fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służby mundurowe

Szef ABW: Dżihad bliżej Polski

123RF
Szef ABW gen. Dariusz Łuczak dla „Rzeczpospolitej” o elementach „wojny hybrydowej” Rosji wobec Polski, o komórce wsparcia Państwa Islamskiego na Podlasiu oraz o plamie na honorze ABW w związku z aferą taśmową

"Rzeczpospolita": W raporcie z działalności ABW za zeszły rok napisaliście otwartym tekstem: „Kontrwywiad Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego potwierdził utrzymywanie się wysokiego poziomu aktywności rosyjskich służb wywiadowczych na kierunku polskim". Jeszcze nigdy ABW nie informowała tak otwarcie o działaniach rosyjskich specsłużb w Polsce.

Gen. Dariusz Łuczak, szef ABW:
Od kilku lat aktywność służb rosyjskich jest w Polsce niezmiennie wysoka. Także kierunki ich zainteresowania są wciąż stałe. Zmieniła się za to metodyka. Rosjanie coraz częściej korzystają z niestandardowych form pracy pod przykryciem, innych niż posady dyplomatów czy też misja w charakterze oficerów łącznikowych – jak to było dotąd. Przy okazji działań Rosji na Ukrainie pojawiło się pojęcie wojny hybrydowej. Otóż zarówno w Polsce, jak i w innych krajach sąsiadujących z Rosją obserwujemy wiele działań, które wpisują się w definicję wojny hybrydowej.

Boicie się prowokacji? To nie jest tak, że obawiamy się prowokacji. My na bieżąco na nie reagujemy.


Słyszałem o zatrzymywaniu na naszej granicy osób, które chciały wyjechać na Wschód ze sprzętem wojskowym. Mieliście podejrzewać, że to prowokacja Rosjan, która miała pokazać, że przez Polskę przerzucana jest broń na Ukrainę. Nie mogę ujawnić, jakiego to rodzaju incydenty, ale mogę potwierdzić, że próby prowokacji dotyczą także naszego kraju. Opisujemy tego rodzaju incydenty ze Strażą Graniczną, SKW, wymieniamy się informacjami ze służbami innych państw. Nowy sposób działania przeciwnika polega również na tym, że próbuje wykorzystywać antagonizmy międzysąsiedzkie między Polską a Litwą i Ukrainą. Weźmy pierwszy z brzegu przykład – w internecie pojawia się witryna pod hasłem „Wileńska Republika Ludowa", co w nawiązaniu do sytuacji na wschodzie Ukrainy miałoby sugerować, że polska mniejszość wspomagana przez władze w Warszawie będzie próbowała oderwać Wilno od Litwy. W dzisiejszych czasach nawet taka sytuacja może doprowadzić do poważnego kryzysu politycznego, tym bardziej że witryna pojawiła się przed wyborami samorządowymi na Litwie. Dlatego ekspresowo przekazaliśmy służbom litewskim informację, kto naszym zdaniem może za tym stać. Również polska prokuratura z doniesienia ABW wszczęła śledztwo w tej sprawie.

A kto za tym stoi?

Mogą stać za tym osoby z Polski, które wykorzystuje propaganda rosyjska. Podobnie jest zresztą z podgrzewaniem bolesnych kwestii historycznych między Polską a Ukrainą. Jeśli w Polsce powstaje Powiernictwo Kresowe, które lansuje program rewindykacji mienia pozostawionego za Bugiem, to Moskwa może tylko zacierać ręce. Pamiętajmy o Wołyniu. Ale musimy także pamiętać, że Ukraina to nasz sąsiad, który został zaatakowany przez Rosję. Dlatego trzeba zachowywać się bardzo rozważnie, by nie dać podburzać nabrzmiałych emocji między Polakami i Ukraińcami, bo o to starają się Rosjanie. Nie zmienia to faktu, że dostrzegamy problem nastrojów nacjonalistycznych na zachodniej Ukrainie. Działacze radykalnych ukraińskich ugrupowań przyjeżdżali do Polski i próbowali tworzyć tu struktury. Nasze zadanie to monitorowanie takich działań.

Czy to ze względu na uprawianie rosyjskiej propagandy domaga się pan wydalenia z Polski rosyjskiego dziennikarza Leonida Swiridowa?

Pan Swiridow został pozbawiony akredytacji dziennikarskiej na podstawie mojego wniosku do ministra spraw zagranicznych, wszczęto też procedurę pozbawienia go statusu rezydenta długoterminowego na terenie UE – a zatem opuszczenia przez niego Polski. W uzasadnieniu wniosku napisałem, że jego pobyt na obszarze RP stanowi rzeczywiste i poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju.

Wiadomo, że Swiridow organizował wyjazdy polskich dziennikarzy i polityków do Rosji, przygotowywał antyukraińskie wystawy, być może nawet płacił za proputinowskie teksty polskim publicystom i blogerom. Było coś ponadto?

Może płacił, może nie – nie chcę się wypowiadać na temat jego współpracy z polskimi dziennikarzami. Swiridow wyraźnie działał wbrew interesowi RP. My jesteśmy od tego, żeby takie sytuacje dostrzegać. Swiridowa obserwujemy od 2008 r., gdy pojawił się w Polsce. Jego działalność to element owej wojny hybrydowej, bo propaganda i dezinformacja to potężna jej część.

Powiedział pan, że kierunki zainteresowania Rosją w Polsce są stałe. Czyli?

Nie podam panu całej charakterystyki kontrwywiadowczej, ale wskażę między innymi na obszar energetyczny. Jesteśmy w dużym stopniu zależni od rosyjskich surowców i od lat próbujemy zdywersyfikować dostawy energii. Jeśli ktoś rozluźnia ten węzeł, to musi się liczyć z zainteresowaniem rosyjskich służb, które chcą to uniemożliwić. Energetyka to naturalne pole działalności rosyjskich służb.

To popatrzmy na osiągnięcia rządu w sferze energetyki od 2007 r. Projekt wydobycia gazu łupkowego upadł, australijska firma wybrana do przygotowania budowy elektrowni atomowej – przed którą ostrzegaliście rząd – nie zrealizowała kontraktu. Gazoport także wciąż nieoddany. Ponoć przed włoską firmą Saipem też ostrzegaliście, podejrzewając, że jest za blisko związana z Rosjanami.

Przede wszystkim dziś widać, że błędem było podpisywanie długoterminowych kontraktów z Rosjanami, bo zdecydowanie spadły ceny ropy i gazu. Monitorujemy budowę gazoportu. Sądzę, że ta inwestycja zbliża się ku końcowi. Rzeczywiście, informowaliśmy poszczególnych ministrów o różnego rodzaju zagrożeniach. Jednak MSP ma dostęp do bezpośrednich informacji ze spółek odpowiedzialnych za gazoport czy budowę elektrowni atomowej, jako że ma w nich swych przedstawicieli. My przekazaliśmy informacje do wiedzy kolejnych ministrów skarbu. Czy je wykorzystali, czy też nie – nie mam na to wpływu.

W raporcie za ubiegły rok ABW dużo miejsca poświęciła także zagrożeniu ze strony islamskich terrorystów. Najbardziej alarmująca jest informacja o działalności w Polsce komórki wsparcia Państwa Islamskiego.

Przez lata aktywność dżihadystów w Polsce praktycznie nie istniała. Powód był prosty. W przeciwieństwie do państw zachodniej i północnej Europy nie byliśmy krajem, do którego emigrowali muzułmanie z Afryki czy Bliskiego Wschodu. W tej chwili w Polsce nadal jest bezpiecznie i nie ma powodów do podnoszenia poziomu zagrożenia terrorystycznego. Ale pojawiają się pojedyncze niepokojące sygnały. Przyglądamy się kilkudziesięciu osobom. Po pierwsze, chodzi o Polaków, którzy kilka, kilkanaście lat temu wyjechali do Niemiec czy Norwegii, tam dostali drugie obywatelstwo i przeszli na islam. I to stamtąd jeżdżą walczyć po stronie Państwa Islamskiego. Po drugie, w kraju są też Polacy, co do których mamy podejrzenia albo wręcz pewność, że walczyli po stronie Państwa Islamskiego lub też przebywali na jego terenie. Kilku z nich ma podwójne obywatelstwo, najczęściej zachodnie, choć jest w tym gronie także Polak z paszportem jordańskim. Po trzecie, są cudzoziemcy z prawem pobytu na terenie Polski. Żyją poza ośrodkami dla uchodźców. Niektórzy z nich wyjeżdżają na teren Państwa Islamskiego, potem tu wracają.

Co to jest komórka wsparcia logistycznego Państwa Islamskiego?

Zaplecze dla dżihadu. To grupa ludzi, którzy organizują środki finansowe, przygotowują miejsca odpoczynku i leczenia. Znamy przypadki lokowania bojowników w prywatnych polskich szpitalach. Musimy sobie zdawać sprawę, że na Zachodzie zaostrzane jest prawo dotyczące zwalczania terroryzmu. Wprowadzane są zakazy wyjazdów na teren walk pod groźbą odpowiedniej kary – wydalenia z kraju. Czasem stosuje się także wydalenie do kraju, z którego pierwotnie przyjechali. Tacy wydaleni z Zachodu bojownicy trafią więc gdzie indziej – być może także do Polski. Podam tutaj wspomniany przykład naszej działalności zakończonej sukcesem. W połowie maja pod nadzorem Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku zatrzymaliśmy kilka osób pod zarzutem takiego właśnie wsparcia logistycznego terroryzmu. Osoby te znajdują się w areszcie.

Jest pan zwolennikiem przyjmowania przez Polskę imigrantów z Afryki Północnej?

Jesteśmy w UE i musimy wykazać minimum solidarności z krajami południowej i zachodniej Europy, które mają ogromne problemy z imigrantami. Takie są koszty demokracji. Chodzi tylko o to, żeby imigrantów dobrze sprawdzać. Współpracujemy ze służbami, które mają znacznie większą wiedzę o sytuacji w tamtym rejonie świata. Ale faktem jest, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy osoby figurujące na listach to te, które rzeczywiście do nas przyjadą. Byłoby to możliwe np. przy otrzymywaniu i sprawdzaniu później cech biometrycznych – np. linie papilarne – aby mieć pewność, kto do nas tak naprawdę przyjeżdża. W takiej sytuacji Polska jest dobrze przygotowana i ma odpowiednie możliwości, aby sprawdzić osobę emigrującą do nas.

ABW ma nie najlepszy czas w związku z aferą taśmową. Ostatnie doniesienia prasowe właściwie was kompromitują – dowodzą, że prezes Rady Ministrów mógł być nagrywany przez dawnych ludzi służb zwanych grupą wiedeńską. Uwiecznione miało zostać jego spotkanie z biznesmenem Janem Kulczykiem w willi premiera przy ulicy Parkowej w Warszawie.

Niestety, takie przedstawianie sprawy jest dla nas bardzo krzywdzące. Od wybuchu tej afery jesteśmy regularnie obijani taśmami. Mogę się uderzyć we własne piersi, ale najpierw zacznijmy od faktów. Otóż według mojej wiedzy ani w posiadaniu agencji, ani w prokuraturze, ani w żadnych materiałach śledztwa nie ma żadnego nagrania premiera Donalda Tuska. Dyskusja, jaka się wywiązała, skierowana była na krytykę ABW i była dla nas niesprawiedliwa.

Nie mówimy o samym nagraniu, tylko o notatce z akt śledztwa, według której nagranie istnieje.

Zdaniem ABW nigdy nie było takiego nagrania. Wszystko wzięło się z połączenia w całość kilku niesprawdzonych na początku informacji, pochodzących zresztą z samego początku śledztwa. Informacje o możliwości nagrania spotkania premiera Tuska z Kulczykiem pojawiły się w prasie już w ubiegłym roku. Weryfikowaliśmy te doniesienia. Nie potwierdziły się. Nie jest prawdą sam punkt wyjścia – że rozmowa mogła zostać nagrana, bo katering dostarczała restauracja Sowa & Przyjaciele. Otóż nie dostarczała. Zresztą kompleks na Parkowej ma kilka stref bezpieczeństwa i badaliśmy go kilkakrotnie antypodsłuchowo. Cały materiał dotyczący wątku rzekomego nagrania rozmowy Tuska i Kulczyka był przez nas wnikliwie sprawdzany. Następnie całość materiałów przekazaliśmy prokuraturze – dlatego ta informacja znalazła się w aktach. Od samego początku tej sprawy stawiane były różne tezy – zarówno realne, jak i kompletnie kosmiczne. Weźmy dalszy ciąg tej historii o rzekomym nagrywaniu premiera. Otóż krótką notatkę dotyczącą „grupy wiedeńskiej", którą otrzymaliśmy, wnikliwie badaliśmy i zweryfikowaliśmy negatywnie.

Od kogo była ta informacja?

Nie mogę ujawnić. Powiem tylko, że nie było w niej nazwisk funkcjonariuszy ani żadnych innych szczegółów, które były prezentowane w mediach. Bardzo dokładnie sprawdziliśmy ten wątek i okazał się fałszywym tropem. W tej sprawie komuś na rękę jest stawianie takich tez, że za aferą stoją inne osoby – wręcz siły tajemne i służby specjalne – nie zaś te, którym prokuratura postawiła zarzuty. Jak zapowiada prokuratura, akt oskarżenia przeciw Markowi Falencie zostanie niedługo skierowany do sądu. Wówczas wszystko będzie jasne i oczywiste.

A pan uważa, że szajkę nagraniową stworzył sam Falenta, ze szwagrem i kelnerami? Że nie było tam obcych czy krajowych służb, dużego biznesu?

Uważam, że w tej sprawie został rzetelnie zebrany bardzo solidny materiał dowodowy. Sprawdziliśmy wątki dotyczące możliwych działań obcych wywiadów, sprawdziliśmy tropy dotyczące dużego biznesu i inne. Nie potwierdziły się. Prokurator nie będzie miał żadnych wątpliwości, pisząc akt oskarżenia.

Cieniem na ABW kładzie się zatem to, że Falenta przez lata spotykał się z waszymi oficerami. Waszym informatorem okazał się człowiek, który – jak dziś twierdzicie – rozpętał aferę taśmową, czyli największy skandal ostatnich lat.

Specjalny wewnętrzny zespół powołany na moje polecenie do samego spodu zbadał kontakty ABW z Falentą. Nie ma najmniejszego śladu, że nam przekazał informacje z taśm. Poszedłem w tej sprawie na pełną współpracę z prokuraturą. Zwolniłem funkcjonariuszy, którzy spotykali się z Falentą, z tajemnicy służbowej i poddałem ich badaniom na wariografie. Wszystkie ustalenia i materiały w tej sprawie, o które wnioskowała prokuratura, natychmiast przekazaliśmy.

Falenta wodził was za nos. Przekazywał wam informacje, które nie miały żadnego znaczenia – głównie donosił na konkurencję biznesową.

To był brak nadzoru na poziomie kadry kierowniczej w delegaturze we Wrocławiu. Należało zakończyć te bezowocne kontakty z Falentą. Osoby, które zawiniły w tym przypadku, już w ABW nie pracują.

W sprawie taśmowej kompromitacji było wiele. Choćby publikacja w internecie akt śledztwa przez biznesmena Zbigniewa Stonogę.

Uważam, że prokuratorzy, udostępniając do kopiowania zdecydowaną większość materiałów, powinni przewidzieć późniejszą ich publikację. Zwłaszcza w sprawie, która od roku nie schodzi z pierwszych stron gazet, która ciągle jest przedmiotem nieustannych politycznych dyskusji. Także brak zarzutu działania w zorganizowanej grupie przestępczej jest zdaniem wielu, w tym i moim, bardzo dyskusyjny. Ale za kwalifikację prawną, stawianie zarzutów na tej podstawie odpowiada prokuratura.

Powiedział pan, że byli funkcjonariusze specsłużb nie mają nic wspólnego z aferą taśmową. A wasz były oficer Bogusław T.? Najpierw prowadził Falentę, a po odejściu ze służby zaczął dla niego pracować. W innej sprawie ma nawet zarzuty za to, że nagrywał dla Falenty biznesową konkurencję.

Plamą na honorze ABW jest nie to, że T. po odejściu ze służby pracował dla Falenty, tylko to, że popełnił przestępstwo. Nie zamierzam go usprawiedliwiać. Ale to pokazuje problem. Otóż w Polsce nie ma systemu oferowania pracy ludziom, którzy odeszli ze służb specjalnych. On odszedł po 15 latach pracy w 2012 r., kiedy pojawiły się pogłoski o zmianach w emeryturach mundurowych. Wówczas odeszło z ABW około 500 funkcjonariuszy. Wojsko ma taki system – byli żołnierze mają pierwszeństwo w zatrudnianiu na stanowiskach w administracji związanych z obronnością i bezpieczeństwem państwa. Koordynator służb specjalnych Marek Biernacki rozpoczął pracę nad wprowadzeniem podobnych przepisów dla funkcjonariuszy służb specjalnych.

Od dwóch lat rząd szumnie zapowiadał reformę służb specjalnych, w tym sprecyzowanie, czym ma się zajmować ABW. W tej chwili Agencja jest jak jeden wielki śmietnik, do którego politycy i prokuratura pchają wszystko - od kontrwywiadu po ściganie internautów źle piszących o władzy.

Projekt ustawy przygotowało MSW i jeszcze przed wakacjami toczyła się na jego temat dyskusja w Sejmie. Uważam, że ABW powinna się skupić na kilku obszarach: kontrwywiadzie, dbaniu o najważniejsze ekonomiczne interesy państwa, ochronie informacji niejawnych. Do tego oczywiście zwalczanie terroryzmu, dlatego Centrum Antyterrorystyczne ABW powinno zostać prawnie wzmocnione poprzez uregulowanie jego działalności w ustawie - to ułatwi nam współpracę z administracją. Powinno się też zwiększyć kontrolę nad bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni. Kiedy pojawiają się ataki hakerskie na spółki skarbu państwa, czy urzędy, to krytykuje się nas za brak zabezpieczeń. Dlatego za pośrednictwem koordynatora służb specjalnych wystąpiłem do pani Premier o powołanie Departamentu Bezpieczeństwa Cybernetycznego ABW. W tej chwili nie mamy takich zabezpieczeń jak administracje USA czy krajów zachodniej Europy. Oczywiście ich stworzenie wymaga dodatkowych nakładów finansowych. Wygląda jednak na to, że przed wyborami zmiany nie zostaną wprowadzone. Szkoda, bo ABW potrzebuje jasnego katalogu spraw, którymi powinna się zajmować z urzędu. Inaczej będą wciąż próby angażowania nas do spraw, które nie są istotne dla bezpieczeństwa państwa.

—Rozmawiał Andrzej Stankiewicz

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA