wymienia się amerykański Narodowy Instytut Zdrowia (NIH). W Programie Ramowym Horyzont 2020, z którego będą finansowane badania w Unii Europejskiej w latach 2014-2020, zapowiadane jest przyjęcie analogicznych rozwiązań.
Dzięki zaangażowaniu i znaczeniu CERN, za najbardziej otwartą dziedzinę uchodzi fizyka cząstek elementarnych. Ponad 90% prac z tej dyscypliny jest otwartych. Jedna z największych na świecie pozarządowych fundacji wspierających naukę, Wellcome Trust, wymaga od swoich beneficjentów umieszczania publikacji w otwartym dostępie. Podobne polityki otwartości przyjęło wiele najlepszych uczelni, na czele z Universytetem Harvarda i Massachusetts Institute of Technology. Podsumowując ten wątek: tradycyjnie opłaty ponoszone są „ze strony czytelnika" (za pośrednictwem bibliotek). Nowy model zakłada finansowanie zazwyczaj „ze strony autora". Choć zdarza się, że autor płaci z własnej kieszeni, to zazwyczaj środki pochodzą od grantodawcy lub pracodawcy. Wiele otwartych czasopism w ogóle nie pobiera opłat. Utrzymywane są przez uczelnie.

Polacy ominęli pułapkę

Artykuł w „Science" dotyka obu opisanych wyżej zagadnień. Przypomnijmy: John Bohannon napisał pełen bzdur artykuł „naukowy" i wysłał go, zmieniając nieistotne szczegóły, do 304 redakcji otwartych czasopism. Podpisał go fikcyjnym nazwiskiem afrykańskiego naukowca pracującego w wymyślonym instytucie. 157 odpowiedzi było pozytywnych, a wiele nie nosiło śladów choćby najbardziej powierzchownej recenzji. Niewątpliwie taki wynik świadczy o szeroko rozprzestrzenionej patologii.
„Science" sugeruje, że to model otwartości czasopism jest skażony. „Opłaty ze strony autora" zniszczyły jakość. Sugestia ta nie jest jednak tak jednoznaczna, jakby chciał Piotr Kościelniak. Nie mogłaby być, wszak samo „Science" otwiera wszystkie swoje artykuły po 12 miesiącach, a w pewnym zakresie pozwala na dostęp w przypadku takiego wymogu ze strony instytucji przyznającej grant. Sam tytuł artykułu mówi o recenzowaniu, a nie o sposobie udostępniania („Who's Affraid of Peer Review?”). Szkoda, że Bohannon nie zastawił sideł na czasopisma udostępniane w tradycyjnym, płatnym modelu. Wytłumaczenie, że w ich przypadku czeka się znacznie dłużej na odpowiedź, co notabene sygnalizuje problem ślamazarności procesu wydawniczego, nie w pełni satysfakcjonuje.
Ciekawe jest, na co zwraca uwagę „Science", geograficzne rozmieszczenie redakcji. Indie i Środkowa Afryka to, jak się okazuje, centra gromadzące patologiczne czasopisma. Kraje rozwijające się jawią się jako otoczenie sprzyjające nie tylko niskim standardom, ale nawet oszustwom. Za przykład niech służy „American Journal of Medical and Dental Sciences”. Wbrew nazwie wskazującej na amerykańską proweniencję, czasopismo to założone zostało w Pakistanie. Eksperyment potwierdził, że tzw. lista Jeffreya Bealla skutecznie wskazuje „drapieżne” czasopisma, które nie przestrzegają naukowych norm. Nie jest to jednak argument przeciwko otwartemu dostępowi, który daje szansę racjonalizacji wydatków na naukę i pozwala osobom spoza środowisk akademickich dowiadywać się z pierwszej ręki, czym zajmują się naukowcy i z jakim skutkiem.
Warto zwrócić uwagę na polski aspekt „śledztwa”. Bohannon wysłał swój tekst także do czasopism znad Wisły. Z ulgą możemy zauważyć, że wszystkie ominęły zastawioną pułapkę. Co prawda próbka czterech tytułów nie jest w pełni reprezentatywna, ale stawia nasz kraj w dobrym świetle. Mimo mniej lub bardziej uzasadnionego narzekania na chroniczny niedobór pieniędzy i mizerny poziom, polskie środowisko naukowe należy do zachodniej kultury akademickiej.

Drapieżni wydawcy

Eksperyment „Science" dobitnie pokazał, że proces recenzowania, na którym spoczywa ciężar utrzymywania wysokiej jakości pracy badawczej, jest często wadliwy. Przypisywanie winy otwartemu dostępowi jest jednak nieporozumieniem. Otwartość zwiększa transparentność. Źródłem problemów jest raczej tendencja do oceniania dorobku naukowców i przyznawania grantów na badania wyłącznie na podstawie statystyk, w których dwa różne artykuły opublikowane w tym samym czasopiśmie ważą tak samo. Ludzie zachowują się racjonalnie. Gdy sponsor badań, zazwyczaj państwo, oczekuje dużej liczby artykułów, a pytany o ich jakość odsyła do redakcji czasopism, to naturalną reakcją jest chęć zaspokojenia tych oczekiwań. „Drapieżne" czasopisma domykają ten system bazujący na fikcji.
Naszkicowanej wyżej karykaturalnej formie parametryzacji obojętne jest, w jaki sposób udostępniane jest czasopismo: w modelu płatnym lub otwartym. Kolejne numery „drapieżników" powstają przecież nie po to, aby je ktokolwiek czytał. Odhaczenie kolejnego procesu wydawniczego pozwala doliczyć sobie punkty w tabelkach. „Science" pokazało patologiczną tendencję w procedurze recenzowania tekstów naukowych. Najprostszym lekarstwem, które pozwoli wyjść ze stanu chorobowego jest lektura. Komu opłaca się jednak czytać, gdy wszyscy znajdujemy się pod nieustanną presją produkowania treści?
Michał Starczewski
Centrum Otwartej Nauki, Uniwersytet Warszawski
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA