fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Czekając na Donalda Tuska

Donald Tusk
AFP
Scenariusze dla byłego premiera.

Mieszanina sentymentu i poczucia niemocy. Wspomnień z lat chwały i wiary w ponadstandardowe zdolności polityczne. To wszystko coraz częściej skłania polityków PO do wypatrywania na horyzoncie powrotu Donalda Tuska. W wizji jego powrotu do kraju i zaangażowania w życie partyjne rosnąca grupa polityków opozycji upatruje szansy na przyszłe triumfy i nadziei na wygraną z obozem PiS.

Wódz anty-PiS-u?

Kiedy Tusk wyjeżdżał z Polski, spora część jego partyjnych towarzyszy uznawała to za doskonałe zrządzenie losu. Wypalony siedmioma latami rządzenia, z coraz gorszymi notowaniami, osamotniony i ospale reagujący na aferę podsłuchową, wydawał się raczej obciążeniem niż symbolem przeszłych i zapowiedzią przyszłych sukcesów Platformy. Jego aksamitne odejście z polskiego życia partyjnego wydawało się wtedy świetną okazją do przegrupowania sił, odświeżenia wizerunku, zatarcia w pamięci wyborców obciążeń i słabości okresu sprawowania władzy.

Początkowo te nadzieje nie wydawały się płonne. Nową premier próbowano kreować na mieszankę dobrotliwej, wrażliwej na ludzką niedolę „doktor Ewy" z silną, potrafiącą postawić na swoim „polską Margaret Thatcher". W dodatku święcie i powszechnie wierzono, że wybory prezydenckie będą dla PO spacerkiem, po którym obóz władzy nabierze sił i doda sobie animuszu do walki o trzecią kadencję.

Cała ta wizerunkowo-polityczna operacja – jak wiadomo – wzięła jednak w łeb. Wybory prezydenckie okazały się dla PO początkiem końca epoki triumfów, czymś w rodzaju napoleońskiego Borodino, wybory parlamentarne przyniosły jej Waterloo, po którym trzeba było szukać nowego „cesarza" i postawić na wieloletnią, strategiczną, partyjną rezerwę – Grzegorza Schetynę. I przystać na jego styl rządzenia.

Ten – jak przekonuje wielu polityków PO – okazał się bliski temu, o czym w czarnych snach śnili jego wewnątrzpartyjni rywale. Stawianie na sprawdzonych w „długim marszu" i knuciu w słynnej „pieczarze" starych wiarusów, ostre traktowanie zwaśnionych z nowym przewodniczącym działaczy i związanych z nimi struktur, marginalizowanie poprzedniczki i jej dworu wzburzyły sporą część partyjnych szeregów. I skłoniły do zastanowienia się, czy oby na pewno Platforma w jej dzisiejszym kształcie i z dzisiejszym liderem jest najwłaściwszą dla nich polityczną drogą.

Opozycja – nie tylko spod znaku PO, ale i wszystkich innych ugrupowań – rozpaczliwie poszukuje od miesięcy kamienia filozoficznego, który zmieniłby sondaże i dał jej odrobinę wiatru w żagle. Spór o Trybunał, kontrowersyjne, skażone partyjnym „ukąszeniem" nominacje personalne, problemy w polityce zagranicznej czy nawet trudna dla konserwatystów debata aborcyjna nie osłabiają na razie politycznego impetu rządzących. W partyjnych notowaniach PiS wciąż bije na głowę nawet zsumowane wyniki zjednoczonych sił PO i Nowoczesnej, a opozycja, wahając się między „konstruktywizmem" a „totalnością" i między „światełkiem w tunelu" a „pociągiem pancernym", spiera się o to, jaka taktyka walki z rządzącymi jest optymalna.

Zarówno w tych sporach, jak i pełnych rozżalenia na nowego przewodniczącego PO debatach wewnątrz Platformy coraz częściej pojawia się hasło „Poczekajmy na powrót Tuska. On coś z tym wszystkim zrobi". Przy tym to „coś" jest dwuwariantowe.

W wariancie pierwszym Tusk wraca, obala Schetynę i staje na czele PO oraz tych, którzy będą chcieli się do niej przyłączyć. W wariancie drugim rzuca po powrocie hasło zjednoczenia opozycji i bierze pod swoje skrzydła wszystko (czy niemal wszystko) to, co jest dziś na lewo od PiS – od części PO, przez Petru i Nowoczesną, PSL, aż po różne odłamy lewicy, tworząc wielobarwną koalicję anty-PiS.

Z Brukseli od rozmówców Tuska i jego otoczenia napływają zresztą, podtrzymujące wiarę w comeback byłego premiera, sygnały. „Wszyscy wiedzą, że gdy Donald wróci, nie siądzie w kapciach w bujanym fotelu, tylko wejdzie do gry. Pytanie o to, jak wejdzie – pozostaje otwarte" – mówią z nadzieją i przekonaniem ci, którzy utrzymują częste kontakty z szefem Rady Europejskiej.

Nie wracaj albo...

Na pewno ponowne wejście do politycznej polskiej gry Donalda Tuska, oczyszczonego przez upływ czasu ze słabości i obciążeń rządzenia, opromienionego blaskiem eurokariery i kontrastującego międzynarodowym obyciem i doświadczeniem z liderami obozu PiS, mogłoby zmienić obraz politycznej rzeczywistości. Trudno dziś przewidzieć, czy byłby to – jak marzy się niektórym – zwrot, który w anglosaskiej polityce określa się jako game changer, ale na pewno Tusk w Polsce dałby opozycji poważnego kandydata do roli kogoś, kto mógłby być twarzą i ojcem jej zjednoczenia.

Rozterki i marzenia opozycji zdają się docierać także do rządzących. Ostre słowa prezesa Kaczyńskiego o „odpowiedzialności rządu Tuska" w rocznicę katastrofy smoleńskiej, sugestie, że ekspremier może stanąć przed sądem czy Trybunałem Stanu, lub sygnały, że wsparcie dla reelekcji szefa Rady Europejskiej nie jest przesądzone, mogą być swoistym udeptywaniem gruntu pod jego powrót. Nieco przerysowując, można je potraktować jako sygnał czy sugestię: „albo nie wracaj wcale, albo wrócisz w kajdankach".

Większość polityków PiS uważa zresztą, że z punktu widzenia taktyki utrzymywanie Tuska z dala od polskiej polityki jest najlepszym, co można zrobić. Dlatego liczą, że mimo wszystko rząd nie zdecyduje się na rzucanie mu kłód pod nogi w marszu po europejską reelekcję.

Nadzieja nie oznacza jednak pewności. Nikt nie dałby się dziś pokroić za to, że góry nad racjonalizmem i taktyką nie wezmą za rok, gdy przyjdzie czas decyzji w tej sprawie, emocje i nastroje, jakie w rocznice katastrofy można było dostrzec w słowach Jarosława Kaczyńskiego. I że sprzeciw Polski nie zdecyduje o tym, że mandat Tuska nie zostanie przedłużony. A on sam nie będzie się zmagał z polskim wymiarem sprawiedliwości.

Na wybory prezydenckie

Te wszystkie wątpliwości stają na przeszkodzie snuciu konkretnych scenariuszy. Nie ułatwia tego również bierność samego zainteresowanego – bo na razie nie wysyła on żadnych czytelnych sygnałów co do swoich planów.

W ich tworzeniu, na domiar złego, nie pomaga też kalendarz polskich i europejskich kadencji. Pierwsza kadencja Tuska kończy się za niewiele ponad rok. Gdyby wrócił wówczas do kraju, miałby pełne spektrum politycznych możliwości. Gdyby jednak został wybrany na drugą kadencję – dotrwałby w Brukseli do grudnia 2019 roku. A wtedy wylądowałby w Polsce dwa–trzy miesiące po następnych wyborach parlamentarnych. Trudno byłoby mu zatem, nawet na odległość i korespondencyjnie, odegrać w kampanii przed nimi kluczową rolę.

Jedyne, co by mu wówczas pozostało – gdyby rzeczywiście zdecydował się na ponowne stanięcie w szranki polskiej polityki – to bój z walczącym o następną kadencję Andrzejem Dudą.

Dziś wydaje się, że nie byłby w nim bez szans. Kto wie zatem, czy ten pojedynek nie będzie stawał się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej prawdopodobnym scenariuszem walki o prezydenturę w roku 2020, a starcie Duda–Tusk, obok wyborów parlamentarnych na jesieni 2019 nie okaże się kluczowe dla dalszych losów polskiej sceny politycznej.

Autor jest dziennikarzem, publicystą RMF FM i TVN 24

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA