Literatura

Zapiski z frontu, czyli jak sprzedać śmierć

Archiwum autora
Wiktor Bater opowiada o wojnach na Bałkanach, w Afganistanie, Czeczenii i Iraku
Z wielu powodów „Nikt nie spodziewa się rzezi” mogłoby być wartościową książką. Bater, początkowo korespondent Polskiego Radia, później TVN i TVP, nie pozuje na twardziela. Nie przekonuje, że obce mu są wyrzuty sumienia: „Może rzeczywiście jestem hieną, ale zawsze jestem też świadkiem zbrodni i próbuję dociec jej przyczyn”.
Stara się wyjaśnić, co powoduje, że reporter zamiast wziąć nogi za pas, uparcie tkwi z kamerą w śnieżnej zaspie w Sarajewie pod ostrzałem serbskiego snajpera. Strach – wyjaśnia – to produkt rozsądku. Podpowiada, że lepiej już nie kusić losu. Nieposłuszeństwo wynika z przekonania, że dziennikarz może zginąć, ale na taśmie filmowej pozostawi świadectwo dla tych, którzy nie chcą zapomnieć, lub dla następnych pokoleń, które będą pytały: dlaczego?
Kilka historii pozostaje w pamięci. Jak ta o rosyjskim szturmie na Grozny: „Czołgi grzęzły w błocie, gąsienice mieliły zimową breję. Jeśli czołg utknął, stawał się idealnym celem dla czeczeńskich snajperów. Żołnierze spali pod transporterami. Gdy chciało im się pić, zbierali szron i skroplony cedzili przez bandaże. Zmieniali mundury, zrywali pagony i odznaczenia, żeby w niewoli być nie do rozpoznania”. O chaosie w rosyjskich szeregach świadczy historia starszego kaprala Grigorija Kiriczenki, który z pola walki wyniósł 68 rannych kolegów. Nikt nie wiedział, dokąd ich przewozić. Władze plątały nazwiska i stopnie. Kaprala uznano za poległego. Mimo to znalazł się wraz z innymi żołnierzami w Sali Gieorgiejewskiej Kremla. – Tytułem Bohatera Rosji i Orderem Złotej Gwiazdy nagradza się starszego kaprala Grigorija Kiriczenkę – przeczytał Borys Jelcyn. – Pośmiertnie.Kiedy doradcy wyjaśnili Jelcynowi, że Kiriczenko stoi tuż obok, prezydent się nie zdziwił: – Ot, pomyłka wyszła. Wymowna jest scena z wojny libańskiej przedstawianej przez Izrael jako akcja przeciw terrorystom. Chłopcy z Sił Obrony Izraela chronią się przed upałem. Częstują dziennikarzy ciastem. Zbliża się szabat. Na pancerzu czołgu leży Tora. „Żołnierze mają po 20 lat, wierzą, że bojówki Hezbollahu trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi. A co z cywilami, wykrwawiającym się Bejrutem i tysiącami uchodźców? Żołnierze nie chcą o nich myśleć, bo to trochę burzy obraz idealnej wojny w obronie ziemi obiecanej”. Bater obnaża cynizm większości dziennikarzy goniących za sensacją, spragnionych nagrody za mocną relację z pierwszej linii. Pokazuje producentów programów informacyjnych, którzy bardziej troszczą się o drogi sprzęt niż o ludzi. Cytuje słowa gwiazdy CNN skarżącej się kolegom podczas konfliktu libańskiego: „Nic się nie dzieje, nudy! Tych kilka rakiet? Co to niby jest? W Zatoce Perskiej – to była wojna!”. Niestety, w książce znalazło się wiele grafomańskich zdań. Czytamy o „kanonadzie ptasich treli”, „przeklętym bum! bum! bum!” czy „ręce zmartwiałej ze zgrozy”. Natrafimy i na taki kwiatek: „W oczach tamtego było jednocześnie skamlenie o litość i hardość myśliwego, który stał się zwierzyną. Sułtan strzelił tam, gdzie zamykało się spojrzenie”. Zgroza! Czasem Bater uzyskuje niezamierzony efekt komiczny. Na przykład w scenie, gdy gruzińscy kryminaliści masakrują abchaskiego oficera. W końcu wrzucają go żywcem do snopowiązałki, a on „przed zmieleniem przysięga zemstę”. Jedno pytanie: czyżby oficynie Znak przestało zależeć na reputacji? Stylistyczna niechlujność autora i kiepska redakcja sprawiają, że „Nikt nie spodziewa się rzezi” to książka straconych szans. Wielu polskich autorów idzie w ślady Ryszarda Kapuścińskiego – pisarza, który reportaż podniósł do rangi sztuki. Sprzyja im sytuacja na rynku książki. – Czytelnicy odwracają się od beletrystyki, coraz bardziej pociąga ich literatura faktu – powiedziała „Rz” Monika Sznajderman z wydawnictwa Czarne. – Takie zjawisko da się zaobserwować nie tylko w Polsce. Książki autorów tej oficyny podbijają Europę: „Gottland” Mariusza Szczygła ukazał się już w Niemczech (ze wstępem Martina Pollacka) i Czechach. Szykowane są edycje we Francji, w Rosji i na Węgrzech. Wkrótce niemiecka premiera „Obwodu głowy” Włodzimierza Nowaka. Zawrotny sukces odniosła proza „Jadąc do Babadag” Andrzeja Stasiuka. Trafiła do księgarń w Niemczech, Albanii, Rumunii, Francji i Słowenii. Szykowane są wydania: angielskie, hiszpańskie, włoskie, holenderskie, czeskie, rosyjskie, serbskie i bułgarskie. Wciąż jednak najpopularniejszym polskim autorem literatury faktu pozostaje Ryszard Kapuściński. – Propozycje wydawnicze napływają lawinowo – mówi Czesław Apiecionek, właściciel agencji literackiej reprezentującej spadkobierców Kapuścińskiego. – Był on już tłumaczony na wszystkie najważniejsze języki europejskie. Teraz pora na Daleki Wschód. Niedawno otrzymałem dwie oferty z Tajwanu, potem cztery z Korei Południowej, wreszcie z Chin, gdzie prawdopodobnie ukażą się najistotniejsze dzieła Kapuścińskiego. Zagraniczni wydawcy interesują się także mniej znanymi reporterami. Otrzymuję wiele pytań o Wojciecha Jagielskiego i Artura Domosławskiego. Jestem optymistą. Uważam, że na świecie mogą oni odnieść ogromny sukces.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL