fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Lewica idzie po władzę

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Koniec Wiosny, nie oznacza końca partii Włodzimierza Czarzastego.

Weekendowe połączenie SLD z Wiosną nie było – jak sugerowała większość komentatorów – końcem partii Włodzimierza Czarzastego, lecz raczej końcem ugrupowania Roberta Biedronia. Licząca bowiem de facto około 500 działaczy formacja byłego prezydenta Słupska roztopi się w ponad 20-tysięcznym Sojuszu. Owszem, zawarte w sobotę ustalenia gwarantują współprzewodzenie nowej partii przez liderów SLD i Wiosny (także na niższych szczeblach), ale przecież jest oczywiste, że przy następnym rozdaniu i wyborze władz działacze Sojuszu wytną w pień swoich nowych towarzyszy. Jeśli więc jakaś formacja w weekend dokonała żywota, to na pewno nie było to SLD.

To pokazuje przewagę w politycznej technologii, jaką nad swoimi młodszymi kolegami ma Włodzimierz Czarzasty. Sobotnie połknięcie partii Biedronia było tylko jednym z udanych posunięć szefa SLD w walce na lewicy. Wcześniej spektakularnym jego sukcesem było zmuszenie zarówno Wiosny, jak i Partii Razem do startu z list SLD. Musiało być to dla Zandberga, Biedronia i ich koleżanek i kolegów bardzo gorzką pigułką do przełknięcia, bowiem tylu złych słów, które padły w przeszłości z ich ust w stronę „starych postkomunistów", nie powstydziliby się Grzegorz Braun i Antoni Macierewicz. A jednak Czarzasty sprytnym manewrem zmusił ich do startu właśnie z list Sojuszu.

Trwoga na lewicy przed progiem 8 proc., ukształtowana zapewne po klęsce 2015 roku, była tak duża, że wszyscy pokornie zgodzili się, iż nie można ryzykować powtórnego startu w ramach koalicji i pomysł wejścia na listę SLD wydał się wszystkim na końcu najbardziej rozsądny. Ostateczne wyniki pokazały, że strach naszych lewicowców miał wielkie oczy, bowiem uzyskane ponad 12,5 proc. spokojnie umożliwiało pójście w formule koalicji. Dziś już nie rozstrzygniemy, czy Czarzasty o tym wiedział i tylko straszył swych partnerów, czy sam także bał się powtórki sprzed czterech lat. Efektem tego jest jednak to, że dziś posiadaczem milionowych subwencji wypłacanych z budżetu państwa jest SLD i od jego władz zależy, z kim i w jakim stopniu się nimi podzielą.

Czarzasty zatem ma dziś najsilniejsze karty na lewicy. Do pełni szczęścia potrzebny mu jest jeszcze słaby wynik Zandberga w elekcji prezydenckiej (słaby, czyli niższy, niż uzysk SLD z października bieżącego roku). Wówczas będzie dla wszystkich jasne, że pierwszym szczupakiem w tym niewielkim jeziorze jest właśnie przewodniczący Sojuszu.

Ma się zatem z czego Czarzasty cieszyć. Jest najsilniejszym dziś graczem na lewicy. Już wiadomo, że jej nowym mesjaszem nie będzie Biedroń, choć jeszcze rok temu tak mogło się wydawać. Ale najpierw słaby wynik Wiosny w eurowyborach, a potem niedotrzymanie słowa o złożeniu mandatu eurodeputowanego przez samego lidera, uczyniły tę perspektywę nieaktualną.

Nieco inaczej rzecz się ma z Partią Razem – cztery lata temu była największą niespodzianką w wyborach, ale można odnieść wrażenie, że od tamtego czasu buksowała w miejscu. Trudno orzec, jakie były tego przyczyny – brak reprezentacji parlamentarnej, niejasne przywództwo, zbyt radykalny program?

Faktem jest, że Razem słabło i z ulgą przyjęło ofertę wspólnego startu do Sejmu z SLD i Wiosną, dzięki czemu wprowadziło do nowego parlamentu sześcioro swoich reprezentantów, z liderem na czele.

Zandberg jest największym atutem tej formacji – ma charyzmę, jest bardzo dobrym mówcą, przyciąga uwagę. Ale wewnętrzne regulacje partyjne ograniczały jego przywództwo, a i on sam nie chciał dominować w swojej partii. Jednak żyjemy w czasach polityki bardzo spersonalizowanej i dlatego jego wyeksponowanie nie było błędem ze strony działaczy Razem. I chyba nie byłoby także wystawienie go jako konkurenta w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. Pod jednym wszakże warunkiem – utemperowania ideologicznego zacięcia.

I tu zaczynają się kłopoty, bo Zandberg chyba tego nie chce. Lubuje się w przedstawianiu radykalnych rozwiązań, co u publicysty i lidera opinii jest zaletą, ale u polityka, który chce mieć znaczenie polityczne, jest oczywistą wadą.

A lider Razem chyba wciąż nie zdecydował, czy chce siać pozytywny zamęt ideologiczny, wprowadzać lewicowe pomysły na agendę publiczną, być wyrazistym ideologiem nowej lewicy (pisanej małym literami), czy też jednak chce być ważnym graczem politycznym, przywódcą frakcji parlamentarnej, wicepremierem mającym znaczący wpływ na realne procesy polityczne i gospodarcze. Do tego pierwszego już się nadaje i jest do tego stworzony; do tego drugiego musiałby dopiero dojrzeć i nauczyć się kilku ważnych w tym rzemiośle umiejętności i postaw. Jedną z nich jest rezygnacja z ideologicznej wyrazistości. Byli w historii najnowszej Europy politycy wagi ciężkiej, którzy zaczynali jako maoiści czy trockiści, rzucający w policję koktajlami Mołotowa, a kończyli jako wpływowi lewicowi gracze szczebla ogólnoeuropejskiego. Ale ceną za to było wycofanie się z ekstremistycznej retoryki i praktyki.

Pytanie, czego chce lider Razem i czy byłby zdolny do takiej transformacji, pozostaje otwarte. Nie jest ona łatwa – po drodze narazić się można na zarzuty zdrady ideałów, na pogubienie się w labiryntach koniecznych kompromisów, wreszcie na zderzenie się ze swoimi umysłowymi, fizycznymi i charakterologicznymi ograniczeniami. Zandberg zatem nie tylko chyba nie odpowiedział sobie na pytanie, czy jest do tego zdolny, ale nawet czy chce pójść tą drogą.

Lewica ma więc dziś trzech tenorów – z których każdy czyha na potknięcia innych i chce odegrać najważniejszą rolę w tym miejscu sceny politycznej. Ale to trio nie jest wcale skazane ani na wzajemną śmiercionośną wojnę, ani na przegraną w ramach opozycji. Wprost przeciwnie – procesy społeczne będą raczej sprzyjać postawom lewicowym, a nieco niespójna ideowo PO może mieć problemy z utrzymaniem wysokiego poparcia społecznego (zwłaszcza że czekają ją wewnętrzne turbulencje). Choć dziś lewica ma poważne problemy w relacjach między tworzącymi ją trzema partiami, to przecież nie oznacza, że nie będzie poszerzać swoich wpływów. Jeśli Czarzasty ograniczy swój cynizm i myślenie w kategoriach polit-technologii, Biedroń swój narcyzm, a Zandberg ideologiczne zacietrzewienie, to ci trzej tenorzy mogą wyśpiewać pieśń mogącą się spodobać dużej części Polaków już w 2023 roku. Może nie większości, ale na tyle wielu wyborcom, by z ław opozycyjnych liderzy lewicy przesiedli się do ław rządowych.

Autor jest dr. hab politologii, profesorem na Uniwersytecie Śląskim

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA