fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Andrzej Bryk: Uderzenie unijnego establishmentu w niepokorne Węgry

AFP
Suwerenną postawę unijny establishment uznał za bezczelność parweniusza

W europejskich dyskusjach publicznych od dłuższego czasu pojawia się pytanie o możliwość zbudowania nieliberalnej demokracji i jakiego typu miałaby ona być. Dyskusja koncentruje się na takich krajach jak USA, Węgry czy Polska. Jarosław Kaczyński w jednym z przemówień stwierdził, iż w Polsce chcemy budować demokracje bezprzymiotnikową, nie liberalną czy socjalistyczną, lecz wolnościową. Ikona liberalnej lewicy w Parlamencie Europejskim Guy Verhofstadt, cyniczny biurokrata i strażnik ideologii liberalnej nienawidzący niewłaściwych wyborów demokratycznych, krzyczał w PE, by Kaczyński porzucił utopię tworzenia nieliberalnej demokracji. Prasa liberalna Europy lamentuje, iż cała Europa Środkowa stała się matecznikiem nieliberalnej demokracji zagrażającym „wartościom europejskim". W imię których kraje „starej" Unii muszą zdyscyplinować i nadzorować buntujące się kraje tej „nowej".

Strach unijnego establishmentu wywołuje nie widmo odradzającego się domniemanego nacjonalizmu utożsamianego często z państwem narodowym, lecz poczucie, iż może pojawić się rzeczywista alternatywa dla liberalnego czy precyzyjniej: monopolistycznego liberalno-lewicowego modelu stworzonego przez elity pokolenia 1968 r. Elity te traktują Europę Środkową jako ciągle wymagającą nadzoru i zapóźnioną w integracji według modelu dawno już ustalonego instytucjonalnie i aksjologicznie na Zachodzie. Przebudzenie Europy Środkowej, ale nie tylko jej, oznacza podważenie takiego modelu integracji uznanego przez elity 1968 r. za bezalternatywny. Spór idzie o solidarność ekonomiczna, równość polityczną i aksjologię Unii jako posthistorycznej, postnarodowej, postmetafizycznej i postreligijnej konstrukcji.

Silniejszy się mści

Polskie i węgierskie reformy z wysokim dla nich poparciem społecznym wywołały zmasowany atak liberalnego establishmentu, powodując uruchomienie art. 7 traktatu o Unii Europejskiej przeciw Polsce z wniosku Komisji Europejskiej, a obecnie przeciw Węgrom w Parlamencie Europejskim.

Przypadek Węgier wydaje się bardziej inspirujący, ponieważ Victor Orban pokusił się o głębszą analizę kryzysu europejskiej demokracji liberalnej, przedstawiając alternatywną wizję chrześcijańskiej demokracji. Bez wątpienia w centrum sporu Węgier z KE i PE stoi kwestia narzucanej imigracji definiowanej niedwuznacznie jako realizowanie „wartości europejskich". Artykuł 7 można uruchomić, gdy zachodzi podejrzenie naruszenia przez kraj członkowski „podstawowych wartości" Unii, np. praworządności. Według Orbana uruchomienie go przeciw Węgrom jest zemstą silnych na słabych, nie- chcących zgodzić się na niedemokratyczną likwidację własnych społeczeństw. Parlament węgierski przyjął bowiem pakiet ustaw nazwanych potocznie „Stop Soros" mających chronić Węgry przed niekontrolowaną migracją z jednoczesnym ograniczeniem propagandy ją wspomagającej, szczególnie przez różne NGO'sy kontestujące politykę władz i traktujące ją jako sprzeczną z węgierskim porządkiem prawnym. Nazwa „Stop Soros" nawiązywała do amerykańskiego finansisty i spekulanta sponsorującego działania na rzecz otwartych granic dla imigrantów jako narzędzia osłabiania państw narodowych i promowania globalnego „społeczeństwa otwartego". Tak suwerenną postawę liberalny establishment europejski uznał za bezczelność parweniusza, rytualnie wzburzał się moralnie i uruchomił ostatecznie art. 7.

Taką procedurę kontroli praworządności wprowadzono dopiero w 2014 r., właśnie by zdyscyplinować Węgry, choć „wyrok" na Orbana odraczano. Pretekstem uruchomienia art. 7 był oficjalnie sprzeciw Orbana wobec polityki imigracyjnej, choć inne preteksty były na podorędziu. W dyskusji o wdrożeniu art. 7 w PE odpowiedział on ostro: Węgry mają być skazane, ponieważ nasi obywatele zadecydowali, że nasz kraj nie będzie krajem migrantów. (...) muszę odrzucić ten szantaż, bowiem zgodnie z duchem i literą traktatów UE , dla Węgier naród jest suwerenem i podejmuje ostateczne decyzje w demokratycznie wybranym parlamencie i nie ustąpi przed dyktatem.

Węgry dodatkowo rozsierdziły establishment UE samotną odmową podpisania majowej deklaracji w Marakeszu w czasie euro- afrykańskiej konferencji deklarującej wsparcie dla polityki imigracji , którą , co niezrozumiałe, podpisała też Polska. Minister spraw zagranicznych Węgier uznał deklaracje za „dalsze inspirowanie imigracji" zamiast koncentrowania się na pomocy krajom afrykańskim, które obecnie postrzegają migracje do Europy jako siłę napędową gospodarki. Sprzeciwiał się zdecydowanie zamiarowi zmiany składu populacji kontynentu.

Pamiętamy z czasów komunizmu

Decyzja o wdrożeniu procedury z art. 7 narusza suwerenność demokratycznego państwa członkowskiego, a jej podstawą są arbitralnie definiowane przez najsilniejszych „wartości europejskie" formalnie obowiązujące wszystkich członków. Lecz dla Węgrów i innych krajów Europy Środkowej organizujących się w defensywny, choć nie antyunijny blok Trójmorza ma też wymiar egzystencjalny. Jako narody zagrożone utratą tożsamości w czasie komunizmu wyczuwają one zagrożenia ze strony silnych, narzucających swój sposób myślenia i działania w interesie unijnej i globalnej oligarchii, dla której, tak jak w komunizmie, różnice kultur, religii, narodów mają zostać zniwelowane, a etos wspólnotowy ma być uznany za przeszkodę w realizacji nowej utopii jednolitej tożsamości europejskiej budowanej na podstawie praw i procedur.

Imigracja jest traktowana jako taran rozbijający te silne tożsamości kulturowe, tworząc nowe społeczeństwo, tylko teoretycznie wielokulturowe, bo nie o integralność współdziałających ze sobą kultur tutaj chodzi, lecz o ich rozmycie w globalnym społeczeństwie liberalnym. ?

Autor jest profesorem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA