fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Charles Michel łagodny dla Polski

Charles Michel, szef RE, proponuje zmianę mechanizmu finansowego karania krnąbrnych krajów
Francois WALSCHAERTS / AFP
Raczej unijny Trybunał Sprawiedliwości, a nie sankcje finansowe, będzie musiał przekonać Polskę do tego, by przestrzegała praworządności.

W przyszłym tygodniu Komisja Europejska może rozpocząć postępowanie przeciwko Polsce za ustawę dyscyplinującą sędziów. Analiza jest już gotowa, KE uważa, że polskie prawo nie jest zgodne z unijnym, ale z decyzją poczeka kilka dni.

– Nie chcą tego ogłaszać przed unijnym szczytem – mówi nieoficjalnie nasz rozmówca w Brukseli.

Przeczytaj komentarz: PiS ma sporo szczęścia, że unijni urzędnicy traktują praworządność znacznie bardziej serio niż władze w Polsce.

To będzie pierwszy etap. Polska dostanie czas, żeby odpowiedzieć na zarzuty KE. W drugim etapie będzie się musiała zastosować do rekomendacji Komisji, a jeśli tego nie zrobi, to wniosek trafi do Trybunału Sprawiedliwości UE. Ten sam Trybunał zajmie się w najbliższych tygodniach wnioskiem KE o czasowe zawieszenie przepisów dotyczących Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

Komisja Europejska, w której praworządnością przestał się zajmować krytykowany przez rząd PiS Frans Timmermans, nie schodzi z obranej przez Holendra drogi przywracania praworządności w Polsce różnymi metodami. Jak do tej pory jedyną efektywną są procedury naruszeniowe, których finałem może być wyrok unijnego sądu.

Niemcy zadowoleni

W innej sprawie KE poniosła jednak porażkę. Przygotowany przez nią instrument „pieniądze za praworządność" został osłabiony już na początku negocjacji i nie ma szans, żeby w ich toku został przywrócony pierwotny projekt KE. Autorką tego projektu jest Věra Jourová, która w maju 2018 roku była jeszcze komisarz UE ds. sprawiedliwości, a teraz jest wiceprzewodniczącą KE odpowiedzialną za praworządność.

Czeszka przygotowała instrument, który miał być odpowiedzią na rosnącą frustrację Brukseli i kilku państw członkowskich w związku z nieefektywną procedurą na podstawie artykułu 7 unijnego traktatu. Artykuł 7 przewiduje możliwość napiętnowania kraju łamiącego praworządność, nawet zawieszenia jego głosu w unijnej Radzie czy zamrożenia wypłacanych mu funduszy.

Procedurę udało się uruchomić, ale do przejścia do kolejnych etapów potrzebna jest jednomyślność lub specjalna większość 21 państw. Nigdy nie udało się jej osiągnąć. Komisja obawiała się, że dla jej instrumentu mówiącego wprost o zabieraniu pieniędzy uzyskanie kwalifikowanej większości może być trudne, zatem zaproponowała tzw. odwróconą większość. Czyli decyzja zapada na wniosek KE, pod warunkiem że nie sprzeciwi się jej większość kwalifikowana państw członkowskich. Musiała jeszcze tak zapisać kryteria, żeby można było udowodnić związek między upolitycznionym sądownictwem a ryzykiem marnowania unijnych pieniędzy, np. poprzez brak niezależnej instancji oceniającej przypadki defraudacji.

Ten mechanizm od początku zyskał poparcie grupy państw takich jak Niemcy, Szwecja, Dania, Holandia. I od początku nie podobał się Polsce oraz Węgrom. Między nimi jest jednak spora grupa państw krytycznych wobec sytuacji w Polsce i na Węgrzech, które co prawda sam mechanizm popierają, ale mają problem z systemem głosowania.

– Problemem dla nich jest za dużo władzy dla Komisji Europejskiej. To mógłby być precedens dla innych decyzji – mówi nam unijny dyplomata.

Nie jest wykluczone, że taką kwalifikowaną większość dla ukarania Polski udałoby się uzyskać – wynosi ona 13 państw członkowskich. Ale wielu w Brukseli w to wątpi.

Zmiana zasad

– Tak naprawdę od razu było wiadomo, że to nie będzie łatwe do zastosowania. Chodziło po prostu o to, żeby jakaś warunkowość była zapisana, bo chcieli tego płatnicy netto – mówi nam jedna z osób zaangażowanych w negocjacje budżetowe.

Ponadto od początku wątpliwości miały służby prawne Rady UE. Wskazywały one na ryzyko obchodzenia zapisów unijnego traktatu, który pozwala na karanie finansowe za łamanie praworządności w pewnych określonych sytuacjach i przy zachowaniu określonej większości. A nie można aktem niższego rzędu zmieniać traktatów.

Charles Michel dokonał więc dwóch zmian. Po pierwsze, żeby odpowiedzieć na wątpliwości polityczne, wprowadził mechanizm głosowania normalną większością głosów. Po drugie, w odpowiedzi na wątpliwości prawne zmienił nieco zapisy, żeby wyraźnie zaznaczyć, że nie chodzi o praworządność, ale o gwarancje dla budżetu UE. Dodatkowo będą teraz trwały negocjacje odnośnie do szczegółów sytuacji, która umożliwiałaby uruchomienie takiego mechanizmu. Polska chciałaby, żeby katalog był zamknięty i tak opisany, by uniemożliwić jego zastosowanie dla sytuacji w naszym kraju.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA