fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce: Europa powinna ufać Brytyjczykom

Fotorzepa/ Piotr Guzik
- Ani my Unii, ani Unia nam nie może narzucać swoich regulacji - przekonuje ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce Jonathan Knott w dniu rozpoczęcia rokowań o nowych relacjach między Londynem i Brukselą.

Zjednoczone Królestwo miesiąc temu wyszło z Unii. Jak wygląda życie poza Wspólnotą?

Niektóre zmiany nie wchodzą w życie natychmiastowo. Do końca roku będziemy w okresie przejściowym, kiedy stosujemy istniejące unijne regulacje, ale już nie mamy na nie wpływu, bo nasi przedstawiciele nie biorą udziału w obradach w Brukseli. Zdecydowaliśmy się na to, ponieważ chcieliśmy, aby ta zmiana przebiegała jak najłatwiej dla biznesu, dla każdej osoby. Wykorzystujemy ten czas na przegląd naszej polityki zagranicznej i obronnej, bo nie chcemy skupiać się na sobie – wręcz przeciwnie: chcemy nadal przewodzić i mocno zaznaczać naszą obecność na świecie.

Nowa umowa o współpracy z Unią będzie bardzo złożona, a czasu na jej wynegocjowanie jest niewiele. Co się stanie, jeśli się nie uda?

Są dwie możliwości: albo zdołamy wypracować całościową umowę o wolnym handlu wzorowaną na porozumieniu, jakie Bruksela zawarła z Kanadą, albo będziemy zmuszeni do ustalenia całej serii uzgodnień dla poszczególnych branż, tak jak to zrobiła z Unią Australia. Chcemy, aby nasze relacje z Unią opierały się na przyjaznej współpracy i wolnym handlu. Chodzi nam o umowę opartą na unijnym precedensie.

Unijny negocjator Michel Barnier mówi jednak, że Wielka Brytania to nie Kanada: leży tuż przy Europie i prowadzi z Europą handel na o wiele większą skalę.

W dzisiejszym świecie odległość nie ma żadnego znaczenia. Ameryka zawarła przecież umowy o wolnym handlu z Kanadą i Meksykiem, choć to jej bezpośredni sąsiedzi, no i bez pewnych klauzul o unikaniu zakłóceń w handlu, o które to klauzule zabiega UE. Skala współpracy owszem, ma znaczenie. Ale musimy na starcie ustalić podstawową zasadę: ani my Unii, ani Unia nam nie może narzucać swoich regulacji. Tu nie może być żadnego automatyzmu. Bruksela na to przystała w umowach z Koreą Południową, Meksykiem czy Japonią. Może więc i z nami.

W Brukseli obawiają się jednak, że u brzegów Europy wyrośnie „Singapur nad Tamizą”– kraj, który nie będzie stosował unijnych norm i rozwinie nieuczciwą konkurencję.

Podoba mi się, że ludzie w Brukseli mają tak bujną wyobraźnię! Ja wolę podejście praktyczne. Weźmy kontrolę dotacji (w terminologii unijnej to pomoc publiczna): w minionych 21 latach Unia podjęła wobec Wielkiej Brytanii działania egzekwujące zasady pomocy publicznej tylko cztery razy, podczas gdy wobec jednego ze swoich największych krajów zrobiła to 27 razy, wobec innego 45 razy, a wobec jeszcze innego – 67 razy. Byliśmy w Unii jednym z liderów, gdy idzie o normy ochrony środowiska – na przykład zakaz stosowania plastikowych mikrogranulek, który Unia wprowadziła dopiero po nas. A także w kwestii praw pracowniczych, jak długość urlopów macierzyńskich, które są u nas trzykrotnie dłuższe niż wymaga Bruksela. Dlaczego mielibyśmy z tego rezygnować? Zaufajmy sobie wzajemnie, wprowadźmy mechanizmy równorzędności oraz system rozwiązywania w tej sprawie sporów, szanując jednocześnie fakt, iż jesteśmy równymi, suwerennymi podmiotami. O tym nie może decydować Trybunał Sprawiedliwości UE, bo jego jurysdykcja Wielkiej Brytanii już nie obejmuje.

Czemu premier Johnson narzucił jednak tak krótkie terminy rokowań? Domaga się, aby już w czerwcu zasadnicze linie porozumienia były ustalone.

Termin czerwcowy został wpisany w naszą wspólną deklarację polityczną, niczego więc Unii nie narzuciliśmy. Uważamy natomiast, że choć kalendarz jest ambitny, to realny. Nie startujemy przecież od zera: możemy dążyć do umowy opierającej się na modelu już istniejącym, czyli na wspomnianej umowie z Kanadą. Mówimy też o partnerach, którzy do tej pory stosowali identyczne prawo i muszą tylko ustalić, gdzie się będą różnić, a nie o krajach, które do tej pory wszystko robiły inaczej. To o wiele prostszy układ.

Unia nie bardzo wierzy, że Londyn będzie ściśle kontrolował towary wysyłane z Wielkiej Brytanii przez Irlandię Północną do Irlandii, co jest warunkiem utrzymania spójności jednolitego rynku i zaniechania kontroli na granicy, która dzieli Zieloną Wyspę. Londyn może zgodzić się, aby unijni kontrolerzy sprawdzali, co się dzieje na brytyjskim terytorium?

W umowie rozwodowej z Unią ustaliliśmy, że nie będzie kontroli na granicy pomiędzy Republiką Irlandii i Irlandią Północną, jednocześnie, że Irlandia Północna będzie w dalszym ciągu należała do brytyjskiego terytorium celnego. Dotrzymamy zobowiązań zawartych w protokole. Wspólne komisje utworzone na mocy umowy o wyjściu ustalą szczegóły funkcjonowania nowych rozwiązań.

Dla Francji kluczowe w tych negocjacjach jest rybołówstwo, dla Włoch utrzymanie ruchu turystycznego, dla Polski – dostęp do brytyjskiego rynku transportu drogowego. Wielka Brytania będzie rozgrywać te różnice między krajami Unii?

Z naszej perspektywy Unia musi zaprezentować jednolite podejście: inaczej tej umowy w tak krótkim czasie po prostu nie wynegocjujemy.

Te rokowania nie obejmują spraw wojskowych. To bolesny cios w europejską obronność, bo Wielka Brytania obok Francji jest jedyną potęgą militarną w Europie Zachodniej z prawdziwego zdarzenia…

Pozostaniemy jak dotąd lojalnym sojusznikiem w NATO – to dla nas podstawa. Będziemy również współpracować z Unią w tych obszarach, gdzie podzielamy te same wartości, te same interesy. Ale nie chcemy wtłoczyć tej współpracy w nadmierne ramy formalne, to byłoby kontrproduktywne.

Unia może odciąć się od londyńskiego City i zbudować na kontynencie podobnej skali centrum finansowe?

Świat zna tylko trzy globalne centra finansowe: Londyn, Nowy Jork, Hongkong. To efekt niezwykle rozbudowanych powiązań, ogromnej liczby specjalistów, całego ekosystemu. Europejski biznes potrzebuje dostępu do takiej jakości usług, tej skali kapitału i to w odpowiedniej strefie czasowej.

Brytyjski rząd chce od nowego roku przeorać politykę imigracyjną, aby na Wyspach mogli osiedlać się tylko najlepiej wykształceni i dobrze zarabiający. Jak gospodarka, która w wielu branżach bazowała na taniej sile roboczej z zagranicy, ma w dziesięć miesięcy dostosować się do takiej zmiany? Interesy biznesu nie zostały tu złożone na ołtarzu ideologii zagorzałych eurosceptyków?

Nie zgadzam się, że brytyjska gospodarka polega na taniej sile roboczej. Nowy układ, który proponuje rząd, był konsultowany z biznesem, jest elastyczny. Owszem, niektóre branże – jak hotelarstwo czy opieka nad chorymi – będą musiały zmienić model działania, w większym stopniu sięgać po rodzimych pracowników. Tak jednak kiedyś już było.

Imigracja na Wyspy spoza Europy jest już pięć razy większa niż z Unii. A przecież w 2016 r. wielu Brytyjczyków głosowało za brexitem, wskazując, że „nie poznają już swojego kraju”. To nie paradoks?

Nie jesteśmy już w Unii i nie możemy myśleć kategoriami z przeszłości. Francuz czy Brazylijczyk – w naszym przyszłym systemie imigracyjnym oni wszyscy będą traktowani na równych zasadach.

Brexit spowoduje masowy powrót Polaków z Wielkiej Brytanii, jak chciał polski rząd?

Szacujemy, że w Zjednoczonym Królestwie mieszka około 900 tys. Polaków, z czego prawie 600 tys. już wystąpiło o status osoby osiedlonej. Tylko w styczniu zrobiło tak 75 tys. osób. Choć termin upływa dopiero w czerwcu 2021 r., widać wyraźne przyspieszenie. Bardzo cenimy wkład, jaki mają Polacy w rozwój naszego społeczeństwa i mamy nadzieję, że z nami zostaną.

Koronawirus nie wywróci kalendarza rokowań z Unią?

Nic na to nie wskazuje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA