fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Andrzej Strzelecki. Jego żywiołem był mądry żart

Fotorzep/Magda Starowieyska
Andrzej Strzelecki przegrał walkę z nieuleczalną chorobą. Odszedł artysta znany milionowej widowni i z oryginalnym dorobkiem, z którego nie wszyscy zdawali sobie sprawę.

Przez lata związany był z telewizyjnym serialem „Klan”. Rola roztargnionego, a szlachetnego doktora Koziełło przyniosła mu ogromną popularność, umożliwiając jednocześnie popularyzację golfa – dyscypliny sportowej, której był fanem i aktywnym graczem. Kto jednak kojarzy Andrzeja Strzeleckiego z tą jedną postacią, ten nie wie niemal nic o jego dokonaniach.

Czytaj także: Zmarł Andrzej Strzelecki

Na studiach w warszawskiej szkole teatralnej zagrał w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego reżyserowanym przez samego Zygmunta Hübnera, ale nie była mu pisana wielka literatura. Jeszcze przed dyplomem razem z kolegami – Krzysztofem Majchrzakiem, Wiktorem Zborowskim, Markiem Siudymem, Pawłem Wawrzeckim, Joachimem Lamżą – założył kabaret Kur. Podobno wszyscy musieli to zrobić za karę, jaką ówczesny rektor PWST, Tadeusz Łomnicki wyznaczył im za studenckie wybryki.

Kabaret Kur zadebiutował w 1974 roku, wzbudzając sensację. Jego programy cieszyły się ogromną popularnością, młodzieńcza brawura i pewnego rodzaju bezczelność łączyła się w nich z absurdalnym humorem i aluzjami do rzeczywistości PRL-u z czasów Gierka. Do historii przeszedł numer „Mozambijskie czworaczki” ze słynnym hasłem „Wy nam węgiel, my wam banana”.

Ta przygoda miała zapewne wpływ na dalszą drogę Andrzeja Strzeleckiego. W programach Kura był przede wszystkim narratorem, którego błyskotliwe skojarzenia stały się dodatkową wartością spektakli i spajały w całość poszczególne numery kabaretowe. W podobnej roli występował potem wielokrotnie jako twórca i reżyser koncertów i gali, przede wszystkim podczas Przeglądów Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu czy na festiwalu w Opolu.

Jego żywiołem był żart – mądry, ironiczny, a jednocześnie życzliwy, operujący niedopowiedzeniem, aluzją. Andrzej Strzelecki – w przeciwieństwie do większości obecnych artystów kabaretowych – umiał nawiązywać kontakt z publicznością, nie uciekając się do najprostszych gagów czy wręcz wygłupu. Trzymał poziom intelektualny, nigdy wszakże nie wywyższając się.

Taki też zaczął tworzyć autorski teatr. W PWST zaliczył bowiem zarówno Wydział Aktorski, jak i Reżyserii. W tym drugim fachu zadebiutował „Martwymi duszami” Gogola w Teatrze Rozmaitości, z którym związał się w drugiej połowie lat 70. Potem dokonał własnej adaptacji „Alicji w krainie czarów” i wystawił ją na kilku polskich scenach, wreszcie w najtrudniejszym okresie stanu wojennego w Teatrze Dramatycznym w Koszalinie zrealizował w 1982 roku w pełni własny spektakl „Clowni”, który jak burza przeszedł przez Polskę powtórzony w Warszawie, Krakowie, Łodzi czy Gdyni. Odwołując się do konwencji cyrkowej Andrzej Strzelecki stworzył tu odważny kabaret polityczny.

Największy sukces odniósł w 1984 roku wystawiając w Teatrze Ateneum „Złe zachowanie” przygotowane ze studentami PWST. Scenariusz powstał na podstawie musicalu „Ain’t Misbehavin” Thomasa „Fats” Wallera. W ciągu dwóch lat dano ponad 170 przedstawień także w kilku krajach Europy. Na festiwalu we włoskim Arezzo „Złe zachowanie” zdobyło sześć nagród na dwanaście możliwych, w tym Grand Prix, do Francji jeździło parę razy, na Węgrzech milicja musiała ochraniać budynek, w którym spektakl prezentowano, tak wielu chętnych usiłowało wejść do środka.

„Złe zachowanie” było rodzajem pokoleniowego manifestu, ale nie miało dalszego ciągu. Zespół, który powstał podczas pracy nad nim, nie otrzymał własnej siedziby. Część aktorów poszła natomiast za Andrzejem Strzeleckim, który w 1987 r. na dziesięć sezonów objął dyrekcję Teatru Rampa na warszawskim Targówku. Stał się tam jednym z prekursorów nowoczesnego teatru muzycznego w polskim wydaniu, realizując szereg autorskich przedstawień („Love”, „Muzykoterapia”, „Chopin w Ameryce”).

Po odejściu z Rampy Andrzej Strzelecki pracował gościnnie na różnych scenach, wystawiając musicale czy operetki. Przygotowywał spektakle według własnego scenariusza, ale  wykorzystujące utwory innych, np. Władysława Szpilmana czy Wojciecha Młynarskiego. Był też twórcą musicalu „Kwiaty we włosach” z piosenkami Czerwonych Gitar.

W ostatnich latach skoncentrował się na pracy ze studentami w Warszawskiej Akademii Teatralnej, gdzie zajęcia zaczął prowadzić niemal bezpośrednio po własnym dyplomie. W latach 2008-2016 był rektorem tej uczelni.

Jako twórca, któremu bliska była szczególnie komedia oraz teatr muzyczny, nie bardzo umiał znaleźć dla siebie miejsca w coraz bardziej skomercjalizowanym świecie. A przecież miał ciągle wiele do powiedzenie, czego dowodem znakomite autorskie „Paradiso” przygotowane w 2019 r. dla Teatru TVP. W tym okraszonym piosenkami spektaklu dał wnikliwy obraz postaw, lęków i obaw Polaków u schyłku II Rzeczpospolitej.

Ostatnią pracą Andrzeja Strzeleckiego był  „Śpiewnik domowy”, który na zaproszenie Polskiej Opery Królewskiej zrealizował późną jesienią 2019 roku. W kameralnym przedstawieniu powrócił do roli narratora, który łączył w całość pieśni Stanisława Moniuszki, odnajdując w nieoczywiste, zaskakujące, a błyskotliwe odniesienia do aktualnej rzeczywistości.

Dwa miesiące temu okazało się, że Andrzej Strzelecki ma nieoperacyjnego raka płuc i oskrzeli. Ratunkiem mogła być kosztowna terapia w USA. Niemal wszystkie teatry muzyczne natychmiast zorganizowały specjalne wydarzenia, których celem było zebranie funduszy na leczenie. Koronawirus skomplikował jednak podróż do Ameryki i Andrzej Strzelecki zmarł w Warszawie. Miał 68 lat.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA