fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Widziane z regionu

Regiony nadal pod presją

shutterstock
Niemal we wszystkich województwach lista zawodów, których przedstawiciele będą mogli przebierać w ofertach, wydłużyła się w porównaniu z minionym rokiem. W skali kraju firmom trudno będzie o pracowników już w 31 profesjach.

Jedynie pracodawcy w województwach śląskim i zachodniopomorskim mogą się pocieszyć, że wykaz deficytowych w ich regionie zawodów będzie w tym roku nieco krótszy niż w 2018 r. – wynika z danych ogólnopolskiego „Barometru zawodów 2019". Analiza, którą dla Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej opracowuje Wojewódzki Urząd Pracy w Krakowie, dowodzi, że pracodawcy w całej Polsce powinni się przygotować w najbliższych miesiącach na jeszcze większe niż w minionym roku problemy z pozyskaniem kandydatów do pracy.

Krajowa lista zawodów, w których trudno będzie firmom zapełnić wakaty, liczy już 31 pozycji, o cztery więcej niż w minionym roku.

TIR-y mniej kuszące

Niewiele jest regionów, w których wykaz zawodów dotkniętych niedoborem pracowników jest w tym roku nieco krótszy, niż był w 2018 – przykłady to Śląsk, gdzie spadek jest minimalny (z 40 do 39 profesji), a także w Zachodniopomorskie, gdzie lista skróciła się o osiem pozycji. Nie oznacza to jednak, że firmom z tego regionu będzie teraz łatwiej o kandydatów do pracy, szczególnie o pracowników fizycznych. Dlaczego?

Artur Janas, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Toruniu, komentując wyniki „Barometru", zwraca uwagę, że coraz bardziej widoczne są trudności z obsadzeniem stanowisk oferujących niski poziom wynagrodzenia i o zmianowym charakterze pracy. Wiele z nich to zawody budowlane i produkcyjne, które- podobnie jak w innych regionach kraju dominują na zachodniopomorskiej liście trudno dostępnych pracowników. Na jej czele plasują się kierowcy samochodów ciężarowych, m.in. TIR-ów i ciągników siodłowych, poszukiwani głównie do pracy w transporcie międzynarodowym.

Kierowców brakuje we wszystkich powiatach woj. zachodniopomorskiego i w prawie 90 proc. powiatów w całej Polsce. Niemal w każdym województwie kierowcy ciężarówek i TIR-ów są teraz na czele listy deficytowych pracowników. I nieprędko z niej znikną. Jak ocenia Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, w transporcie międzynarodowym deficyt kierowców sięga liczby 100 tys.

Co ciekawe, z analiz rynkowych wynika, że kierowcy całkiem dobrze – jak na polskie warunki – zarabiają. Według ubiegłorocznych danych Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców szofer ciężarówki w polskim przedsiębiorstwie transportowym może zarobić od 5 do 8,5 tys. zł na rękę. Wprawdzie zwykle jest zatrudniony za minimalną pensję (obecnie 2250 zł brutto miesięcznie), lecz o wysokości zarobków decydują dodatki – w tym diety i ryczałty za podróże.

Jak podkreśla Jeremi Mordasewicz, wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa maleje chęć do wykonywania prac uważanych za mniej atrakcyjne, czyli takich, gdzie pracuje się na zmiany, wymagających rozłąki, spędzania weekendów poza domem, przebywania w trasie przez 2–3 tygodnie. – Polska zmniejsza dystans do krajów Europy Zachodniej, gdzie zawód kierowcy cieszy się coraz mniejszą popularnością – przypomina Mordasewicz.

Jak oceniają autorzy „Barometru zawodów", w transporcie krajowym deficyt kierowców (zarówno samochodów ciężarowych, jak i autobusów) najczęściej wynika z poziomu oferowanego wynagrodzenia, które jest nieadekwatne do wymaganych kwalifikacji zawodowych.

Lubuski rekord

Podobne uwagi jak w „Barometrze" można znaleźć w opracowaniach dotyczących sytuacji na rynkach pracy w poszczególnych regionach. W woj. lubuskim w tym roku lista zawodów deficytowych wydłużyła się do 60, czyli aż o 14 pozycji (najwięcej w skali Polski). W rezultacie położony wzdłuż granicy z Niemcami region jest w tym roku krajowym liderem pod względem liczby profesji z wyraźnym niedoborem kandydatów do pracy. Na czele lubuskiej listy są kierowcy ciężarówek i TIR-ów oraz spawacze. W Lubuskiem nie ma już żadnej specjalności, w której w skali regionu kandydatów będzie więcej niż ofert pracy.

Jak podkreśla Edwin Gierasimczyk, naczelnik Wydziału Programów i Analiz Rynku Pracy w Wojewódzkim Urzędzie Pracy w Zielonej Górze, nawet w powiatach z dwucyfrowym bezrobociem nie brakuje zawodów, w których trudno teraz o pracowników. Nierzadko jest to kwestia mało atrakcyjnych płac, bo lubuskim pracodawcom trudno konkurować z zarobkami oferowanymi tuż za niemiecką granicą.

Zdaniem Gierasimczyka problemem jest też zdobycie zawodowych uprawnień, których w przypadku kierowców ciężarówek czy spawaczy nie zapewniają szkoły. – Problemu deficytu pracowników nie rozwiążą urzędy pracy. Potrzebne jest szerokie partnerstwo z udziałem pracodawców – podkreśla naczelnik, zwracając uwagę, że lubuscy pracodawcy mają w tym roku szanse na znacznie większe niż przed rokiem wsparcie szkoleń pracowników. Mogą korzystać z bonów szkoleniowych finansowanych z Krajowego Funduszu Szkoleniowego, więc stać ich będzie na to, by np. wysłać przyjętych do pracy kierowców na dodatkowe specjalistyczne kursy. Dostępne będą dla nich także bony rozwojowe finansowane z unijnych środków.

Lubuski Plan Działań na rzecz Zatrudnienia przewiduje wiele inicjatyw: od projektów typowo inwestycyjnych, poprzez dofinansowanie miejsc pracy i szkolenia zawodowe, po doradztwo zawodowe. Dzięki temu z różnego rodzaju przedsięwzięć skorzysta w tym roku ponad 171 tys. osób, przy nakładach na poziomie 373,1 mln zł.

Jest więc szansa, że lista deficytowych zawodów w przyszłym roku będzie w Lubuskiem nieco krótsza albo przynajmniej się nie wydłuży.

Pomorski dialog

Cudzoziemcy wspierają od lat rynek pracy w woj. pomorskim, które zajmuje w tegorocznym „Barometrze zawodów" drugie miejsce pod względem liczby deficytowych profesji – jest ich już 55, a więc trzy więcej niż w 2018 r. Listę otwierają kierowcy autobusów, samochodów ciężarowych i TIR-ów, których brakuje w 17 na 20 powiatów regionu. W ofertach pracy mogą też przebierać na Pomorzu mechanicy samochodowi, budowlańcy, elektrycy, kucharze i pielęgniarki.

– W ostatnich latach widzimy jednak wyraźne, pozytywne trendy – mówi Joanna Witkowska, dyrektor Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Gdańsku. Jak zaznacza, Pomorskie jest w krajowej czołówce pod względem wzrostu zatrudnienia. Wzrasta też liczba mieszkańców, nie tylko z powodu korzystnego przyrostu naturalnego, ale także dzięki migracji. – Przyjeżdżają do nas studenci i pracownicy z ościennych województw i z zagranicy, w tym najwięcej z Ukrainy – mówi dyr. Witkowska.

Pomogły w tym kampanie promujące życie i pracę w regionie, zwłaszcza w Trójmieście, które przyciąga co roku nowe inwestycje w centra nowoczesnych usług dla biznesu. Dlatego na liście deficytowych w Trójmieście zawodów są pracownicy ds. finansowo-księgowych ze znajomością języków obcych, programiści, testerzy oprogramowania, a także pracownicy obsługi klienta. Jak wynika z danych „Barometru zawodów", jest to specyfika dużych miast, które – na czele z Warszawą, Krakowem, Wrocławiem i Trójmiastem – przyciągają najwięcej inwestycji w nowoczesne usługi dla biznesu.

Jak podkreśla Joanna Witkowska, Wojewódzki Urząd Pracy w Gdańsku, inicjuje szereg działań skierowanych do pomorskich pracodawców, ponieważ to oni potrzebują wsparcia. Będą mogli je uzyskać zarówno w ramach programów operacyjnych realizowanych z unijnych środków, jak i szkolić pracowników za pieniądze z Krajowego Funduszu Szkoleniowego.

– W tym roku chcemy prowadzić dialog o problemach istotnych dla pracodawców pod hasłem „Pomorskie! Dobre miejsca pracy". To jeden z naszych głównych celów. Nie zabraknie też spotkań i warsztatów dla pracodawców na rzecz rozwoju i zdobywania nowych kwalifikacji dla ich pracowników – wylicza dyrektor WUP w Gdańsku.

Efekt bogatego sąsiada

Jak ocenia Piotr Zygmunt, ekspert rynku pracy z agencji ManpowerGroup, bez względu na lokalizację czy stanowisko czynnikiem, który ma kluczowy wpływ na motywację kandydata do przyjęcia danej oferty zatrudnienia, jest wynagrodzenie. Dlatego wśród regionów z najwyższą liczbą deficytowych zawodów dominują te położone najbliżej granicy z Niemcami. Lokuje się tam wiele inwestycji produkcyjnych i usługowych nastawionych na odbiorców za Odrą, a i same Niemcy przyciągają pracowników – fachowców, ale też i robotników bez kwalifikacji – kilkakrotnie wyższymi płacami niż w Polsce.

W pierwszej szóstce województw z długą listą profesji, w których trudno będzie w najbliższych miesiącach o kandydatów do pracy, są Wielopolska (54 pozycje – aż 11 więcej niż w 2018 r.) i Dolnośląskie (46 pozycji). Oba te regiony w ostatnich latach przyciągnęły kilka dużych inwestycji w przemyśle i logistyce – nowe fabryki VW, Mercedesa, centra logistyczne Amazon. Nic więc dziwnego, że na Dolnym Śląsku zaraz za kierowcami ciężarówek i TIR-ów na liście deficytowych zawodów są magazynierzy, którzy są też w piątce trudno dostępnych pracowników w Wielkopolsce.

W ofertach mogą przebierać budowlańcy – na czele z murarzami i tynkarzami. Brak tych fachowców może opóźnić budowę biur i mieszkań we Wrocławiu i w Poznaniu, gdzie przybywa inwestycji w centra usług biznesowych (SSC i BPO). Oba te miasta są też postrzegane jako dobre miejsca do życia, co pracodawcom trochę ułatwia pozyskanie kandydatów z innych regionów kraju i z zagranicy – zarówno specjalistów, jak i menedżerów.

Jak zwraca uwagę ekspert ManpowerGroup, im wyższe stanowiska, tym kandydaci są bardziej otwarci na relokację, co doceniają pracodawcy, wychodząc z ofertą pakietu relokacyjnego. Łatwiej przyciągnąć kandydata możliwością pracy w ośrodku, który może pochwalić się wysoką pozycją na liście „miast najlepszych do życia", z czystym powietrzem, gdzie po prostu będzie się dobrze żyło. Stąd tak dynamiczny rozwój sektora SSC i BPO w Trójmieście, Poznaniu czy we Wrocławiu.

Długą listę – aż 40 zawodów – trudnych do zdobycia specjalistów mają województwa opolskie i zachodniopomorskie. Obok kierowców w czołówce są kucharze i robotnicy budowlani.

Podzielone Mazowsze

Piotr Modliński, szef działu leasingu pracowniczego w ASM Sales Force Agency, twierdzi, że w całej Polsce coraz trudniej o pracowników budownictwa – od zbrojarzy, przez cieśli szalunkowych, po murarzy, tynkarzy, pracowników wykończenia wnętrz, a nawet zwykłych robotników budowlanych.

– W ostatnich latach braki uzupełniali pracownicy z Ukrainy i Białorusi. Obecnie widać jednak ich odpływ z Polski do innych krajów Unii Europejskiej. Sytuacja ta może wyraźnie się pogłębić w 2020 r., gdy planowane jest otwarcie rynku pracy w Niemczech – szacuje Modliński.

Jeszcze większy problem mają firmy ze spawaczami, którzy w skali kraju są drugim (po kierowcach) najbardziej deficytowym zawodem. W czołówce trudnych do pozyskania pracowników są oni w 255 powiatach w 13 województwach – na czele z Mazowszem, Wielkopolską, Śląskiem. W Łódzkiem znaleźli się oni na czele listy deficytowych profesji, których lista jest w tym regionie najkrótsza w Polsce. Liczy obecnie 15 pozycji, co prawda aż o dwie trzecie więcej niż przed rokiem, ale nadal jest ponad połowę krótsza niż krajowy wykaz.

Wśród województw z najmniejszą liczbą deficytowych pracowników tradycyjnie jest mazowieckie, które ma największą ofertę ogłoszeń pracy i przyciąga kandydatów z całej Polski. W pierwszej trójce tegorocznego wykazu 16 trudnych do pozyskania na Mazowszu profesji (trzy więcej niż w 2018 r.) znaleźli się kierowcy ciężarówek i TIR-ów, spawacze i operatorzy maszyn do robót ziemnych.

Jak jednak zaznaczają autorzy „Barometru zawodów" dla woj. mazowieckiego, jest to region o bardzo zróżnicowanej sytuacji na rynku pracy, co zresztą uwzględnia nowy podział statystyczny Mazowsza wyodrębniający Warszawę i dziewięć okalających ją powiatów.

O ile w obszarze mazowieckim regionalnym (grupuje 32 powiaty) lista zawodów deficytowych liczy tylko dziesięć pozycji, to już w regionie warszawskim stołecznym jest ich prawie czterokrotnie więcej, bo aż 38. Brakuje nie tylko fachowców budownictwa, w ofertach mogą też przebierać m.in. kosmetyczki, fryzjerzy, nauczyciele przedszkolni, opiekunowie starszych osób czy logistycy.

Wadowicki dylemat

Jeszcze więcej, bo aż 57 zawodów, w których będzie trudno o kandydatów do pracy, jest teraz w Krakowie. W stolicy woj. małopolskiego brakuje m.in. pracowników ds. finansowo-księgowych znających języki obce, specjalistów ds. finansowych, programistów.

W Małopolsce rekordzistą pod względem liczby deficytowych zawodów jest powiat wadowicki – ich wykaz liczy tam aż 80 pozycji. To ponaddwukrotnie więcej niż w całym województwie, w którym pracodawcy będą rywalizować o pracowników w 38 profesjach – w tym zwłaszcza o kierowców, spawaczy i pielęgniarki.

– To dobre informacje dla poszukujących pracy. Spektrum zawodów, w których można podjąć pracę, jest naprawdę szerokie – komentuje wicemarszałek województwa małopolskiego Tomasz Urynowicz.

Mniej powodów do radości mają małopolscy pracodawcy, którzy powinni zainteresować się ofertą Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Krakowie, w tym możliwością dofinansowania kursów, szkoleń i studiów podyplomowych ze środków Krajowego Funduszu Pracy. Mikro-, małe i średnie firmy mogą dzięki Małopolskim Bonom Rozwojowym dofinansować szkolenia i egzaminy dla pracowników.

Większe firmy powinny zachęcić swoich pracowników, by skorzystali z bonów szkoleniowych, które im dofinansują edukację dzięki regionalnemu projektowi „Kierunek kariera". – Dzięki temu małopolskiemu projektowi do 2023 r. 40 tys. pracujących ma szansę otrzymać bony na szkolenia ogólne i zawodowe – informuje Katarzyna Nyklewicz, kierownik Zespołu Promocji i Informacji Urzędu Pracy w Krakowie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA