fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Finanse

Giełda na sprzedaż

Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Jesienią państwo sprzeda 47,8 proc. akcji warszawskiej giełdy. Za kilka lat zaoferuje inwestorom kolejny pakiet. To dobre wieści dla gospodarki
– To ostatni moment na prywatyzację. Inaczej warszawskiej giełdzie grozi marginalizacja, co groziłoby zwiększeniem kosztów pozyskiwania kapitału przez firmy – przekonywał wczoraj Michał Chyczewski, wiceminister skarbu. Wtórował mu prezes giełdy Ludwik Sobolewski. Wiceminister skarbu zaprezentował szczegółowy plan prywatyzacji Giełdy Papierów Wartościowych.
Pierwszy etap, w którym państwo sprzeda 47,8 proc. posiadanych udziałów, ma się zakończyć w październiku. Ubiegłoroczne szacunki wskazują, że GPW warta jest 1,8 mld zł, a zatem sprzedawane akcje miałyby wartość ok. 860 mln zł. Ale od ostatniej wyceny minęło już ponad pół roku, a resort nie chce podać nowych szacunków. W ciągu kolejnych trzech lat Skarb Państwa sprzeda kolejny pakiet – chce przy tym, żeby akcjonariat giełdy był stabilny i żeby nie mogła ona się stać celem przejęcia przez duże zagraniczne sojusze giełdowe.
– GPW powinna być podmiotem przejmującym, a nie przejmowanym – mówił Chyczewski. Dlatego 28,8 proc. udziałów ma trafić w ręce instytucji finansowych działających na polskim rynku kapitałowym, a 19 proc. znajdzie się w publicznym obrocie dla inwestorów indywidualnych. Chociaż ostateczny podział ma zależeć od zgłoszonego popytu (granica w ofercie publicznej to 12,8 – 27,8 proc. akcji, a w ofercie do instytucji – od 20 do 35 proc.). Do pierwszej grupy, określonej przez Chyczewskiego "klubem", należą domy maklerskie, banki prowadzące działalność maklerską, fundusze inwestycyjne oraz fundusze emerytalne. Takich instytucji jest 35. Chyczewski tłumaczył, że powinny one być zainteresowane długoterminową inwestycją w GPW, gdyż od jej rozwoju zależy kondycja rynku kapitałowego. Istnieją jednak pewne ograniczenia dla tej grupy. Po pierwsze najmniejsi gracze nie będą mogli uczestniczyć w tym procesie. Banki i domy maklerskie powinny mieć minimum 3 proc. udziału (średnia za ostatnie 24 miesiące) w obrocie akcjami i obligacjami lub instrumentami pochodnymi notowanymi na giełdzie, a fundusze inwestycyjne i emerytalne minimum 3 proc. udziału w ogólnych aktywach tych podmiotów. Po drugie nabytych akcji nie będzie można łatwo sprzedać. Będzie do tego potrzebna zgoda rady giełdy. Zdaniem Marii Dobrowolskiej, prezesa Izby Domów Maklerskich, pomysł resortu jest dobry. Podkreśla ona jednak, że należy związać interes instytucji działających na polskim rynku kapitałowym z interesem spółki akcyjnej GPW. – Rozwijające się na świecie tzw. wielostronne platformy obrotu – MTF – mogą być konkurencją i przejąć obrót akcjami. Może się to stać bardzo szybko. Stąd pomysł, żeby właścicielami giełdy byli też interesariusze – mówiła Dobrowolska. Ludwik Sobolewski przekonywał natomiast, że prywatyzacja giełdy jest jej potrzebna do umacniania pozycji w regionie: – Teraz dokonuje się przejście od giełdy ściśle lokalnej do giełdy regionalnej. Może się to dokonać, tylko jeżeli rynek będzie konkurencyjny. Michał Chyczewski wyraził to dobitnie: – Jeżeli warszawska giełda będzie zmarginalizowana, grozi nam odpływ kapitału, czego skutki odczują małe i średnie przedsiębiorstwa. Wiceminister odrzucał jednocześnie oskarżenia posłanki Gabrieli Masłowskiej (PiS), która twierdzi, że obecna sytuacja na światowych rynkach finansowych nie sprzyja prywatyzacji, gdyż może obniżyć wycenę parkietu. – Analizujemy sytuację na rynkach światowych i jeżeli się okaże, że dokonanie transakcji jest niemożliwe, weźmiemy to pod uwagę Przewodniczący Komisji Skarbu Państwa Tadeusz Aziewicz (PO) pytał, dlaczego nie można przeprowadzić całej prywatyzacji od razu. Zdaniem Chyczewskiego przy takim rozwoju rynku określanie ostatecznej struktury akcjonariatu byłoby przedwczesne. Mówił on również, że za rok, dwa giełda może być więcej warta niż obecnie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA