fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tajemnica spowiedzi

Joanna Szczepkowska
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Wiem, że ten tekst powinien ukazać się pewnie na jakichś bardziej lewicowych stronach. Ale po co pisać tam, gdzie tylko potwierdza się już ugruntowany obraz? To łatwe, ale czy potrzebne? Poruszam ten temat właśnie tutaj, gdzie z pewnością czytelnik jest bardziej sceptyczny wobec silnie nagłaśnianych problemów księży.
Robię to jednak po to, żeby mój tekst trafił do właściwego adresata. Nie piszę w tej sprawie „na lewicy" także z tego powodu, że tam potwierdzę  tylko krzywy obraz „katolika" jako kogoś powierzchownego w swojej wierze i w gruncie rzeczy bardzo zepsutego.
Nie mam takiego obrazu i nie chcę go utrwalać. Stanowczo twierdzę, że ton, jakim lewica wypowiada słowo „katolik", należy się wszystkim ludziom powierzchownie traktującym swoje wyznanie, a są oni wyznawcami  każdej religii. Wolałabym właściwie w ogóle nie poruszać tego tematu, skoro poruszają go wszyscy, a Magdalena Środa w swoim felietonie posunęła się do stwierdzenia, że wszelka krytyka gender  jest przykrywką dla pedofilii w Kościele. Jako osoba pisująca wiersze muszę pogratulować tak daleko idącego skojarzenia. Bardzo chciałam być gender, Bóg widział, ale naprawdę się nie dało, jak zresztą wszędzie tam, gdzie ideologia chce górować nad zwykłym życiem.
Czytelnik tego tekstu wyczuwa pewnie, że krążę wokół tematu i przesuwam granicę wstępu. Tak jest, bo postanowiłam opisać scenę ze swojego dziecinnego życia, zdarzenie intymne i nigdy przeze mnie nieopowiedziane. Chcę to jednak zrobić właśnie teraz, kiedy temat jest gorący, a skala niebezpieczeństwa nieznana. Opowieść ta ma jeszcze taką wartość, że nie dotyczy czasów współczesnych i jest dowodem na to, jak dawny jest to problem i że nie ma związku z powszechnym dostępem do nietrendowego zepsucia.
Jako dziecko chodziłam na religię do sióstr na coś w rodzaju tajnych kompletów. Moja rodzina przykładała dużą wagę do poziomu wychowania religijnego, a siostry były głęboko wykształcone i już samo przebywanie z nimi gwarantowało rozwój. Siostry jednak nie miały pozwolenia od komuszych władz na prowadzenie takich zajęć, więc lekcje religii odbywały się w ich siedzibie przy zasłoniętych oknach w atmosferze konspiracji. Dzieci było kilkoro, ale nikt się tam nad nami nie rozczulał, nikt nam nie grał na gitarze ani nie zniżał do dziecinnego języka. Siostry były surowe jak w wojsku, a sama religia głęboko poważna, obowiązek raczej niż coś, co ma być przyjemne.
Zresztą wtedy Kościół i msze miały inny charakter ze względu na to, że odprawiane były po łacinie. Od pierwszych lat dzieciństwa przyzwyczajona byłam do tego, że wchodząc na ten teren, znajduję się jakby za granicą, gdzie obowiązuje obcy język,  w oparach kadzideł i w podniosłej atmosferze. Ksiądz był trochę jak koryfeusz w greckim teatrze – niedostępny, daleki recytator.
Tak więc zasad religii uczyły mnie kobiety. Kiedy przyszedł czas przygotowań do Pierwszej Komunii, każdemu przykazaniu poświęcały kilka lekcji. Byliśmy zobowiązani do skrupulatnego rachunku sumienia, spisywania  uczynków, które naruszały zasady katechizmu. Oczywiście te rozrachunki miały bardzo osobisty charakter i nikt od nas nie wymagał naruszenia tajemnic naszych grzechów. Wszystko to jednak odbywało się w klimacie takiej pracy nad sobą, że mało kto z nas rozumiał Komunię jako wiosenne święto rodzinne. Komunia przepracowana przez siostry łączyła się raczej z trudem przemiany, z obowiązkiem głębokiego i krytycznego spojrzenia na swoje dziecinne myśli i uczucia. Chodziło się wtedy po korytarzach szkolnych, na spacery, do sklepów z głową pełną tych grzechów, stawało się wobec konieczności nazwania swoich uczuć, odkrywało się dziecinne pokłady zazdrości, chęci posiadania, obżarstwa, lenistwa. To był stan wyjątkowy i pierwszy taki w życiu.
Powoli zaczęliśmy się wymieniać spostrzeżeniami, robić wspólne rozrachunki, zadawać sobie pytania w rodzaju – a to był grzech czy nie? Niedługo przed Komunią zaczęły się oczywiście próby ceremonii, a także próba spowiedzi. W całej uroczystości przecież to właśnie był najważniejszy moment. Próbę przeprowadzono delikatnie, sprawdzając tylko, czy znamy formułki. Samo obnażenie grzechów miało się dokonać przecież przy wielkim doznaniu pierwszej spowiedzi.
Do dziś pamiętam stan powagi w kolejce do konfesjonału. Pierwszy taki w życiu. Przejęta uklękłam przy konfesjonale, a potem przykazanie po przykazaniu odkryłam ciemne strony kształtującego się  charakteru. Skończyłam słowami: „Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie bardzo żałuję". Wtedy ksiądz zapytał: „Na pewno? Na pewno nie pamiętasz innych grzechów? Nie pominęłaś żadnego z przykazań?". Pominęłam. Szóste. Po prostu mimo wysiłków nie mogłam przypomnieć sobie żadnych oznak cudzołóstwa. I wtedy ksiądz zaczął mi pomagać. Bo pamięć przecież jest zawodna. Pytał, czy ktoś dotyka mnie w miejscach „nieprzyzwoitych". Pytał, czy podglądam tatusia i mamusię i czy słyszę, co robią w nocy. Pytał, czy widziałam, jak wygląda nagi mężczyzna. O co jeszcze pytał, przemilczę, powiem tylko, że wyszłam po tej spowiedzi rzeczywiście mocno przemieniona. Nie do tego stopnia jednak, żeby zrezygnować z poczucia wspólnoty z Kościołem. I tylko dlatego to piszę.
Jeśli naprawdę zaczynamy walkę o oczyszczenie tej wspólnoty z osób, które nie są w stanie sprostać stanowi kapłaństwa i których natury wariują z samotności, to trzeba sobie uświadomić, że terenem ich szaleństwa bywa konfesjonał. Tajemnica spowiedzi ciąży czasem na jednej stronie do końca życia.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA