fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Flis: Jesienią PiS może przegrać

Fotorzepa, Piotr Guzik
Platformie Obywatelskiej nie opłaca się atakować PSL - mówi "Rzeczpospolitej" prof. Jarosław Flis, socjolog polityki z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Czy PiS może przegrać wybory parlamentarne?

Ta wzrosła już w eurowyborach...

Lecz do tej z 2015 r. ciągle brakuje 1 mln 700 tys. wyborców. To prawie dwa razy tyle, ile wyniosła przewaga PiS nad KE. Jeśli do tego dołożymy tyle, ile brakuje do frekwencji z 2007 r., dochodzi jeszcze jeden milion wyborców, którzy na głosowanie teraz nie poszli. I to głównie w tych miejscach, gdzie PiS był słabszy. A gdyby do tego wziąć jeszcze frekwencję z drugiej tury wyborów prezydenckich z 2015 r., to trzeba dołożyć kolejny milion, tylko teraz w tych miejscach, gdzie PiS wygrywał. Możemy się spodziewać pomiędzy 1,7 mln a 3,7 mln nowych wyborców.

Na kogo głosujących?

Przy maksymalnych szacunkach rozłoży się to równo. Lecz doświadczenia światowe pokazują, że łatwiej się mobilizuje przeciw rządzącym. Partia Jarosława Kaczyńskiego może jesienią stracić władzę. Ale może wciąż też wygrać – szanse są wyrównane. Wybory samorządowe okazały się bardzo nietypowe pod względem frekwencji. Niepodobne do poprzednich. Wybory europejskie okazały się pod tym względem równie nietypowe. Przypuszczenie, że wybory parlamentarne będą podobne frekwencyjnie do poprzednich, ma słabe podstawy. Nic nie jest przesądzone. 50 tys. to skromny naddatek, jeśli toczy się walkę o kolejne 2–3 mln wyborców.

Czy trzy bloki opozycyjne mogą odebrać władzę partii Kaczyńskiego?

Mogą. Na Mazowszu odebrały. W wyborach sejmikowych na Mazowszu PiS miał najlepszy wynik, ale władzy nie przejął, bo okazało się, że brakowało mu dwóch mandatów do większości. Fidesz też po pierwszych swoich rządach wygrał wybory – był największą partią – ale to opozycja miała łącznie więcej głosów i na osiem lat Fidesz pożegnał się z władzą.

Czy opozycja nie zacznie się teraz sama zwalczać? Lewica atakuje PO, PSL stygmatyzuje Platformę jako lewicę, a PO oskarża PSL o podział.

Konkurencja ma inny sens na różnych osiach. Najabsurdalniejsza jest konkurencja między lewicą a PO. Wzajemne zwalczanie się może tylko cieszyć PiS. Te głosy i tak na PiS nie padną. Lecz rozumiem, że lewica boi się spaść pod próg i dlatego ostro atakuje PO. Platformie zejście poniżej progu nie grozi, atakując lewicę, pokazuje tylko swoją słabość, nie siłę. Lewicy chyba bardziej by pomogło ostre atakowanie PiS, nie PO, bo ona się nie musi kłaniać centrowemu wyborcy.

Z punktu widzenia walki PSL o wyborcę utraconego na rzecz PiS to ataki PO na ludowców nie szkodzą tym ostatnim, ale pomagają. Jednak Platforma atakuje PSL raczej z obawy o utratę swoich konserwatywnych wyborców. Zysk PO może być znikomy, a strata ogromna. Jeśli PSL nie przekroczy progu, to wtedy PiS może zdobyć samodzielną większość. Drugi efekt ataków na PSL może być taki, że jeśli antagonizmy między ludowcami i PO pójdą za daleko, to ludowcy, mając do wyboru koalicję z partią Schetyny lub Kaczyńskiego, mogą postawić na PiS. Przywództwo Władysława Kosiniaka-Kamysza w PSL nie jest nienaruszalne. Dzisiaj to PO atakuje bardziej PSL niż PiS. Kaczyński ogłosił politykę miłości. Jeśli PSL będzie miał do wyboru rząd z milutkim PiS albo oskarżającą go o zdradę Platformą, to wybór nie musi być oczywisty. Atak na PSL nie opłaca się Platformie.

PSL stygmatyzuje PO jako nową lewicę.

Na miejscu PO niespecjalnie był płakał – to jej pomaga bronić swych wyborców przed zakusami lewicy.

A nie jest tak, że podział nie jest prezentem dla PiS, a jeden wielki blok zjednoczonej opozycji od Wiosny przez SLD, PO po PSL nie był jedyną szansą na zdetronizowanie rządzących?

To byłaby bezpieczniejsza sytuacja, jeżeli chodzi o mandaty, ale ryzykowna, jeśli chodzi o utrzymanie wyborców. Decydującą rolę będą mieć wyborcy wiejscy. Czy lepiej byłoby dla opozycji, gdyby dwie trzecie wyborców PSL miała w PiS, a jedną trzecią u siebie, czy lepiej mieć osobną listę PSL, z którym można się porozumieć?

Lewica powinna iść jako koalicja, jak w 2015 r., ryzykując, że nie przekroczy 8 proc., czy zgodzić się iść do Sejmu na listach SLD?

Może jest trzecie wyjście? Mówiło się o „partii parasolowej" – nowej formacji na wybory, która wystawi wspólną listę. Członkowie takiej „Lewicy" mogliby mieć prawo pozostać również w swoich ugrupowaniach macierzystych.

Wybory za trzy miesiące. Komu sprzyja krótka kampania?

Teoretycznie PiS-owi, ale to też wystarczająco sporo czasu, żeby opozycja się ogarnęła.

Czy sprawy LGBT i kwestie ideologiczne mogą pomóc PiS wygrać wybory?

Mogłoby tak być, gdyby był łatwy podział na PiS konserwatywny i anty-PiS liberalno-lewicowy. Samodzielny start PSL miesza szyki PiS również w kwestiach światopoglądowych. Platforma też nie poszła z SLD. Lewica może sporo zyskać na wojnie światopoglądowej, jako ugrupowanie radykalnej zmiany. Lecz dla rządzących groźniejsze jest podnoszenie nieudolności, nie kwestie światopoglądowe. Tak straciła władzę PO.

A PiS nie jest partią teflonową?

Gdyby PiS był teflonowy, to miałby ponad 50 proc., a nie ok. 40.

Czy PiS, wydaje się dziś pewny zwycięstwa, może zdemobilizować swoich wyborców?

Tego się nie dowiemy aż do dnia wyborów. Nie wygląda jednak, żeby PiS miał w tym roku taki bonus, jak w 2015, gdy walczyło z nim 7 znaczących list. PiS jest faworytem tych wyborów, ale nie znaczy, że stworzy rząd.

Jaki procent wyborców jest do pozyskania?

W Polsce około 30 proc. wyborców zmienia zdanie. To wystarczająco, żeby przesunąć wynik wyborów między dwoma głównymi blokami.

A jakiej frekwencji możemy się spodziewać?

Na pewno wyższej niż w 2015 roku.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA