fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Chcą być daleko od pruskiego wzorca

Fotorzepa, Danuta Matloch DM Danuta Matloch
Szkoła bez ocen, programu, sztywnego podziału na klasy. Pięć takich placówek powstało właśnie w Polsce.
Dla Estery Malatyńskiej, siedmiolatki z Łodzi, ta jesień będzie wyjątkowa. Po pierwsze, rozpoczyna naukę w szkole. Po drugie, będzie to miejsce zupełnie inne niż te, do których trafi po wakacjach przytłaczająca większość jej rówieśników. Tu bowiem dzieci decydują, czego będą się uczyć.
– O tym, że w Łodzi powstaje szkoła demokratyczna, usłyszeliśmy od znajomych – wyjaśnia Marcin Malatyński, ojciec Estery. – Poszliśmy porozmawiać z jej założycielką, zaczęliśmy czytać o samej idei i placówkach, które działają w kilkunastu państwach, spotkaliśmy się z Holendrem prowadzącym taką szkołę u siebie. Po długim namyśle postanowiliśmy: „spróbujemy" – mówi. – Nie podoba nam się tradycyjna szkoła. Nie uczy myślenia, a jej główny cel to stworzyć człowieka, który dobrze rozwiązuje testy. To zaprzeczenie edukacji – dodaje.
Rodzice Estery nie wyzbyli się wątpliwości. – Obawiamy się, i to bardzo. Zdajemy sobie sprawę, że sami będziemy musieli nadzwyczaj mocno zaangażować się w edukację córki. Poza tym szkoła demokratyczna to nowość nieprzystająca do polskich realiów. A to sprawia, że najzwyczajniej w świecie może ona nie przetrwać – podkreśla Malatyński.

Uczeń sam wie dobrze

Tymczasem takich osób jak rodzice Estery jest całkiem sporo. Dwie demokratyczne szkoły powstały w Warszawie, kolejna rusza w podwarszawskim Świętochowie, jest też szkoła w Poznaniu. Najbardziej oblegane mają przeszło 40 uczniów. Łącznie naukę zacznie w nich grubo ponad setka dzieci. – A to dopiero początek – przekonuje Michał Jankowski z zarządu Fundacji Edukacji Demokratycznej.
To od niego wszystko się zaczęło. – Jestem ojcem trojga dzieci. Kiedy najstarszy syn poszedł do tradycyjnej szkoły, szybko okazało się, że nie czuje się w niej dobrze. Nauczyciele przede wszystkim wymagali od niego, by wykonywał polecenia. Na lekcjach często najzwyczajniej w świecie się nudził – wspomina Jankowski.
Postanowił namówić dyrekcję, by coś zmieniła. – Ale przekonałem się, że zmiana tak skostniałej struktury jak szkoła wymaga czasu. A moje dzieci tego czasu nie mają – tłumaczy. Dwa lata temu natknął się na książkę o angielskiej szkole Summerhill. Otworzyła mu oczy.
Summerhill to najstarsza szkoła demokratyczna na świecie. Założył ją w 1921 roku Alexander Sutherland Neil. Część dzieci, które tam trafiły, w innych szkołach miały opinię niedostosowanych. Słabo się uczyły, źle zachowywały. Ale trafiwszy do Summerhill, zmieniły się nie do poznania.
Już po wojnie szkoły demokratyczne zaczęły powstawać w Niemczech, Izraelu, USA. Ich status – w zależności od państwa – jest różny. Zwykle jednak to, że rządzą się swoimi prawami, jest akceptowane.
Niezależnie od drobnych różnic mają wspólny mianownik. – To założenie, że dziecko jest takim samym człowiekiem jak dorosły i ma prawo głosu – podkreśla Jankowski. W szkołach tego typu nie ma przymusu. To uczniowie decydują, jakimi zagadnieniami będą się zajmować. – Dziecko, jak dorosły, wyznacza sobie określony cel i do niego dąży. Nauczyciel jest bardziej mentorem, który podpowiada, stara się stymulować, pobudzać do dyskusji, pokazywać ścieżki zdobywania wiadomości na określony temat – wylicza Jankowski.
Uczniowie szkoły demokratycznej nie są dzieleni na klasy w zależności od wieku. Tutaj siedmiolatek może się uczyć w grupie wspólnie z dzieckiem kilka lat starszym. Kluczem są zainteresowania i kompetencje w danej dziedzinie. Czy może się więc zdarzyć tak, że uczeń nigdy nie liźnie np. fizyki czy matematyki? Jeśli wierzyć Jankowskiemu, raczej trudno to sobie wyobrazić.
– Dzieci uczą się metodą projektową. Podam przykład. Kiedy zobaczą dom, zastanawiają się, z czego został zbudowany. Dostają odpowiedź, że z cegieł, ze szkła, cementu. Na tym jednak nie poprzestają. Idąc dalej, dowiadują się, skąd wziął się budulec, w jaki sposób został wydobyty, pozyskany itp. Słowem: dążą do źródeł, a przy okazji przyswajają wiedzę z różnych dziedzin – tłumaczy.
Według niego dzieci uczące się w ten sposób oszczędzają mnóstwo czasu. – Zagadnienia, których opanowanie w tradycyjnej szkole zajmuje rok, uczniowie szkoły demokratycznej mogą przyswoić w kilka miesięcy, a nawet tygodni – zapewnia Jankowski.
Idea tak zainteresowała rodzinę Jankowskich, że zdecydowali się posłać syna do Summerhil. Chłopiec miał wówczas nieco ponad dziesięć lat. – Dziś ma 12 i jest szkołą zachwycony – podkreśla Jankowski. Następnym krokiem rodziny było założenie szkoły demokratycznej w Poznaniu i fundacji, która pomaga w realizacji kolejnych tego typu projektów w innych miastach. – Nie nazwałbym tego eksperymentem. To sięgnięcie po sprawdzony model. Wiem, bo nasza rodzina przetestowała go na własnej skórze – przekonuje Jankowski.

Ciekawostka przyrodnicza

W Polsce szkoły demokratyczne to oczywiście margines. – Urzędnicy na razie traktują nas na zasadzie ciekawostki przyrodniczej – twierdzi Jankowski.
O szkoły demokratyczne zapytaliśmy w Ministerstwie Edukacji Narodowej (m.in. o przepisy, na podstawie których działają). Pierwsza odpowiedź wskazywała, że urzędnicy nie wiedzą, o jaki typ szkoły chodzi. Po wyjaśnieniach biuro prasowe obiecało odpowiedź, ale nieprędką.
– Na razie działamy, wykorzystując przepis o edukacji pozaszkolnej – tłumaczy Jankowski. – Nasze dzieci zapisane są do tradycyjnych szkół, a ich dyrektorzy wyrażają zgodę na to, by zdobywały wiedzę poza kierowanymi przez nich placówkami – dodaje.
Do końca jednak systemu nie udało się obejść. Raz na rok uczeń szkoły demokratycznej będzie musiał zdać egzamin klasyfikacyjny wyznaczony podstawą programową. Jego wiedzę będzie testować komisja powołana przez dyrektora tradycyjnej placówki, do której formalnie przynależy.
Jankowski przyznaje, że ma nadzieję na zmiany w polskim prawie. – Doprowadzenie do nich to jeden z celów naszej fundacji – mówi. I dodaje: – Dziecko po szkole demokratycznej może normalnie przystąpić do matury, a potem pójść na studia. W krajach, gdzie takie placówki działają, do college'ów dostaje się ogromna liczba absolwentów.

Rodzice dojrzewają

Krystyna Łybacka, posłanka SLD, kiedyś minister edukacji, do wszelkich nowinek podchodzi ostrożnie.
– Często kryje się w nich niebezpieczeństwo, jak choćby w przypadku nauczania indywidualnego. Znam osobę, której rodzice zdecydowali się na tę formę. Dziecko zdobyło ogromną wiedzę, ale wśród rówieśników miało poczucie zagubienia – mówi.
Według niej szkoła demokratyczna nigdy nie stanie się dominującym modelem. Jednak każdemu eksperymentowi należy się przyglądać, bo może w nim tkwić coś, co zainspiruje tradycyjną szkołę do zmian. A te są niezbędne.
– Szkolnictwo w Polsce posługuje się doktryną stosowaną jeszcze w XX wieku, ciągle pozostaje obok rewolucji informatycznej, która dokonuje się wokół. Nauka polega tam głównie na zapamiętywaniu i testomanii. A to właśnie należy zmienić. Szkoła musi znaleźć sposób, by informację sprawnie przekuwać na wiedzę, a wiedzę na mądrość – podkreśla Łybacka.
Według dr Urszuli Sajewicz-Radtke, psychologa ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, powstawanie szkół demokratycznych to oznaka coraz większej dojrzałości samych rodziców, którzy są skłonni mocno angażować się w edukację własnych dzieci. – Nie demonizowałabym tradycyjnego systemu szkolnictwa, choć oczywiście ma on swoje wady. Niemniej pomysły alternatywne wobec niego uznać należy za cenne. Choćby dlatego, że potrzeby dzieci są bardzo różne. Niektóre po prostu potrzebują nieco więcej liberalizmu. Wtedy funkcjonują lepiej – podkreśla dr Sajewicz-Radtke.
Zaraz jednak dodaje, że dzieci potrzebują też jasnych reguł. – By się o tym przekonać, wystarczy wspomnieć panującą niegdyś modę na tak zwane bezstresowe wychowanie. Zanikła ona, ponieważ ten model kompletnie nie zdał egzaminu. Z pewnością jednak szkoły demokratyczne takie reguły mają. Nie wierzę, że mogłoby być inaczej – podsumowuje.

200 lat i wystarczy

Tymczasem szkół demokratycznych przybywa. Grupy chętnych do ich tworzenia zawiązały się w kilku kolejnych miastach, m.in. we Wrocławiu, w Krakowie, Szczecinie.
– Przeciętnemu człowiekowi przyzwyczajonemu do podręczników, ocen, sprawdzianów trudno sobie wyobrazić, że edukacja może wyglądać inaczej – mówi Michał Jankowski.
Zwraca jednak uwagę, że  obowiązujący powszechnie system edukacyjny też był kiedyś tylko eksperymentem.
– Został stworzony 200 lat temu na potrzeby pruskiej armii. Od tego czasu świat diametralnie się zmienił. Wierzę, że szkolnictwo wreszcie podąży jego śladem – podsumowuje.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA