Społeczeństwo

Mania oceniania. Jak media społecznościowe zaczynają przypominać Wielkiego Brata

Możliwe, że #metoo to pierwsza akcja społeczna, która dzięki internetowi osiągnęła skalę globalną. Na zdjęciu marsz ofiar molestowania w listopadzie 2017 r. w Hollywood
Getty Images, Chelsea Guglielmino
Czy grozi nam życie w społeczeństwie, które będzie się „wychowywać" za pomocą wzajemnego oceniania się? Nie jesteśmy wcale od tego dalecy. Chińczycy już przygotowują narodowy rating obywateli. Granica oddzielająca nas od takiej rzeczywistości powoli się zaciera.

W kultowym brytyjskim serialu „Czarne lustro" aplikacja współpracująca z soczewkami noszonymi przez ludzi nalicza im punkty przyznawane przez inne osoby właściwie za każdą aktywność życiową – od oceny zdjęcia wrzuconego na portal społecznościowy (brzmi znajomo w erze Facebooka i Instagramu) po zachowanie w windzie czy w kolejce po kawę. Spontanicznie przyznawane lub odejmowane punkty automatycznie przekładają się na status społeczny. To od nich zależy np., czy ktoś bywa zapraszany na towarzyskie salony oraz jaką zniżkę dostanie przy zakupie apartamentu w dobrej dzielnicy.

Futurystyczne wizje takiego społeczeństwa od dawna serwuje nam literatura. Bohater powieści „Pożeracze danych" Constanze Kurz i Franka Riegera jest permanentnie monitorowany. – Jeśli np. nie pojeździł rano przed pracą na rowerku treningowym, od razu dostawał wiadomość z informacją z ubezpieczalni, że jego forma przez to spadnie i że zwiększa ryzyko zapadnięcia na jakąś chorobę – mówi Adam Kaliszewski, ekspert ds. komunikacji online i mediów społecznościowych w firmie Solski Communications.

Świat bez kryteriów

Nawet jeśli wizja społeczeństwa z „Czarnego lustra", uzbrojonego w fałszywe uśmiechy, w którym wszyscy nawzajem się oceniamy, co staje się podstawą do określenia naszego miejsca w społecznej hierarchii, jest mocno przesadzona, to wcale nie wydaje się niemożliwa.

– Ponad dwa lata temu głośna była sprawa aplikacji Peeple stworzonej przez dwie Amerykanki. Każdy jej użytkownik mógł założyć konto dowolnej osobie, by potem ją tam oceniać. Program nie zawojował rynku, bo został zaskarżony do sądu. Podstawowym problemem była możliwość oceniania ludzi bez ich wiedzy i bez jasnych kryteriów – przypomina psycholog Jakub Kuś, wykładowca na Wydziale Psychologii Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. I to właśnie brak jasnych kryteriów tego typu ocen jest główną przeszkodą, że system znany już przecież z wielu internetowych platform nie został scalony w jeden wielki mechanizm do oceniania ludzkości.

– Na portalu Znanylekarz.pl oceniamy kompetencje lekarskie, a w Peeple, podobnie jak w Uberze, nie zawsze było wiadomo, czy oceniane jest czyjeś zachowanie, czy też osobowość, wygląd albo poczucie humoru. To staje się niebezpieczne, bo my już się przecież, właściwie od zawsze, i tak na różne sposoby oceniamy. A w portalach społecznościowych jest to wręcz permanentne – mówi Jakub Kuś.

System ocen w internecie powstał jeszcze przed epoką mediów społecznościowych. Na powszechną skalę został wpierw wprowadzony m.in. w platformach handlowych. Miał pozwolić odsiać wiarygodnych i uczciwych sprzedawców od tych nieuczciwych. Jak zauważa Adam Kaliszewski, jest jednak kluczowa różnica między wzajemnym ocenianiem się firm czy usługodawców a ocenianiem ludzkiego zachowania.

Przykładem może być Uber, gdzie nie tylko pasażerowie mogą ocenić kierowców, ale i kierowcy pasażerów. Nie ma jasnych kryteriów określających, kim właściwie jest dobry klient taksówki. Kiedy mój rating w Uberze (skala jest pięciogwiazdkowa) spadł nagle poniżej 4,8, zaczęłam poważnie zastanawiać się, co mogło to spowodować, skoro nie złamałam żadnej oczywistej zasady zachowania w taksówce. Nie jadłam w niej, nie byłam nieuprzejma ani tym bardziej agresywna, nie trzaskałam drzwiami ani się nie spóźniłam, nie robiłam kierowcom żadnych uwag na temat ich pracy.

A spadek oceny nie jest bez znaczenia. Formalnie pasażerowi, w przeciwieństwie do kierowcy, nic za niski rating nie grozi, w praktyce część kierowców przyznaje, że tych z podejrzanie niską oceną wożą mniej chętnie. Tygodniami starałam się ustalić, co mogło sprawić, że mój rating spadł. Odpowiedzi kierowców bywały zaskakujące. Od takiej, że obniżenie ratingu to właśnie efekt sympatii, bo „podejrzanie wysoki" świadczy o rzadkim jeżdżeniu i od razu wygląda na niewiarygodny (ten argument od razu odrzuciłam jako absurdalny), po takie, że pasażer może dostać mało gwiazdek za zniechęcające milczenie albo odmienne poglądy w jakiejś sprawie (niekoniecznie polityczne), zwłaszcza gdy mocno ich broni.

Dr. Dominika Batorskiego, socjologa internetu z Uniwersytetu Warszawskiego, to nie dziwi. – To kwestie subiektywne. Niedawno dałem kierowcy niską ocenę, bo miał rasistowskie poglądy i w dodatku dzielił się nimi bez skrępowania. Uznałem, że to nie w porządku. Motywacje do wystawiania takich ocen mogą więc być bardzo różne. Zaobserwowałem np., że Ukraińcy, których jest dużo wśród kierowców Ubera, mają te oceny niższe od Polaków, choć nie ma to żadnego uzasadnienia. Możliwe więc, że jest to efekt niechęci do Ukraińców w Polsce – opowiada.

I dodaje: – Tych ratingów jest dziś już tak naprawdę bardzo dużo – są platformy wymiany opinii o lekarzach, serwisy o wykładowcach akademickich. Są ludzie, którym to przeszkadza, ale jest to jakaś metoda wymiany wiedzy. Kiedyś odbywało się to w bardziej zindywidualizowany sposób. Gdy ludzie funkcjonowali w małych środowiskach, zwłaszcza w małych miejscowościach, każdy wiedział o wszystkich wszystko. Nowe narzędzia stwarzają dziś po prostu mechanizmy wymieniania takich opinii na większą skalę.

Społeczeństwo gwiazdek

Wykorzystanie międzyludzkich ocen na szerszą skalę zamierzają wprowadzić Chińczycy. Władze chcą tam od 2020 r. wdrożyć Społeczny System Oceniania obywateli mający na celu ułatwianie oceniania „szczerości" poszczególnych osób i „zaufania" do nich. Kryteria takiej oceny będą zarówno finansowe (ważne będzie np. spłacanie w terminie kredytów), ale także bardziej mgliste, bo ważne będzie np. co i jak się kupuje oraz z kim utrzymuje się kontakty. Niejasne jest, czemu – oprócz inwigilacji – taki ranking miałby służyć. W amerykańskich mediach pojawiały się informacje, że wysoka ocena może się w przyszłości przekładać na lepsze warunki otrzymania kredytu czy możliwości zapisania dzieci do lepszej szkoły. Czy nie przypomina to do złudzenia wizji scenarzystów „Czarne lustro"?

– Ten projekt to ekstremalna forma oceniania ludzi. Mało zresztą o niej wiemy, śledząc tylko doniesienia zachodnich mediów. Ciekawe, co sądzą o tym sami Chińczycy – czy toczy się wśród nich na ten temat jakaś debata, bo z zachodniego punktu widzenia jest to pomysł dosyć kontrowersyjny – mówi dr Aleksandra Przegalińska-Skierkowska, filozofka i badaczka rozwoju nowych technologii.

Zdaniem socjologów i psychologów, choć rozwój internetu sprawił, że przywykliśmy do wystawiania ocen, wdrożenie permanentnego systemu oceniania ludzi zakończyłoby się fiaskiem. Przede wszystkim, gdyby wykorzystano tak proste narzędzie, jakim jest rating znany z Allegro, Ubera czy Znanegolekarza.

– W systemach ratingowych bardzo niejasne kryteria przekładają się na bardzo jasną ocenę. Nie wiemy, jakie motywacje za nią stoją, ale np. 4 czy 5 gwiazdek w Uberze to bardzo konkretne wyznaczniki tego, gdzie znajdujemy się w tej społeczności. Skrajny subiektywizm może nagle stać się czymś obiektywnym. Nie jestem też zwolenniczką rozwiązania, w którym taki rating jest jednostronny, czyli gdy konsument może sobie pozwolić przy ocenie na różne „pańskie gesty", a np. kierowca nie ma żadnej możliwości oceniania klienta – podkreśla Aleksandra Przegalińska-Skierkowska.

Jej zdaniem każdy rozszerzony system oceny wymaga poświęcenia przez użytkownika czasu oraz uzasadnienia, nawet jeśli byłyby to tylko tagi, czyli hasła wyjaśniające podjętą decyzję. W Uberze jest wprawdzie opcja dodania uzasadnienia, ale nikt tych komentarzy zazwyczaj nie zostawia. – W przeciwnym razie będziemy się wikłać w coraz więcej takich absurdów. Chyba że chcemy stać się skwantyfikowanym społeczeństwem, które w ogóle ze sobą nie dyskutuje, tylko przyznaje sobie gwiazdki – mówi Przegalińska-Skierkowska.

Wątpliwa samoedukacja

Socjologowie i psychologowie nie wierzą w edukacyjne walory takich mechanizmów jak proste ocenianie w kilkustopniowej skali. – Nie traktowałbym wyników takich ocen jako wskazówek co do własnego zachowania. Kierowca może przecież wystawić słabą ocenę dlatego, że nie mógł znaleźć adresu czy musiał chwilę poczekać. Czy rating obniżony z takiego powodu powinien być od razu wskazówką, że czas w sobie coś poprawić? Nie wydaje mi się. Moim zdaniem tego typu rozwiązania funkcjonują raczej po to, by odsiać najsłabsze przypadki – mówi Dominik Batorski. A Jakub Kuś w ogóle uważa, że tego rodzaju oceny trzeba ignorować. – Już sam fakt, że o tym rozmawiamy i że ktoś być może zastanawia się dzisiaj, jak powinien się zachować, by taki rating wypadł mu jak najlepiej, jest zjawiskiem niebezpiecznym – podkreśla. Nie wyklucza, że moda na ocenianie się właśnie powoli wyhamowuje.

Podobnego zdania jest Przegalińska-Skierkowska: – Te oceny, czy systemy obiektywizacji wiedzy są z nami od jakiegoś czasu i dalej będą obecne, natomiast doprowadzone do absurdu, mogą po prostu wywołać odwrotną reakcję, powodującą ich blokadę albo stać się kompletnie bezużyteczne.

Dominik Batorski dla równowagi podaje jednak przykład pozytywnych efektów wprowadzania takich systemów. – Wśród kierowców Ubera jest znacznie więcej kobiet niż w tradycyjnych korporacjach. Moim zdaniem wynika to z tego, że właśnie dzięki systemom oceny klientów nikt nie jest tam anonimowy i kobiety-kierowcy w Uberze czują się dużo bezpieczniej. Więc są i zalety takich rozwiązań – mówi.

Na razie wizja złośliwego, negatywnego oceniania się za cokolwiek wydaje się nam nie grozić. Gros kierowców Ubera pytanych o to, jak najczęściej ocenia pasażerów, mówiło mi, że najczęściej automatycznie przyznaje klientom pięć gwiazdek, oczekując w zamian takiej samej „pochwały" i nie robi z drobnych nieporozumień żadnego problemu, a słabe oceny pozostawia sobie tylko na rzadko się zdarzające naprawdę ekstremalne sytuacje.

Efekt śnieżnej kuli

Skala, jaką przybrała akcja #metoo, mająca uczulić na społeczny problem, jakim jest molestowanie, pokazuje, że ocenianie innych może mieć też pozytywne społecznie skutki. Najważniejszym jest utrzymywanie generalnych standardów własnego zachowania. Globalny zasięg #metoo zawdzięcza nie tylko wadze problemu, ale też tzw. efektowi wiralowemu w mediach społecznościowych, gdy informacje błyskawicznie rozchodzą się w sieci przekazywane na niezliczone sposoby.

– W przypadku prostych ratingów efekty wystawiania oceny są przewidywalne – dostaje się np. trzy niskie oceny i wypada się z obiegu. Natomiast tego, który konkretny post doprowadzi do tzw. efektu wiralowego, nie da się przewidzieć. Oczywiście są pewne zasady, czyli wiadomo, że jeśli napisze coś w sieci celebryta, dostanie więcej lajków, ale ta sama gwiazda w obrębie swoich publikacji nie do końca wie, co odbije się wśród jej odbiorców szerokim echem, a co nie. Nie ma przepisu na dobry wiral – mówi Aleksandra Przegalińska-Skierkowska.

Niezależnie od tego, ile fałszywych oskarżeń mogło paść publicznie przy jej okazji, Adam Kaliszewski akcję #metoo ocenia pozytywnie. – Myślę, że są osoby, które dzięki tej akcji zaczęły więcej się nad różnymi swoimi zachowaniami zastanawiać, bo akcja uświadomiła im np. że molestowaniem bywa już wypowiedziana bezrefleksyjnie uwaga – zauważa.

Publiczne napiętnowanie osób ze społecznych elit – od producenta Harveya Weinsteina, aktorów Kevina Spaceya czy Ala Frankena, telewizyjnej gwiazdy Matta Lauera po dyrygenta Metropolitan Opera Jamesa Levine'a – ośmieliło wiele osób na całym świecie, w tym w Polsce (gdzie kobiety publicznie oskarżyły o molestowanie redaktorów Wyborczej.pl i „Krytyki Politycznej") do upubliczniania własnych bolesnych historii. W pewnym sensie zakończyło to ciche przyzwolenie na patologiczne zachowania w wielu środowiskach, które dotychczas, co unaoczniła akcja, były nagminne i w jakiś sposób, w swoich lżejszych formach, jednak społecznie akceptowane.

– Takie akcje jak #metoo oddziałują na nasze otoczenie. Socjologia mówi, że podejmowanie jakichkolwiek działań zbiorowych wymaga tzw. wiedzy wspólnej. Załóżmy, że oboje coś wiemy, ale sytuacja zmieni się istotnie, gdy ja wiem także, że pani wie to samo oraz że pani jest świadoma, że ja wiem, iż pani też o tym wie. W takiej sytuacji musimy coś zrobić. Znacznie trudniej pozostać biernym. Dobrym przykładem tego mechanizmu jest bajka o nowych szatach cesarza, w której ludzie zaczynają reagować na to, że król jest nagi, dopiero po jednym okrzyku, którzy wszyscy usłyszeli – mówi Dominik Batorski.

Jakub Kuś widzi jednak pewne ograniczenia skuteczności takich akcji. – Media społecznościowe mają ogromną siłę – kiedy miliony internautów angażują się w jakąś sprawę, tak jak w przypadku akcji #metoo, jej skutki mogą odczuć nawet osoby dotychczas „nie do ruszenia" . Dzieje się tak dzięki internetowemu mechanizmowi śnieżnej kuli. Ale też takie działania często bywają powierzchowne. Wiele osób bierze np. udział w charytatywnych akcjach na Facebooku, ale w realnym świecie się nie angażują – mówi.

Społeczny lincz

Pewnym problemem może być też to, że tego rodzaju „śnieżne kule" mogą pochłonąć zupełnie niewinne ofiary. – Negatywne zjawiska związanie z takimi akcjami to np. społeczny lincz, do jakiego może dojść w wyniku nieuprawnionych zarzutów, skazujących kogoś na publiczny niebyt. Bo czy kolejny „wiral" oczyści taka osobę z niesłusznych zarzutów? Nie wiadomo, właśnie dlatego, że „wiral" jest nieprzewidywalny – zauważa Aleksandra Przegalińska-Skierkowska.

Adam Kaliszewski przyznaje, że jest sobie w stanie wyobrazić tego rodzaju społecznościowe antykampanie, których celem jest zaszczucie konkretnych osób. – Łatwo jest o nadużycia – zwłaszcza w internecie. Można to osiągnąć za pomocą trollingu i fake newsów. Można w takich kampaniach użyć influencerów, którzy mogą akurat jakiejś osoby nie lubić, oraz astroturfingu, w ramach którego automatycznie można uruchomić dużą liczbę kont na Twitterze. Wytłumaczenie się potem z takich zarzutów jest trudne, a kaliber oskarżeń może być przecież duży – mówi. Podkreśla jednak, że jego zdaniem warto ponieść taką społeczną ofiarę, gdy skala zwalczanych patologii jest tak duża, jak ma to miejsce w przypadku #metoo.

Dochodzenia i procesy sądowe, jakie rozpoczęło #metoo, będą się pewnie toczyć latami, ale faktem jest, że podobnej akcji ujawniającej skalę molestowania jeszcze w internecie nie było.

I nawet jeśli takie akcje pojawiają się przypadkiem, a ich powodzenie jest nieprzewidywalne, co sprawia, że nie można ich traktować jako narzędzi do rozwiązywania jakichkolwiek problemów społecznych, to każda kolejna trochę nas jako społeczeństwo „poprawi" i zmieni. W przeciwieństwie do nałogowego i nieuzasadnionego oceniania się nawzajem w sieci.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL