fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Pisz po polsku albo płać

Fotorzepa/Dariusz Golik
Najpierw kontrolerzy biletów naciągnęli studentów z zagranicy na wysokie kary. A potem było jak u Barei.

Czytelniczka „Rzeczpospolitej" była świadkiem wymiany zdań między studentami, którzy przyjechali do Warszawy w ramach programu wymiany studenckiej Erasmus, a kontrolerami w miejskim autobusie.

– Studenci mieli przy sobie tylko legitymacje erasmusowskie, a nie dokumenty wydane przez polską uczelnię. Tłumaczyli, że zapomnieli zabrać je z domu – opowiada Urszula Kaczorowska. – Chciałam pomóc, ale kontrolerzy powiedzieli mi, że to nie moja sprawa.

Traf chciał, że spotkała tych ludzi na drugi dzień. – Okazało się, że kontrolerzy, strasząc policją, zażądali od nich natychmiastowej zapłaty za przejazd bez biletu. A przestraszeni studenci dali im pieniądze – opowiada.

W stolicy kara za brak dokumentu uprawniającego do przejazdu wynosi 196 zł, a jeśli zapłaci się od ręki – 117 zł.

– Kiedyś sama, będąc za granicą, znalazłam się w podobnej sytuacji. Ale tam nikt mnie nie ukarał, tylko wytłumaczono mi, w czym problem. Podpowiedziałam więc studentom, że mogą złożyć reklamację i jeśli przedstawią legitymację z polskiej uczelni, pieniądze zostaną im zwrócone – relacjonuje Urszula Kaczorowska.

Dalej było jak w filmie Barei. Okazało się, że Zarząd Transportu Miejskiego przyjmie od studenta z zagranicy reklamację, ale wyłącznie napisaną po polsku (dodajmy, że znajomość naszego języka nie jest warunkiem udziału w wymianie studenckiej). Pani z okienka w ZTM, choć mówiła po angielsku, nie chciała pomóc w wypełnieniu druku, twierdząc, że to nie jej zadanie.

– Kontrolerzy zażądali od obcokrajowców pieniędzy od razu prawdopodobnie dlatego, że później trudno od takich osób wyegzekwować te opłaty – mówi nam Igor Krajnow, rzecznik ZTM. – Poza tym żyjemy w Polsce i polski jest językiem urzędowym. Tu nie ma dobrowolności – dodaje.

Podobne kłopoty obcokrajowcy mieliby m.in. we Wrocławiu. – Odwołania od opłaty dodatkowej za jazdę bez biletu przyjmowane są wyłącznie w języku polskim – mówi Agnieszka Korzeniowska, rzeczniczka tamtejszego MPK.

Z tłumaczeniami urzędników nie zgadza się dr Paweł Poszytek, były dyrektor Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji, którego częścią jest właśnie międzynarodowy program wymiany studenckiej Erasmus. – Poza ustawą o języku polskim obowiązują nas jeszcze rekomendacje instytucji międzynarodowych, do których należymy. A zalecenia zarówno Rady Europy, jak i Komisji Europejskiej mówią wyraźnie, że każdy kraj członkowski ma w miarę możliwości stworzyć takie warunki, by obcokrajowcy mogli załatwić sprawę w urzędzie. Jeśli ktoś się do tego nie stosuje, to znaczy, że nie zna i nie rozumie obowiązującego prawa – mówi ekspert.

Przypomina też, że w 2010 r. British Council przeprowadził dla warszawskich urzędników szkolenia z obsługi cudzoziemców. To miało pomóc przygotować miasto na piłkarskie mistrzostwa Euro 2012, jedno z najważniejszych wydarzeń promujących Polskę za granicą. – Nie wiem, czemu teraz te standardy nie obowiązują w przypadku kontaktów z przyszłymi europejskimi elitami – dziwi się Poszytek.

Liczba studentów przyjeżdżających do Polski w ramach programu Erasmus sięga kilkunastu tysięcy rocznie. Pociesza więc to, że są miasta, w których potraktuje się ich po europejsku. – Rozpatrujemy także odwołania przesłane w języku angielskim – poinformował nas Marek Gancarczyk, rzecznik krakowskiego MPK.

A co z pechowymi erasmusowcami z Warszawy? Nasza czytelniczka pomogła im wypełnić polskie formularze, więc jest nadzieja, że odzyskają pieniądze.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA