fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Bezpieczeństwo

Zamachy bombowe - więźniowie niebezpieczni

Grzegorz Byszewski
Janina Blikowska
Marek Kozubal
Najpierw pirotechnika, zapalniki, receptury. Czasem pojawia się chęć sprawdzenia, jak wygląda eksplozja na żywo. Mogą przy tym ucierpieć postronni, niewinni ludzie.
W niedzielę 17 lipca 2011 roku 65-letni właściciel domu przy ul. Krymskiej w Krakowie znalazł na swojej posesji plastikową rurkę. Gdy chciał ją wyrzucić do kosza, doszło do wybuchu. Mężczyzna z ranami nóg trafił do szpitala. Była to czwarta w krótkim czasie eksplozja w Krakowie. Mieszkańcy zaczęli się bać tajemniczego bombera.
Do pierwszego wybuchu doszło kilkanaście dni wcześniej, 29 czerwca, przy ul. Siarczanej. Eksplozja nastąpiła, gdy 52-letnia właścicielka domu otwierała pilotem bramę garażu. Kobieta oraz jej syn zostali ranni. Kolejny wybuch nastąpił tego samego dnia przy ul. Jeleniogórskiej, gdy ponadpięćdziesięcioletni mężczyzna robił porządki w piwnicy. 14 lipca doszło do eksplozji w jednym z bloków przy ul. Skarżyńskiego w Nowej Hucie. Wtedy też ranny został mężczyzna.

Bał się ludzi

Po serii wybuchów w Krakowie powołany został specjalny zespół dochodzeniowy. Do śledztwa włączyła się Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a ówczesny komendant małopolskiej policji Andrzej Rokita wyznaczył nawet 30 tys. zł nagrody za informacje o zamachowcu.
Dzień po wybuchu przy ul. Krymskiej policja opublikowała dwa portrety pamięciowe domniemanych sprawców. Cztery dni potem bombera zatrzymano. Zamachów dokonywał 38-letni Rafał K. Mężczyzna miał kryminalną przeszłość: między innymi kradzież z włamaniem, paserstwo i oszustwo. W więzieniu spędził kilka miesięcy. Od czasu, gdy porzuciła go konkubina, wraz z czteroletnim synem mieszkał sam w dzielnicy Swoszowice.
Zamachowiec na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniał, u części sąsiadów miał dobrą opinię, część jednak wspominała o handlu kradzionymi samochodami. W ostatnim okresie przed zamachami Rafał K. nie pracował, utrzymywał się z oszczędności.
Już po zatrzymaniu w jego domu policjanci natrafili na gotowy ładunek wybuchowy i liczne materiały służące do wyrobu bomb. Odkryli także ładunek podłożony na cudzej posesji, a w wynajmowanym garażu 23 kg podejrzanych substancji, w tym tzw. czarny proch.
Rafał K. usłyszał zarzut spowodowania czterech eksplozji, w których ucierpiało pięć osób. Przyznał się do winy. Dlaczego podkładał ładunki? Podczas rozprawy aresztowej, którą na żywo transmitowały telewizje, mówił, że ma żal do urzędników państwowych, do swojej rodziny, że się nim nie interesowała. Nie ukrywał też złości na mieszkańców Krakowa.
Zaangażowani w śledztwo policjanci też nie byli w stanie w prosty sposób wytłumaczyć jego motywów. – To mógł być jakiś impuls, jakieś poczucie krzywdy – uważa jeden z oficerów.
Zamachowiec wybierał swoje ofiary w przypadkowy sposób. – Wystarczyło, że ktoś jechał za szybko, popatrzył na niego, miał taką, a nie inną rejestrację – i już stawał się celem ataku Rafała K. Czuł się zagrożony – tłumaczył „Rz" jeden ze śledczych.
Krakowski bomber nie miał przeszkolenia wojskowego, a wiedzę na temat konstruowania ładunków wybuchowych czerpał z Internetu. Za swoje czyny nie odpowiedział jednak przed sądem. Biegli uznali, że jest niepoczytalny, i trafił do zamkniętego ośrodka.

Fałszywe alarmy też groźne

Zdaniem ekspertów takie zamachy jak w Krakowie mogą powtórzyć się w innych miastach. – Za atakami może stać człowiek sfrustrowany niepowodzeniami – mówią.
Były policyjny psycholog tak tłumaczy zachowanie potencjalnego zamachowca: – Zwykle są to ludzie, którym w życiu coś nie wyszło. Uważają, że rodzina, społeczeństwo ich skrzywdziło, i chcą pokazać, że są prawdziwymi twardzielami, że potrafią kontrolować sytuację.
W Polsce nie ma poważnego zagrożenia zamachami terrorystycznymi – twierdzą specjaliści. Częściej dochodzi do wybuchu bomb podkładanych przez przestępców.
Z raportu Centralnego Biura Śledczego wynika, że w ubiegłym roku policja odnotowała 12 eksplozji przy użyciu materiałów wybuchowych. Rok wcześniej było ich 25. Policja cztery eksplozje zakwalifikowała jako przypadki terroru kryminalnego. W ubiegłym roku podłożono dziewięć ładunków wybuchowych, kryminalni ujawnili też dziewięć atrap urządzeń wybuchowych.
Jednocześnie policja odnotowała aż 497 fałszywych powiadomień. Najczęściej dotyczyły one obiektów wymiaru sprawiedliwości, głównie sądów (216 przypadków). W związku z tym zatrzymanych zostało 127 osób. Wykryto co czwartego sprawcę takich alarmów.
Ostatnio głośnym echem w mediach odbiły się fałszywe alarmy w nocy z 24 na 25 czerwca. Do kilkudziesięciu instytucji w kraju trafiły e-maile z informacją o bombie. Następnego dnia sprawdzono 22 budynki, m.in. szpitale, sądy, komendy policji i centra handlowe. Ewakuowano ponad dwa i pół tysiąca osób. W akcję zaangażowanych było ponad 400 policjantów.
Błyskawicznie zostało zatrzymanych dwóch mężczyzn, których policja wytypowała jako sprawców. Szybko jednak musiała ich zwolnić.
Wkrótce ogłosiła, że ma kolejnego zatrzymanego. Na lotnisku w Pyrzowicach koło Katowic ujęła 26-letniego Marcina L. Rok temu skończył informatykę w Wyższej Szkole Technologii Informatycznych w Katowicach. Od kilku lat dorabiał dorywczo w Anglii jako operator wózków widłowych i magazynier w sklepie komputerowym. Jak ustaliła „Rz", jego nazwisko znajdowało się w rozsyłanych z Wielkiej Brytanii wiadomościach.
Był trzykrotnie skazany za przestępstwa za pomocą Internetu. W sieci ogłaszał się jako specjalista od utrzymania serwisu internetowego, e-commerce i programowania. Wyroki otrzymywał w zawieszeniu i nadal parał się oszustwami. Od wielu miesięcy Prokuratura Rejonowa Katowice-Zachód prowadziła śledztwo w sprawie kolejnych przestępstw L. – Pobierał zaliczki od klientów, po czym znikał. Były to kwoty od kilkuset do kilku tysięcy złotych.
W ubiegłym tygodniu katowicki sąd odrzucił zażalenie L. na zastosowanie wobec niego aresztu. Mężczyźnie za wywołanie fałszywych alarmów i spowodowanie zagrożenia dla życia i zdrowia grozi do ośmiu lat więzienia. „Rz" pisała jednak, że nawet osoby zbliżone do śledztwa mają wątpliwości co do tego, czy to L. stał za serią alarmów.
Jak podaje CBŚ, w ubiegłym roku policja zatrzymała 81 osób, które zajmowały się wytwarzaniem materiałów wybuchowych lub je posiadały. Mundurowi zarekwirowali blisko 1280 kg różnego rodzaju materiałów wybuchowych. Znaleźli też 179 granatów, 1939 zapalników, detonatorów, spłonek, a także 405 petard wojskowych.
Z danych CBŚ wynika, że śmierć w wyniku eksplozji poniosły trzy osoby (manipulowały przy niewybuchach pochodzenia wojskowego), a 11 osób zostało rannych (trzy z nich – w zamachach bombowych). Liczba ofiar wybuchów z roku na rok spada.

Prawdziwe ładunki, przypadkowe ofiary

Nie można zapominać, że ofiarami działań grup przestępczych bywają przypadkowe osoby.
W listopadzie 1996 roku bomba wybuchła w jednym z najruchliwszych miejsc stolicy, przy wyjściu z przejścia podziemnego na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Rannych zostało siedem osób. Odgłos detonacji słychać było w promieniu kilkuset metrów. Włączyły się alarmy samochodów. Wybuch nie spowodował dużych strat – uszkodził dwa samochody i świetlną reklamę papierosów, wyleciały szyby z kiosku. Podłożony ładunek miał jednak znaczną siłę rażenia. W bombie – prawdopodobnie własnej roboty – mogły być też gwoździe.
– Wyszedłem z budki i pobiegłem w kierunku Marszałkowskiej. Widok był straszny, na chodniku, blisko wyjścia z podziemi przy rondzie Dmowskiego, stał podziurawiony jak sito polonez – opowiadał zaraz po eksplozji sprzedawca z bazarku pod Pałacem Kultury. – Boczne szyby samochodu były wybite, wszędzie pełno szkła, taksówkarz był cały we krwi.
– Kilku przechodniów miało ślady zadrapań, z twarzy kobiety kapała krew – dodawał inny świadek.
Do dzisiaj nie wiadomo, kto stał za tą eksplozją.
Jeszcze gorsze skutki miał wybuch, do którego doszło 23 czerwca 2000 roku w Nowym Dworze Mazowieckim pod jednym z pubów. Potężna eksplozja zabiła wówczas 16-letniego Łukasza C., 18-letniego Konrada B., 25-letniego Krzysztofa K. i 38-letniego Jarosława M. Były to przypadkowe ofiary lokalnej wojny gangów o panowanie nad tym podwarszawskim miastem.
W pubie lubili się spotykać przywódcy tzw. grupy nowodworskiej. Na tarasie przed lokalem Artur M. „Karaś" i jego ludzie mieli nawet swój stolik. To pod nim, pół metra pod ziemią, konkurencyjni bandyci zakopali bombę. 5 kg plastiku miało być odpalone, kiedy gangsterzy po raz kolejny pojawią się w pubie. Jednak do wybuchu doszło wcześniej, gdy pracownicy przygotowywali lokal do festynu. Zapewne zauważyli poruszoną kostkę brukową i sprawdzali, co pod nią jest. To spowodowało eksplozję.
O podłożenie bomby prokuratura podejrzewała dwóch mężczyzn. W marcu sąd skazał jednego z nich na 25 lat więzienia, drugiego zaś uniewinnił (za inne zabójstwa został on jednak i tak skazany na dożywocie).

Rurabomber na wolności

Najbardziej znanym psychopatą, który podkładał ładunki wybuchowe, był Rurabomber. Stolicę terroryzował jesienią 1998 roku. Umieszczał własnoręcznie wykonane bomby w rurach malowanych na zielono. Z sześciu podrzuconych przez niego ładunków cztery wybuchły na klatkach schodowych. Eksplozje raniły trzy osoby, w tym dwie ciężko.
Okazało się, że 19-letni wówczas Mariusz S. od podstawówki interesował się pirotechniką. Przed sądem powiedział, że lubił patrzeć, jak jego bomby wybuchają. Przyznał też, że chciał na siebie zwrócić uwagę. Marzył o sławie. Został skazany na 14 lat więzienia. Został zakwalifikowany jako więzień „n", czyli niebezpieczny.
Oskarżony przyznał się do podłożenia wszystkich bomb. Zapewniał, że nie chciał zrobić nikomu krzywdy. Twierdził, iż ładunki były zrobione tak, że nie mogły zabić.
Ofiary Rurabombera nie straciły życia, ale zostały okaleczone. Pierwszą z nich była Maria Guzek. Sprzątała klatkę schodową przy alei Tysiąclecia. Zobaczyła reklamówkę i chciała ją wyrzucić do zsypu. Wówczas nastąpił wybuch. Eksplozja rozerwała kobiecie policzek, uszkodziła nerwy twarzy, zęby i język. Blizna na twarzy pozostała jej na całe życie.
Zbigniewowi Mędrekowi, kolejnemu z poszkodowanych, eksplozja rozerwała tętnicę, uszkodziła nerw łokciowy oraz mięsień dwugłowy. Podobna historia z reklamówką przydarzyła się Jerzemu Błudnickiemu i innym hydraulikom, którzy kontrolowali węzeł cieplny w bloku przy ul. Białostockiej. – Gdy chciałem tę torbę przesunąć, nastąpił wybuch. Huk, dym, ogień i ból – opisywał Błudnicki. Przez trzy miesiące po eksplozji nie słyszał na jedno ucho, a gwóźdź z bomby wbił mu się w nos.
Pozostałe ładunki S. nie raniły nikogo. Eksplozja przy ul. Wiosennej jedynie ogłuszyła Janinę F. Życie uratowały jej metalowe drzwi, które złagodziły skutki eksplozji. Do kolejnej doszło w przejściu pod mostem Poniatowskiego. Niedługo potem w pociągu z Hajnówki do Warszawy znaleziono ładunek, który udało się rozbroić. Wybuch przy ul. Radzymińskiej (5 stycznia 1999 roku) był ostatnim dziełem Rurabombera. Złapano go, gdy oglądał efekty eksplozji.
Najsilniejszego z ładunków S. szczęśliwie nie zdążył użyć. Znalezione w jego mieszkaniu materiały wybuchowe zdetonowano na poligonie. Mogły zabić kilka osób.
Sędzia nie znalazł okoliczności przemawiających na korzyść podsądnego. – Sam oskarżony powiedział, że nadal będzie podkładał bomby i liczy na to, że popularność sprawi, iż zostanie zauważony. Nie okazał również skruchy, a uśmiech praktycznie nie schodził z jego twarzy. Spochmurniał jedynie na krótki moment, kiedy na rozprawie zeznawały ofiary wybuchów jego ładunków – mówił.
W pewnym momencie oskarżony wycelował w stronę dziennikarzy palec i udał, że z niego strzela. Flesze aparatów fotograficznych sprawiły mu wyraźną radość.
Bezczelność S. dała o sobie znać pod koniec rozprawy. – Czy zrozumiał pan wyrok? – spytał  przewodniczący składu orzekającego. – Tak, ale żeby było śmieszniej, ja zabiję sędziego. I panią prokurator też – zdążył powiedzieć skazany.
Na początku tego roku po odsiedzeniu wyroku S. wyszedł z więzienia. – Jest przez nas monitorowany – przyznają nieoficjalnie policjanci.

Zamach na Sejm?

W ostatnich miesiącach najgłośniej było o Brunonie K., pracowniku naukowym Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie, który miał przygotowywać atak na Sejm. Choć wokół sprawy jest wiele niejasności, śledczy twierdzą, że chciał zorganizować zamach terrorystyczny w centrum Warszawy. Został zatrzymany przez ABW dwa dni przed 11 listopada ubiegłego roku.
Brunon K. – jak twierdzą śledczy – wzorował się na Andersie Breiviku, który dwa lata temu zabił w Norwegii 77 osób. Zdaniem ABW Brunon K. chciał zdetonować na terenie Sejmu samochód z czterema tonami materiałów wybuchowych.
– Jego motywy były nacjonalistyczne, ksenofobiczne i antysemickie, osoby sprawujące władzę określał jako „obce" – informował na specjalnie zorganizowanej konferencji w centrali ABW Mariusz Krasoń z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.
ABW zatrzymała też dwóch mężczyzn, którzy mieli mu pomagać i dostarczyć broń. Po przesłuchaniu obydwaj zostali zwolnieni. Prokuratura zastosowała wobec nich dozór policyjny. Są kolekcjonerami militariów.
Nie jest wykluczone, że wokół Brunona K. działali pod przykrywką funkcjonariusze ABW. Być może w jego mniemaniu to właśnie oni mieli stanowić trzon grupy, która zorganizowałaby zamach.
– Jego plan był taki: chciał zwerbować kierowcę, który samochodem wypełnionym materiałami wybuchowymi sforsuje szlaban przy Sejmie, uderzy w budynek i ucieknie. Bomba miała być odpalona zdalnie za pomocą fal radiowych z komórki przez Brunona K. – mówi nam jeden ze śledczych. – Sprawdzał, czy w okolicach tego budynku można używać radiowych urządzeń nadawczych.
Jak w czasie konferencji prasowej przyznał płk Jan Bilikiewicz z ABW, Brunon K. był pod kontrolą służb już od końca 2011 roku.
Na forach internetowych K. chwalił się umiejętnościami pirotechnicznymi, a jednocześnie ujawniał radykalne poglądy. W Internecie wpisywał sformułowania obraźliwe dla rządzącej ekipy PO.
Brunon K. specjalnie się nie ukrywał, bo wpisów dokonywał ze służbowego komputera. Na forach podawał skład mieszanek wybuchowych, które można wytworzyć domowym sposobem. Na jednym z nich przyznał, że organizował wykłady z „inżynierii saperskiej".
W czasie przeszukań ABW znalazła m.in. filmy z nagranymi eksperymentami. – W małopolskiej miejscowości Pszeginia zdetonował 250 kg materiałów wybuchowych – powiedział prok. Mariusz Krasoń. Nagranie pochodzi sprzed kilku lat.
Brunon K. jest w areszcie. Jak informowała Prokuratura Apelacyjna w Krakowie, przyznał się do części zarzutów: do szkoleń dla osób, które zwerbował, oraz do przeprowadzenia próbnych detonacji. Usłyszał zarzuty „przygotowania do usunięcia przemocą konstytucyjnych organów państwa" oraz „przygotowania do przeprowadzenia eksplozji materiałów wybuchowych".
W połowie lipca listę zarzutów rozszerzono. Prokuratorzy ustalili, że Brunon K. przez kilka miesięcy prowadził korespondencję e-mailową z dwoma mężczyznami, których nazwiska do tej pory nie pojawiły się w śledztwie. Niedoszły zamachowiec nakłaniał ich do uczestnictwa w ataku. – To bardzo poważny zarzut. Uznaliśmy, że jego działania miały charakter przestępstwa terrorystycznego – mówił Piotr Kosmaty z krakowskiej prokuratury apelacyjnej.
W ostatni wtorek w podwarszawskich Włochach zatrzymano – w związku ze sprawą Brunona K. – mężczyznę, któremu zarzuca się posiadanie materiałów wybuchowych.
Niemal w tym samym czasie biegli orzekli, że K. jest poczytalny i może przed sądem odpowiadać za swoje czyny. – Taka jest konkluzja opinii sądowo-psychiatrycznej dotyczącej Brunona K., którą otrzymaliśmy – powiedział Piotr Kosmaty. Prokuratura będzie więc mogła skierować do sądu akt oskarżenia. – Mamy nadzieję, że zrobimy to w ciągu najbliższych dwóch–trzech miesięcy – zapowiedział prok. Kosmaty.
Jacek Pałkiewicz, Dżungla miasta. Klucz do bezpieczeństwa, Zysk i S-ka, kwiecień 2013

Sytuacje nie do przewidzenia

Ewa Szopińska, agent mocno pomocny PZU
Coraz częściej media informują o atakach terrorystycznych. Nie tak dawno głośno było o ewakuowaniu szpitali, urzędów i prokuratury po wysłaniu anonimowych e-maili do wielu instytucji w całej Polsce. Na szczęście się okazało, że te alarmy bombowe były tylko chuligańskim wybrykiem. Czy zatem możemy czuć się bezpiecznie? Czy każdego dnia, wychodząc do pracy, możemy czuć się pewni, że wrócimy do domu?
Najgorsze w aktach terroru jest to, że nie możemy ich przewidzieć ani się na nie przygotować. Takie zdarzenia dzieją się nagle, niespodziewanie, zmieniając życie tak nas samych, jak i naszych najbliższych. Na szczęście istnieje możliwość ubezpieczenia się od skutków terroru. Osoba, która poniesie uszczerbek w zamachu terrorystycznym, może liczyć na odszkodowanie w ramach „zwykłego" ubezpieczenia na życie. Jeśli podczas tego typu zdarzenia przypadkowa ofiara aktu terroru, która posiada polisę na życie, zginie, wówczas osobom uposażonym jest wypłacana pełna suma ubezpieczenia. Zatem zgodnie z Ogólnymi Warunkami Umowy, jeśli będziemy przypadkową ofiarą ataku terrorystycznego, mamy zagwarantowaną ochronę poprzez polisę na życie.
Warto zadać sobie odpowiednio wcześniej pytanie, jak moja rodzina poradzi sobie finansowo, kiedy mnie zabraknie? Czy stać mnie będzie na leczenie w przypadku wypadku? W dzisiejszych czasach nigdy bowiem nie możemy być do końca pewni, co czeka na nas za rogiem ulicy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA