Rzecz o historii

James Knox Polk: Ekspansjonista w Białym Domu

James_Polk.jpg: Brady, Mathew B., 1823 (ca.)-1896, photographer. derivative work: Superwikifan (James_Polk.jpg) [Public domain], via Wikimedia Commons
Przez całe życie wierzył, że Bóg stworzył zachodnią półkulę, aby szerzyć amerykańską kulturę i cywilizację. Żaden amerykański prezydent nie powiększył terytorium USA tak jak on.

James Knox Polk urodził się 2 listopada 1795 r. na rodzinnej farmie w hrabstwie Mecklenburg w Karolinie Północnej jako pierwsze z dziesięciorga dzieci Samuela i Jane Polków. Jego ojciec pochodził z rodziny o irlandzko-szkockich korzeniach. Matka była potomkinią Johna Knoxa, wielkiego XVI-wiecznego teologa kalwińskiego, przywódcy brytyjskiego ruchu reformatorskiego i założyciela Kościoła prezbiteriańskiego w Szkocji. Jane Polk była dumna ze swojego przodka i starała się prowadzić dom w powściągliwym duchu jego nauczania zawartego w dwóch dziełach: „History of Reformation in Scotland” (Historia reformacji w Szkocji) i „The First Book of Discipline” (Pierwsza księga dyscypliny).

O ile matka przyszłego prezydenta USA była kobietą bardzo pobożną lub wręcz przejawiającą skrajną dewocję, o tyle jego ojciec był daleki od wszelkich przejawów religijności. Jego stosunek do Kościoła i surowych reguł prezbiterianizmu był obojętny lub wręcz wrogi. Do tego stopnia, że podczas chrztu swojego syna Jamesa ku rozpaczy żony odmówił wypowiedzenia obowiązkowej formuły wyznaniowej, że jest chrześcijaninem. W hrabstwie Mecklenburg krążyła plotka, że Samuel Polk pokłócił się wtedy z pastorem, ostro go zwyzywał i opuścił kościół, zanim syn został ochrzczony. James Knox Polk nigdy nie był pewien, czy w związku z tym incydentem w ogóle został ochrzczony. Chcąc jednak uniknąć niepewności, przyjął chrzest tuż przed śmiercią 53 lata później.

Ten zgoła niechętny stosunek do spraw wiary przejął Samuel Polk po swoim ojcu Ezekielu, który był zdeklarowanym deistą i zwolennikiem państwa wolnego światopoglądowego. Ta dziwna mieszanina religijności matki i niechęci ojca do Kościoła ukształtowała specyficzny stosunek Jamesa Knoxa Polka do spraw światopoglądowych.

Być może narastająca religijność przyszłego prezydenta USA była spowodowana jego wątłym zdrowiem i ciągłym balansowaniem na granicy życia i śmierci. Był człowiekiem chorowitym, ale nie słabym psychicznie. Wręcz przeciwnie, niewielu ludzi na świecie byłoby w stanie wytrzymać przeprowadzoną na kuchennym stole operację woreczka żółciowego, podczas której jedynym anestetykiem była szklanka mocnego alkoholu. James był chłopcem mizernym, lecz z determinacją walczył z własnymi słabościami. Jako najstarszy syn musiał nieustannie pomagać ojcu na farmie. Ta harówka ponad siły pozostawiła w nim na całe życie wielki szacunek dla ludzi ciężko pracujących fizycznie.

Przeciwnik pojedynków

W 1806 r. rodzina Polków przeniosła się do Tennessee, które wówczas było uznawane za pogranicze cywilizowanego świata. James miał 11 lat i był tak słaby, że ojciec postanowił odsunąć go od pracy fizycznej i przekazać mu prowadzenie części interesów rodzinnych. Dzisiaj wydaje się dziwne, że nastolatek prowadził rodzinną buchalterię, ale wówczas dzieciństwo kończyło się z dniem, kiedy dziecko było zdolne wykonywać pierwsze prace na farmie. James nie nadawał się jednak na farmera, dlatego wkrótce zaczął przygotowywać się do studiów prawniczych na University of North Carolina. Uczelnię tę ukończył z wyróżnieniem w 1818 r. i rozpoczął praktykę w firmie prawniczej Felixa Gruny’ego w Nashville. Dwa lata później założył własną kancelarię adwokacką w mieście Columbia w stanie Tennessee. Renoma dobrego adwokata otworzyła mu drzwi na salony. Wkrótce poznał tam Andrew Jacksona, przyjaciela swojego ojca. Ta znajomość miała się okazać kluczowa w jego karierze politycznej.

James Polk stanowił odwrotność osobowości Andrew Jacksona. W przeciwieństwie do spontanicznego, wybuchowego, drażliwego generała jego protegowany był człowiekiem chłodnym, niezwykle opanowanym, nieokazującym nawet śladu emocji. Znajomi Polka mówili, że nie są w stanie ocenić, jakie są jego odczucia w jakiejkolwiek sprawie. Być może z tego powodu utarła się opinia, że był człowiekiem chytrym i bezdusznym. Nic jednak na to nie wskazuje. Jego małomówność i skrytość okazały się atutem w karierze politycznej, która rozpoczęła się w 1821 r. mianowaniem na urzędnika w senacie stanowym. Dwa lata później Polk zasiadł jako poseł w Izbie Reprezentantów Tennessee, gdzie został zapamiętany głównie jako przeciwnik pojedynków, które stanowiły stały element ówczesnej kultury amerykańskiego pogranicza. Także pod tym względem okazał się odwrotnością Andrew Jacksona, który słynął ze skłonności do częstego pojedynkowania się z byle powodu.

Projekt ustawowego zakazu pojedynków spotkał się z powszechną krytyką opinii publicznej Tennessee. W czasach, kiedy mozolnie działający aparat sprawiedliwości nie był w stanie zapewnić obywatelom poczucia bezpieczeństwa, pojedynki stanowiły jedyne rozwiązanie sporów. Ciekawostką jest, że od roku 1777 do 1882 w Stanach Zjednoczonych odbyło się kilka tysięcy pojedynków, z czego aż 27 dotyczyło czołowych polityków w państwie. Do najsłynniejszych należał pojedynek z 11 lipca 1804 r. między wiceprezydentem USA Aaronem Burrem i byłym sekretarzem stanu Alexandrem Hamiltonem. Burr wyzwał rywala na ubitą ziemię i ranił go śmiertelnie. Choć został oskarżony o morderstwo, to do procesu nigdy nie doszło. 30 maja 1806 r. Andrew Jackson zastrzelił w pojedynku prawnika Charlesa Dickinsona, a 26 kwietnia 1826 r. w Pimmit Run w Wirginii odbył się pojedynek Henry’ego Claya, ówczesnego sekretarza stanu w administracji prezydenta Johna Quincy'ego Adamsa, z kongresmenem Johnem Randolphem. Ze względu na brak doświadczenia wojskowego obaj strzelcy chybili i pojedynek zakończył się ugodą.

James Polk uważał, że pojedynki są przejawem głupoty i barbarzyństwa. Jego przeciwnicy poczytywali to za przejaw słabości. Niektórzy namiętnie próbowali wyzwać go na ubitą ziemię. Kiedy Andrew Jackson został już prezydentem, James Polk został spikerem Izby Reprezentantów USA. Jako człowiek całkowicie oddany Jacksonowi stał się więc obiektem bezpardonowych ataków przeciwników politycznych prezydenta. Konserwatywny przedstawiciel Wirginii Henry A. Wise nie przepuszczał żadnej okazji, żeby sprowokować Polka do pojedynku. Prasa pisała, że opozycji łatwiej jest znęcać się nad małomównym Polkiem niż nad ekspresyjnym i wybuchowym Jacksonem. Polkowi przypadła wyjątkowo niewdzięczna rola pokierowania Izbą Reprezentantów w czasach, kiedy w amerykańskim parlamencie panował język i poziom dyskusji trudny do wyobrażenia nawet w dzisiejszym polskim Sejmie.

Czarny koń wyborów

Polk nie narzekał na swoją pracę. Był pracoholikiem, który nie uznawał urlopu czy czasu prywatnego. Nawet ciężka choroba nie mogła go odciągnąć od obowiązków. Tylko raz zwierzył się ze swoich uczuć, kiedy opuszczał Waszyngton w 1839 r. Oświadczył wówczas, że jego praca była ponad siły, musiał bowiem utrzymywać dyscyplinę w najbardziej skłóconym Kongresie w historii i miał więcej wyzwań niż wszyscy jego poprzednicy razem wzięci.

Kiedy 3 marca 1839 r. ustępował ze stanowiska spikera Izby Reprezentantów, wydawało się, że zakończył karierę. Czuł, że osiągnął szczyt swoich możliwości. Demokraci, z którymi był od pewnego czasu związany, zaproponowali mu nominację na gubernatora Tennessee. Wybory wygrał, ale gubernatorem był jedynie przez dwa lata. W 1844 r. miały się odbyć wybory prezydenckie i demokraci potrzebowali jego wsparcia w kampanii wyborczej. 27 maja 1844 r. rozpoczęła się trzydniowa konwencja partyjna w Baltimore, która miała wyłonić demokratycznego kandydata na prezydenta. Jedynym logicznym kandydatem wydawał się były prezydent Martin Van Buren. Był jednak pewien problem: Van Buren zdecydowanie sprzeciwiał się aneksji Teksasu. Taka postawa była nie do przyjęcia dla ekspansjonistów z Andrew Jacksonem na czele, który głęboko wierzył, że Stany Zjednoczone powinny nieustannie wchłaniać wszystkie ziemie Ameryki Północnej. Jackson uważał też, że Van Buren jest politykiem spalonym, gdyż łatwo przegrał wybory z mało znanym przedstawicielem wigów Williamem H. Harrisonem, a tym samym doprowadził przez przypadek do czterech lat bezowocnych rządów Johna Tylera.

Na początku konwencji w Baltimore Andrew Jackson wezwał kierownictwo partii, w tym Jamesa Polka, i oświadczył, że nominacja Van Burena jest „politycznym samobójstwem”. Były prezydent doradzał swoim partyjnym kolegom postawienie w kampanii na hasła ekspansjonistyczne typu „All of Oregon, All of Texas”. Tylko człowiek o zdecydowanej woli inkorporowania nowych terytoriów w skład Unii mógł w jego opinii wygrać wyścig do Białego Domu. James Polk był zwolennikiem takiego kursu, ale jego szanse na tle innych kandydatów wypadły mizernie. Jackson jednak uparł się, że Polk jest właściwym człowiekiem. Teraz trzeba było tak pokierować głosowaniem, aby delegaci wyłonili w drodze kompromisu kandydaturę Polka. Zgodnie z przewidywaniami w pierwszym głosowaniu 177 z 376 delegatów zagłosowało na Martina Van Burrena. Kolejne miejsca zajęli: były sekretarz wojny Lewis Cass (który otrzymał 83 głosy) i sześciu pomniejszych kandydatów, wśród których nie było Polka. Jego nazwisko pojawiło się dopiero w ósmym głosowaniu, choć od razu zdobyło poparcie 44 delegatów. Nadal droga do nominacji wydawała się bardzo odległa. Dopiero jawne wsparcie Andrew Jacksona spowodowało, że w dziewiątym głosowaniu Polk został jednomyślnie wybrany przez wszystkich delegatów. Jego konkurenci przecierali oczy ze zdumienia, nie wierząc, że człowiek z drugiego szeregu partyjnego może nagle zrobić tak zawrotną karierę. Prasa pisała o Polku jako czarnym koniu wyborów. Kandydatem na wiceprezydenta został George Mifflin Dallas z Pensylwanii.

Wyścig do Białego Domu był bardzo wyrównany, podobnie zresztą jak wynik głosowania powszechnego. Na Jamesa Polka oddano 1 337 243 głosy, a na jego przeciwnika Henry’ego Claya z Partii Wigów – 1 299 062. Clay przegrał ze względu na swoje niemal fanatyczne stanowisko w kwestii utrzymania niewolnictwa. Stracił głosy 63 tys. nowojorczyków, którzy zagłosowali na Jamesa Gillespie Birneya, kandydata abolicjonistycznej Partii Wolności, trzeciego ugrupowania biorącego udział w tych wyborach.

Żona, sekretarka i pierwsza dama

4 marca 1845 r. James Knox Polk został zaprzysiężony na słynnym tarasie Kongresu na Kapitolu. Pogoda nie sprzyjała uroczystości, padał obfity deszcz i wiał zimny wiatr. Jednak przemówienie inauguracyjne zazwyczaj chłodnego emocjonalnie Jamesa Polka było bardzo gorące i bojowe. Nowy przywódca Ameryki wzywał naród do ekspansji terytorialnej i aneksji Oregonu oraz Teksasu. Obiecywał Amerykę rozciągającą się od wybrzeża Atlantyku do Pacyfiku i faktycznie słowa dotrzymał. Po raz pierwszy w historii wiadomość o jego zaprzysiężeniu i mowa inauguracyjna zostały przesłane telegrafem z Waszyngtonu do Baltimore. Aparat telegraficzny obsługiwał sam Samuel Finley Morse, który zaledwie 7 lat wcześniej stworzył swój słynny kod.

49-letni Polk był najmłodszym politykiem obejmującym urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wraz z nim do Białego Domu wprowadziła się jego żona, 42-letnia Sarah Childress Polk, córka prominentnego plantatora Joela Childressa z Tennessee. Pierwsza dama pochodziła z prezbiteriańskiej rodziny o surowych zasadach moralnych. Jamesa Polka poznała już w wieku 12 lat podczas jakiejś uroczystości religijnej. Plotka głosiła, że zwrócił na nią uwagę Andrew Jackson, który przekonał Jamesa, że Sarah jest „zamożną, ładną, ambitną i inteligentną” dziewczynę i najlepszą kandydatką na żonę.

James i Sarah bez wątpienia pasowali do siebie charakterami. Obydwoje byli minimalistami i mieli bardzo purytańskie spojrzenie na życie. Pierwsza dama nie organizowała balów ani tańców, ograniczyła życie towarzyskie Białego Domu do minimum i zakazała podawania alkoholu do posiłków. Podobnie jak jej mąż była osobą bardzo pracowitą. Dlatego przez całą kadencję pełniła funkcję jego sekretarki, starannie pracując nad listami i dokumentami przekazywanymi prezydentowi. Polkowie nie mieli dzieci. Złośliwi twierdzili, że stosująca się do kalwińskich zasad pierwsza dama nie dzieliła alkowy z mężem. Są to jednak plotki, ponieważ ludzie, którzy bezpośrednio spotykali się z pierwszą parą Ameryki, twierdzili, że małżonkowie okazywali sobie dużo ciepła i szacunku, a sama pierwsza dama była osobą bardzo miłą i wrażliwą.

Boskie przeznaczenie

James Knox Polk nigdy nie zapomniał o obietnicy, jaką złożył Andrew Jacksonowi. Ameryka miała się powiększyć o Teksas i Oregon. To był cel nadrzędny w stosunku do wszystkich innych zadań tej administracji. Dzisiejszy stan Oregon nie pokrywa się terytorialnie z obszarem, który na początku XIX wieku nosił taką samą nazwę. Oregonem nazywano wszystkie terytoria ograniczone 42. i 54. równoleżnikiem i ciągnące się na wschód od Gór Skalistych. Był to obszar zamieszkany przez cztery indiańskie plemiona: Bannock, Chinook, Klamath i Nez Perce. Najbardziej zainteresowana tym obszarem była Hiszpania, która chciała przyłączyć Oregon do Kalifornii. Apetyt na te ziemie miały także Wielka Brytania i Rosja. Istniały też plany zagospodarowania tych terytoriów przez Kompanię Zatoki Hudsona.

James Polk był jednak wyznawcą zasady, że wszystkie ziemie w Ameryce Północnej, a może nawet na całej półkuli zachodniej, należą się z woli Boga Stanom Zjednoczonym. Jego prezydentura przypadła na okres, kiedy w Ameryce rozwinął się ruch Boskiego Przeznaczenia (Manifest Destiny). Opierał się na sloganie stworzonym w lipcu 1845 r. przez Johna Louisa O’Sullivana, amerykańskiego dziennikarza i polityka, współzałożyciela i redaktora pisma „The United States Magazine and Democratic Review”, który głosił pogląd, że „zadaniem naszym jest spełnić przeznaczenie, Boskie Przeznaczenie, do panowania nad całym Meksykiem, nad Ameryką Południową, nad Indiami Zachodnimi i Kanadą”. Prezydent Polk był zwolennikiem poglądów O’Sullivana, ale musiał zachować zdrowy rozsądek przy negocjacjach z Wielką Brytanią. W czasie kampanii wyborczej głosił hasło: „Albo dostaniemy Oregon do równoleżnika 54°40’N, albo będziemy walczyć” („Fifty-four Forty or Fight”).

Polk znalazł się w niezręcznej sytuacji. Z jednej strony dochodziły go wieści, że Londyn nie zgadza się na warunki amerykańskich ekspansjonistów i jest gotów rozpocząć nową wojnę, a z drugiej trzeba było się wywiązać z obietnicy wyborczej. Sekretarz stanu James Buchanan zaproponował ugodowe rozwiązanie: ustanowienie granicy na 49. równoleżniku przechodzącym przez wyspę Vancouver. Anglicy uznali, że Amerykanie się boją, i odrzucili propozycję. Polk natychmiast wrócił do swojego pierwotnego postulatu i 4 stycznia 1846 r. wygłosił w Kongresie buńczuczne przemówienie, z którego pochodzi często cytowane zdanie: „Jedynym sposobem na Anglika jest patrzeć mu odważnie w oczy”. Wówczs strona brytyjska wystąpiła z propozycją powrotu do koncepcji 49. równoleżnika. Ostatecznie Senat przyjął ją 12 czerwca 1846 r., a prezydent podpisał trzy dni później. Wielu ówczesnych polityków oraz późniejszych historyków zarzucało Jamesowi Polkowi, że ustąpił z żądaniami w momencie, kiedy Londyn uginał się wobec koncepcji ustanowienia granicy na 54°40’ szerokości geograficznej północnej. Jednak prezydent miał swoje powody. Młodej demokracji groziła wyniszczająca wojna z potężnym imperium brytyjskim, a w jego partii coraz głośniej odzywały się żądania ochłodzenia maksymalistycznych postulatów w polityce zagranicznej.

Spełnione obietnice

James Polk nie był jednak wcale osobowością skłonną do kompromisów. Jeżeli nawet wobec Wielkiej Brytanii kierował się ostrożnością, to takowej nie zachował przy rozmowach z Meksykanami. 29 grudnia 1845 r. podpisał aneksję Teksasu, który stał się największym stanem ówczesnej Ameryki. Polk dotrzymał słowa: Teksas i Oregon stały się formalnie terytorium amerykańskim. Ale dla człowieka takiego jak on to było za mało. Ameryka miała się rozciągać od wybrzeża Atlantyku do słonecznych plaż Kalifornii. Od 1822 r. Kalifornia była terytorium hiszpańskim, a później należała do niepodległego Meksyku. Od 1820 r. do Kalifornii zaczęli także przybywać amerykańscy osadnicy, którzy 26 lat później zbuntowali się przeciw władzy Meksyku nad tą prowincją. 14 czerwca 1846 r. wybuchło powstanie pod przywództwem amerykańskiego generała Johna Charlesa Frémonta. Proklamowano Republikę Kalifornii (zwaną także Republiką Niedźwiedziej Flagi) ze stolicą w Sonoma, a jej prezydentem obwołano Williama B. Ide. 7 lipca na wybrzeżu Kalifornii wylądowały amerykańskie wojska inwazyjne, które przywiozły powstańcom zaskakującą wiadomość, że 13 czerwca 1846 r., a więc dzień przed wybuchem rewolty, rozpoczęła się wojna amerykańsko-meksykańska. Ze względu na odległości wiadomość ta nie dotarła do osadników w Kalifornii i ich bunt zupełnie przypadkowo zbiegł się z wybuchem wojny.

Od samego początku wojna przebiegała bardzo korzystnie dla Stanów Zjednoczonych. Po zwycięskiej bitwie pod Monterrey (21–23 września 1846 r.) Amerykanie zyskali wyraźną przewagę strategiczną nad Meksykanami. Kolejna zwycięska bitwa pod Santa Fe otworzyła drogę do zajęcia Nowego Meksyku i Kalifornii. Prezydent Polk, obawiając się rosnącej popularności generała Zachary’ego Taylora, wyznaczył misję zdobycia meksykańskiej stolicy generałowi Winnfieldowi Scottowi. Jego armia zdobyła Veracruz 11 marca 1847 r., a pokonawszy wojska gen. Santa Anny w bitwie pod Cerro 17 kwietnia, skierowała się na meksykańską stolicę. O dziwo, postępy wojenne spotkały się z inną reakcją amerykańskiej opinii publicznej, niż spodziewał się prezydent. Szczególnie w kręgach abolicjonistycznych zaczęły się mnożyć wezwania do powstrzymania rozlewu krwi. Prezbiterianin Polk nie był obojętny na opinię tego środowiska. Pragnął wielkiej Ameryki, ale nie kosztem rozlewu krwi mieszkańców kontynentu. Dlatego 15 kwietnia 1847 r. wysłał do Meksyku posła Nicholasa Trista z propozycją zakupu Kalifornii i Nowego Meksyku za 30 mln dolarów oraz umorzenia wszelkich zobowiązań Meksyku wobec USA. Po chwilowym rozejmie Meksykanie odrzucili propozycję Białego Domu i już 8 września wznowiono działania wojenne. 13 września wojska amerykańskie zajęły twierdzę Chapultepec, a następnego dnia wkroczyły do stolicy Meksyku. Poseł Trist się nie poddawał i na własną rękę podjął dalsze negocjacje. 2 lutego 1848 r. przekonał swoich rozmówców do podpisania traktatu pokojowego, który przewidywał, że Stany Zjednoczone zakupią Nowy Meksyk i Kalifornię za 15 mln dolarów, a granica będzie przebiegać na rzece Rio Grande. Po długiej, pełnej sporów i niepewności debacie 10 marca 1848 r. Senat ratyfikował ten układ stosunkiem głosów 38:14.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL