fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jacek Trela: Czy wybory prezydenckie były równe

Fotorzepa/Jerzy Dudek
O ile dochowanie w ostatnich wyborach zasady bezpośredniości i tajności nie budzi wątpliwości, o tyle już do ich powszechności i równości można mieć zastrzeżenia.

Opadają emocje wyborcze. Czekamy jeszcze na rozpoznanie przez Sąd Najwyższy protestów, których wpłynęło wyjątkowo dużo. Dotychczasowa praktyka orzecznicza nie daje wielkich szans na zmianę wyniku wyborczego. Co nie znaczy, że protesty nie powinny być składane, choćby dla udokumentowania naruszeń prawa wyborczego i innych nieprawidłowości.

Zgodnie z art. 127 ust. 1 Konstytucji RP prezydenta wybiera się w wyborach powszechnych, bezpośrednich, tajnych i równych. O ile dochowanie w ostatnich wyborach zasady bezpośredniości i tajności nie budzi wątpliwości, o tyle już do ich powszechności można mieć zastrzeżenia, zważywszy na liczne przypadki uniemożliwienia głosowania Polakom za granicą. Służby konsularne nie wszędzie wywiązały się z obowiązku takiego zorganizowania wyborów, żeby można było je uznać za powszechne, czyli dostępne dla wszystkich uprawnionych.

Czytaj też:

Jeszcze gorzej było z zasadą równości. O równości wyborów mówi się w znaczeniu materialnym, czyli że każdy głos tyle samo znaczy. I tu nie można mieć żadnych zastrzeżeń.

Co innego z równością w znaczeniu formalnym. Począwszy od tego, że kandydaci zgłoszeni po 10 maja mieli znacznie krótszy czas na zebranie wymaganych 100 tys. podpisów poparcia niż kandydaci, którzy zgłosili się w pierwszym terminie wyborczym.

Zasada ta to również konieczność zapewnienia równego dostępu kandydatów do mediów publicznych. Obowiązek ten spoczywa na kierownictwie tych mediów i na Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Ani zarząd TVP SA, ani KRRiT nie sprostały temu obowiązkowi. TVP zaangażowała się w promocję jednego kandydata, a KRRiT nie interweniowała wobec tej jednostronności przekazu. Przeciwnie, był on wzmacniany antykampanią drugiego z kandydatów. Z ekranów publicznej telewizji padały zarzuty, że odbierze 500+, 13. emeryturę, zapłaci Żydom odszkodowania itp.

Po wyborach Towarzystwo Dziennikarskie stwierdziło: „Kampania wyborcza w mediach rządowych pozwala mówić o fałszerstwie całych wyborów. Zamiast pluralizmu, bezstronności i wyważenia mieliśmy w tych mediach apoteozę jednego kandydata i zohydzanie jego głównego konkurenta przez cały czas kampanii, a nawet podczas ciszy wyborczej".

Bezprecedensowe wsparcie

Zasadę równości naruszył także rząd. Sam premier jeździł po Polsce i rozdawał samorządom czeki, których pokrycia nie ma, bo ustawa dająca podstawę wystawiania czeków nie została jeszcze uchwalona. Jest w trakcie prac w komisji sejmowej, więc nie wiadomo, czy obietnica zostanie dotrzymana. Był to zabieg marketingowy, ale czy przystoi on premierowi? I czy przystoi premierowi, który był prezesem zarządu Banku Zachodniego WBK i forsującym wejście Polski do strefy euro członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku, mówić na wiecu w Chodzieży o kandydacie na prezydenta: „Chciałem powiedzieć coś o Rafale. Otóż jest pan Rafał, Rafał Zapominalski. Tak go nazwijmy. Zapomniał o tym, że był działaczem politycznym już od 15 lat, ponad 15 lat w Platformie. (...) A więc krew z krwi, kość z kości działacz polityczny PO. Człowiek ze stajni pana Balcerowicza, pana Rostowskiego. Turboliberał"? I dalej mówił premier: „w Warszawie (...) prąd dostarczają Niemcy, ciepło dostarczają Francuzi. Tramwaje budują Koreańczycy, metro budują Włosi i Turcy. (...)Wypożyczalnie rowerów też są niemieckie. To tak ma wyglądać Polska, panie Rafale?".

Czy jednak nie tak właśnie miała wyglądać Europa? Czy nie należałoby raczej tworzyć warunki konkurencyjności polskich firm i dbać, żeby to Polacy dostarczali prąd Niemcom i budowali autobusy dla Francuzów, zamiast ksenofobicznie zamykać się w swoich granicach?

Bezprecedensowe było także zaangażowanie po stronie urzędującego prezydenta innych instytucji państwowych, jak Poczta Polska, która rozsyłała ulotki wyborcze, czy też Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wysyłające w przeddzień wyborów alerty informujące o prawie osób powyżej 60. roku życia do głosowania bez potrzeby stania w kolejce.

Kandydat opozycji, a nie opozycyjny

Nie trzeba szukać przyczyn przegranej (nie piszę: porażki, bo jej nie było) pośród wyborców Szymona Hołowni, którzy w drugiej turze zagłosowali częściowo za dotychczasowym prezydentem. Podobnie jak nie trzeba szukać porażki w zachowaniu wyborców innych kandydatów i samych kandydatów, którzy odpadli w pierwszej turze. Takie myślenie jest próbą samousprawiedliwienia tego, że nie wygrał kandydat opozycyjny.

I w tym tkwi problem. To nie powinien być kandydat opozycyjny, tylko kandydat opozycji. Warto o tym pomyśleć już teraz. Za trzy lata wybory parlamentarne. One promują bloki, a nie indywidualizm. Taka jest metoda D'Hondta, profesora prawa cywilnego i matematyki, która wiedzie do tego, że blok partii, który zdobywa najwięcej głosów, mimo że nie jest to większość bezwzględna, zdobywa więcej niż 230 miejsc w Sejmie. Na tym polega fenomen Zjednoczonej Prawicy. Wie o tym doskonale Jarosław Kaczyński, doświadczony w latach 90., kiedy pozostawał na marginesie polityki z powodu braku porozumienia po stronie partii prawicowych, które tworzyły tzw. konwent św. Katarzyny.

Warto, żeby pamiętali o tym liderzy partii obecnie opozycyjnych, w przeciwnym razie pozostaną wieczną opozycją z kilkoma liderami, z których każdy stawia tylko na siebie. Dziesięć milionów osób, które oddały głos na Rafała Trzaskowskiego, to kapitał założycielski dla dalszych działań i pozycja wyjściowa do pozyskania poparcia tych, którzy do wyborów nie poszli. Konieczne jest jednak najpierw oderwanie od myślenia partyjnego.

Autor jest prezesem Naczelnej Rady Adwokackiej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA