To artysta o wielu obliczach – ilustruje, rzeźbi, maluje. Zilustrował ponad 200 książek – do kilkunastu z nich sam napisał teksty.
Urodził się w roku 1930 w Bogucicach koło Wieliczki. Wiele – jak opowiada w programie - zawdzięcza swemu nauczycielowi ze szkoły podstawowej.
- Miałem piękne dzieciństwo – wspomina Wilkoń. – I dużo szczęśliwych przypadków w życiu.
Studiował malarstwo na krakowskiej ASP (dyplom w pracowni Adama Marczyńskiego), i historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Profesor od rzeźby na ASP nie chwalił go: „ojej, znowu Wilkoniowi urosła głowa”.
- Jak lepię – to mi nie wychodzi – przyznaje artysta. – Ale jak odejmuję – już jest lepiej.
Po studiach przyjechał do Warszawy, gdzie poznał Małgosię, z którą po dwóch tygodniach znajomości wziął ślub. I zabrał się za ilustrowanie, żeby zarabiać na rodzinę.
Pierwsza książka z kolorowymi rysunkami „O kotku, który szukał czarnego mleka” Heleny Bechlerowej, pełna była zwierząt zapowiadających rozpoznawalną poetykę Wilkonia. Sukcesem okazały się ilustracje do „Pawich wierszy” Kubiaka.
W 1962 roku po raz pierwszy wyjechał na stypendium do Paryża. W latach 60. wygrał konkurs na ilustracje do „Pana Tadeusza”. Pod koniec lat 70. artysta zaczął wymyślać scenariusze do własnych rysunków. Wtedy też przyszły mu do głowy ilustracje przestrzenne czyli rzeźby.
- Czy to rysunek, czy drewno, czy metal – zawsze czuję, że kawałek duszy Wilkonia jest w tym dziele – mówi Ewa Błaszczyk zaprzyjaźniona z artystą od wielu lat.
Wilkoń od zawsze czuł się krewnym wszelkich stworzeń – opowiada w programie, że do niedawna jeszcze śniły mu się nawet wilki.
Monumentalną „Arkę” - bestiarium z drewna i blachy - wykonał z kolei specjalnie na wystawę w warszawskiej Zachęcie, która odbyła się na przełomie 2006 i 2007 roku.
- Wilkoniowatość wymyślił ten, kto nie był w stanie włożyć pana Józefa w żadne historyczno-sztuczne szufladki i to jest kolejny dowód, jak bardzo indywidualna jest jego sztuka – mówi Agnieszka Morawińska, ówczesna szefowa Zachęty i wspomina jak silnie niezwykła aura artysty promieniowała na cały zespół.
A całkiem niedawno palcami na ekranie komputera malował akty zebrane w książce „Ach, te baby”
- Nie, nie pozowały mi żadne panie! – zarzeka się śmiejąc i deklaruje - trochę pomysłów jeszcze mam. Prawie gotowe są „Treny” Kochanowskiego. Chciałbym jeszcze zabrać się za „Pamiątki Soplicy” Rzewuskiego, bo to prawdziwe cudo.