fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Niektórzy sędziowie przekroczyli granicę

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Czy sędzia, orzekając, powinien być jedynie „ustami ustawy" i trzymać się ściśle ram prawnych, nawet jeśli w jego ocenie prawo jest niesłuszne, nieproporcjonalne? (To jedno z pytań debaty, którą opisaliśmy w „Rzeczpospolitej" 5 grudnia 2018 r.).

Pytanie odnosi się do istoty pracy sędziowskiej. Chodzi o kwestię zupełnie fundamentalną, jaką jest podejście do wykładni prawa, oraz o konsekwencje dokonywanych w tej mierze wyborów. Przeprowadzając jego egzegezę, sędzia musi zmierzyć się z występującym w każdym systemie prawnym napięciem pomiędzy ius a lex.

Szczególnie niebezpieczne są tu postawy skrajne. I tak, ograniczanie się przez sędziego do gramatycznego brzmienia przepisu, a więc do wykładni ściśle językowej (uwzględnianie tylko lex), sprawia, że sędzia „chowa się za paragraf", co grozi bezdusznym formalizmem w stosowaniu prawa i jest nie do pogodzenia z funkcją sprawowania wymiaru sprawiedliwości. Opowiadając się zatem za obowiązkiem poszukiwania w prawie idei sprawiedliwości (ius), należy jednocześnie zastrzec, że nie powinno się to odbywać bez należytego uwzględniania semantyki normy prawnej, a więc ponad czy nawet poza jej brzmieniem. Grozi to bowiem przesadnym subiektywizmem ocen sędziowskich i prowadzi do zastępowania czy wyręczania ustawodawcy przez sędziego, co – ze względu na arbitralność – jest także groźne dla praworządności. Dlatego też interpretacja prawa musi mieć swoją granicę, którą jest niedopuszczalność wkraczania przez sąd w kompetencje ustawodawcy i tworzenia w istocie nowej normy prawnej lub dokonywanie wykładni wyraźnie contra legem.

Czy sędzia powinien być także negatywnym ustawodawcą, a jego rolą powinno być korygowanie złego prawa w drodze wykładni?

Punktem wyjścia przy dokonywaniu wykładni prawa musi być założenie o racjonalności ustawodawcy. Zgodnie z tym założeniem sędzia, dokonując jego wykładni, ustala najpierw, w jaki sposób ustawodawca uregulował daną kwestię, a dokonawszy takiego ustalenia, przyjmuje wstępnie, że „tak musi być". Jednakże prawo powinno opierać się na określonym, akceptowanym w danym kręgu kulturowym systemie wartości. Dopiero wtedy mówimy, że „jest ono sprawiedliwe". Skoro zaś istotą orzekania jest wymierzanie sprawiedliwości, sędzia powinien też dokonać oceny stosowanego prawa pod kątem jego zgodności z akceptowanym systemem aksjologicznym. Tym samym ustalić, czy prawo to jest dobre, sprawiedliwe. Jeżeli stwierdzi, że tych wartości w prawie brakuje w sposób oczywisty, może dokonać swoistej korekty aksjologicznej ustawodawcy. Polega to na nadaniu stosowanym przepisom sensu i treści zgodnych z uznawanym społecznie systemem wartości. Jak już wspomniałem, granicą tego zabiegu jest zakaz dokonywania wykładni contra legem.

Czy stosowanie tzw. kontroli rozproszonej przez sędziów jest pożądanym rozwiązaniem?

Rozproszona kontrola konstytucyjności ustaw zakłada dopuszczalność i obowiązek dokonywania jej przez każdy sąd orzekający. Jest to koncepcja pozostająca w radykalnej opozycji do stanu rzeczy, w którym tylko jeden organ centralny – Trybunał Konstytucyjny – jest uprawniony do takiej kontroli. Postulat o możliwości, a nawet konieczności jej stosowania pojawił się na przełomie 2015 i 2016 r. w okresie wprowadzanych zmian ustrojowych i personalnych w TK. Już sam fakt, że najgorętszymi jego orędownikami byli ci prawnicy, którzy przedtem zdecydowanie opowiadali się za wyłączną kompetencją w tej mierze Trybunału Konstytucyjnego, wzbudzał moją rezerwę wobec głoszonych teraz przez nich poglądów. Muszę powiedzieć, że niezależnie od zastrzeżeń do zgodności tej koncepcji właśnie z konstytucją nie mogę pogodzić się z wizją rzeczywistości, w której każdy sąd może zakwestionować konstytucyjność ustawy. A jeśli ustawy, to pewnie także orzeczeń TK, bo dlaczegóż by nie. Grozi to anarchizacją całego systemu prawnego. Już teraz zresztą mogliśmy zaobserwować, że nie tylko sądy, ale nawet przedstawiciele samorządu terytorialnego wypowiadali nieposłuszeństwo ustawie, powołując się na własną ocenę jej niekonstytucyjności.

Pozostaję zatem zwolennikiem umiarkowanego, a przeważającego w tej mierze w dotychczasowym orzecznictwie Sądu Najwyższego stanowiska. Zgodnie z nim bezpośrednie zastosowanie przez ten sąd konstytucji na podstawie jej art. 8 ust. 2, z pominięciem ustawy, jest dopuszczalne tylko w wyjątkowej sytuacji, kiedy sprzeczność jej postanowień z konstytucją ma charakter oczywisty, widoczny prima facie.

Jakie powinny być granice sędziowskiego aktywizmu poza salą sądową, w debacie publicznej?

W moim przekonaniu granice te są wystarczająco wyraźnie zakreślone w obowiązującym stanie prawnym. Najpierw ogólnie sformułowany w art. 178 ust. 3 konstytucji zakaz prowadzenia przez sędziów działalności publicznej niedającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Doznaje on trafnego sprecyzowania w art. 82 § 2 usp. Zgodnie z tym przepisem sędzia poza służbą powinien m.in. „unikać wszystkiego, co mogłoby osłabiać zaufanie do jego bezstronności". Dopełnieniem tych regulacji jest § 23 zbioru zasad etyki zawodowej sędziów i asesorów sądowych, zobowiązujący sędziego (asesora) do powściągliwości w wypowiedziach zamieszczanych w mediach społecznościowych. Wszystko to ma służyć zapewnieniu o tzw. zewnętrznej bezstronności sędziego, a to łączy się z koniecznością podejmowania starań, aby o tej bezstronności przekonać innych.

W ostatnim okresie dochodziło do przekroczenia tych granic przez niektórych kolegów sędziów. Swoje reakcje i zachowania tłumaczyli oni działaniem w obronie koniecznej przed zagrożeniami płynącymi z uchwalanych zmian w ustroju sądownictwa, naruszających jego principia konstytucyjne. Przyjmując tę kwalifikację prawną, należy przypomnieć o możliwości przekroczenia granic obrony koniecznej w formie tzw. ekscesów. Do takich ekscesów dochodziło i warto je tu przywołać. Eksces nazbyt emocjonalnych wypowiedzi kierowanych do polityków, a zwłaszcza do kolegów zajmujących odmienne postawy w prowadzonym sporze czy raczej konflikcie ogólnospołecznym. Eksces zachowań polegający na aktywnych wystąpieniach ramię w ramię z politykami opozycji w manifestacjach ulicznych. Wreszcie eksces dotyczący określonych symboli przez noszenie gadżetów z napisem „Konstytucja". Normalnie nie byłoby w tym nic zdrożnego. Sęk jednak w tym, że w napisie tym układ liter i ich kolorystyka została przejęta wprost z hasła jednego z najbardziej aktywnych opozycyjnych stowarzyszeń społecznych. Tłumaczenie w tym kontekście, że jest to przecież słowo (hasło) neutralne politycznie, odwołujące się do podstaw naszego ustroju, jest na tyle nieprzekonujące, że budzi zażenowanie.

Autor jest sędzią Sądu Najwyższego w stanie spoczynku, byłym przewodniczącym KRS

Debata „Aktywizm sędziowski na sali sądowej" odbyła się 28 listopada w redakcji „Rzeczpospolitej"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA