fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Prezydent Andrzej Duda pocieszny jak Kazimierz Marcinkiewicz

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Andrzej Duda nie zdał egzaminu na powagę i wielkość.

Kiedy Andrzej Duda przestał być nadzieją na odmianę polskiej polityki? I dlaczego to się stało? Dlaczego z poważnego człowieka stał się twitterowym rozmówcą „ruchadła leśnego" i „Karoliny Wazeliny"?

Czytelnikom nieobecnym na portalu społecznościowym Twitter należą się wyjaśnienia – prezydent kraju obserwuje na nim wyżej wymienione profile i wdaje się z nimi w polemiki. Także z osobami, które przedstawiają się jako „Foczka" oraz „Jebnij się Daniel". Można powiedzieć, że świadczy to dobrze o prezydencie – że pokazuje, iż jest dostępny dla każdego, a nie tylko dla elit. Można jednak nieco złośliwie zauważyć, że konwersuje po nocach z „Pimpusiem sadełko", bowiem w realnej polityce zupełnie oddał pole innym uczestnikom gry i abdykował z jakichkolwiek ambicji.

Niezamierzona śmieszność

A przecież można było mieć rok temu, gdy jego kampania wyborcza nabierała tempa, uzasadnioną nadzieję, że będzie kimś ważnym i potrzebnym w polskiej debacie. Jego wystąpienia miały rys powagi, deklaracje o potrzebie porozumienia ponad podziałami partyjnymi brzmiały w miarę wiarygodnie, a postawa i poglądy dawały cień szansy na to, że jako głowa państwa tonować będzie nastroje i zajmie pozycję arbitra w politycznej wojnie partyjnych plemion.

Dziś z tych nadziei nie zostało nic. Żeby było jasne – to wcale nie odbija się na notowaniach Andrzeja Dudy i nie powoduje jakiegoś gwałtownego spadku sympatii do niego. Różne badania dostarczają różnych wyników, ale żadne z nich nie jest dla prezydenta katastrofalne. Pojawiają się nawet takie, w których plasuje się na czele rankingu polityków o najwyższym stopniu zaufania.

Wiadomo już jednak, że nie zdał egzaminu na powagę i wielkość. Chce być nowym Lechem Kaczyńskim, a jest inkarnacją Kazimierza Marcinkiewicza. Oczywiście – nie ma romansu z dwudziestolatką i nie absorbuje tabloidów swoim życiem osobistym, ale stał się parodią samego siebie. Wywiady o sprawach państwa, których udziela na stoku narciarskim, ubrany w profesjonalny strój i kask, twitterowa aktywność, zbyt mocne, zawsze na wysokim C, przemówienia historyczne – wszystko to czyni go postacią nieco kabaretową. Niezamierzenie śmieszną.

Kontrastuje to z tym, jak on sam się widzi – jako niezłomnego (określił się tak w inauguracyjnym przemówieniu), jako dziedzica akowców i Żołnierzy Wyklętych, jako bohatera ze spiżu. Pocieszne są także próby autoadopcji wobec Lecha Kaczyńskiego – Duda wielokrotnie dokonywał karkołomnych prób pokazania samego siebie jako nieomal kogoś, komu były prezydent już za życia przekazywał pałeczkę pokoleniową. Tym bardziej to żenujące, że przecież w kancelarii Lecha Kaczyńskiego pełnił funkcję podrzędną i nigdy nie wszedł do grona najbliższych i zaufanych współpracowników (choć były prezydent po początkowym dystansie coraz bardziej cenił młodego prawnika).

Kaczyński się nie mylił

Jest jeszcze jeden kontekst, który uwypukla infantylność i „marcinkiewiczowatość" Andrzeja Dudy – to premierostwo Beaty Szydło. Pozycję startową miała o wiele gorszą od niego – była wszak tylko szefową jego kampanii i jedynie kaprys Jarosława Kaczyńskiego sprawił, że otrzymała misję tworzenia rządu. Na samym początku podważono jej pozycję, puszczając w zaprzyjaźnionym medium informację o tym, że miał ją na ostatniej prostej zastąpić Piotr Gliński. Również dziś jej pozycja jest nieporównanie słabsza od tej, jaką ma Andrzej Duda – przecież może być, w przeciwieństwie do prezydenta, odwołana w każdej chwili przez prezesa PiS.

A jednak jest w niej jakaś powaga, która całkowicie wyparowała z prezydenta. Choć czasami przesadza, szarżuje, atakując opozycję, musi także składać od czasu do czasu hołdy lenne Kaczyńskiemu, to patrząc na jej pracę, ma się wrażenie, że mamy do czynienia z poważnym politykiem. Uwikłanym w wewnątrzpartyjne układy, zależnym od swego protektora, ograniczonym swymi intelektualnymi ułomnościami, ale jednak z politykiem wagi co najmniej półciężkiej (przynajmniej jak na warunki polskie).

Kiedy zatem dokonała się ta przemiana Andrzeja Dudy – z postaci uosabiającej nadzieje na odmianę partyjnego piekiełka w odpychającą postać całkowicie powolną swemu patronowi i uaktywniającą się jedynie na stoku narciarskim oraz w rozmowach z internetowymi trollami? Czy wówczas, gdy w obecności Kaczyńskiego zapewniał o istnieniu wielu dowodów na wielkość prezesa PiS? Czy może wtedy, gdy w nocy zaprzysięgał „pisowskich" sędziów do Trybunału Konstytucyjnego? A może w momencie bezprawnego ułaskawienia Mariusza Kamińskiego?

Być może jednak nie było takiej przełomowej chwili. Może wszystkie one złożyły się na ten smutny obraz człowieka przekonanego o swej wielkości i niezłomności, a będącego w istocie pośmiewiskiem zarówno wśród wysoko postawionych polityków PiS, jak i wśród politycznych przeciwników tej partii. Jedno jest pewne – Kaczyński się nie pomylił, stawiając właśnie na Dudę: człowieka pozbawionego własnych ambicji, całkowicie od niego politycznie, psychologicznie i mentalnie uzależnionego, oczekującego wskazań z Nowogrodzkiej i pośpiesznie je wykonującego. Dudę, który okazał się politykiem zupełnie nierozumiejącym roli, jaką wyznaczyła mu historia, i zadowalającym się błyskotkami wypływającymi z podarowanego mu przez prezesa PiS urzędu.

Prezydent, po ponad ośmiu miesiącach sprawowania swej funkcji, pokazał nam się jako człowiek całkowicie niesamodzielny w myśleniu i działaniu, jako postać groteskowa, jako polityk bez ambicji, w całości pochłonięty celebrowaniem swego urzędu. Widzą to już prawie wszyscy – prócz jego wyborców (co jest dla Dudy dobrą wiadomością) oraz jego samego (co jest wiadomością dla niego fatalną).

Autor jest politologiem, był europosłem PiS, PJN oraz Polski Razem

 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA