fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wybory we Francji: Ani Juppe, ani Sarkozy

AFP
Wybór Fillona na kandydata na prezydenta w obliczu niespotykanych zawirowań w polityce jawi się jako wybór normalności – pisze publicysta.

Kiedy o polityce lub historii Francji pisze Aleksander Hall, niewiele można dodać. Tak też jest w przypadku artykułu przedstawiającego nominata prawicy do fotela prezydenckiego republiki, François Fillona. O ile jednak samego wyboru i wartości tego polityka nikt nie kwestionuje, o tyle wyniki prawyborów we Francji jawią mi się w szerszym kontekście polityki europejskiej, a może nawet światowej.

Pierwsza kwestia, która wywołała falę komentarzy, to próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego to właśnie Fillon, a nie faworyzowany Alain Juppe czy nawet Nicolas Sarkozy (w końcu przywódca partii), wygrał ten plebiscyt? Odpowiedź nie wydaje się szalenie trudna.

Sarkozy przegrał, bo wyborcy mieli go dosyć, czemu już dali wyraz niemal pięć lat temu, wybierając mniejsze zło, czyli Hollande'a. Gdyby wówczas prawica wystawiła Fillona, a nie Sarkozy'ego, to ten pierwszy zostałby prezydentem. Sarkozy znudził blefowaniem i zamiłowaniem do świecidełek. Stąd jego przezwisko „bling-bling". Poza tym dla wielu różnica między Sarkozym a Marine Le Pen nie była zbyt znacząca. Po co mieliby głosować na imitację?

Alain Juppe, który w sondażach jawił się jako faworyt nie do pokonania, dla przeciętnego wyborcy okazał się – tak mi się wydaje – zbyt groźny. Albowiem z jednej strony to niezwykle wyważony, par excellence gaullistowski polityk, lojalny członek republikanów, a z drugiej strony chyba nie zapomniano mu czasów, kiedy był premierem, od maja 1995 roku do czerwca 1997 roku. W tym kontekście popularność Juppego mogła zaskakiwać, biorąc pod uwagę zawirowania jego kariery. Próbował wówczas zmniejszyć deficyt budżetowy z 5 do 3 proc. PKB, uszczuplając apanaże socjalne oferowane przez francuskie państwo opiekuńcze.

Zaproponowany przez niego program cięć wydatków państwowych napotkał potężny opór społeczny. Jesienią 1995 r. przez Francję przetoczyła się największa fala protestów od maja 1968 r. Według Ministerstwa Pracy w 1995 r. gospodarka straciła wskutek strajków 6 mln dni pracy. Byłem wtedy w Paryżu, który był kompletnie sparaliżowany. Po ulicach, na których środku stały porzucone samochody, nie jeździło nic. Pozostawał rower i własne nogi. W konsekwencji Juppe podał się do dymisji. Potem był jeszcze proces o niejasne działania w paryskim merostwie i półtoraroczna banicja z polityki. Owszem, Juppe to świetny mer Bordeaux. Przeważyła jednak przeszłość i obawa o kolejne próby cięć socjalnych.

Tyle tylko, że w programie Fillona też nie brak pomysłów na odchudzenie deficytu budżetowego i zachęcania Francuzów do bardziej wytężonej pracy. Dlatego też myślę, że Fillon wygrał po prostu dlatego, że jest młodszy i ma czystą kartotekę, a podczas rządów prezydenta Sarkozy'ego to on jako premier był bardziej ludzką twarzą francuskiej polityki.

Jego wybór na kandydata na prezydenta – i tu przechodzę do szerszego kontekstu – w obliczu niespotykanych od dziesiątków lat zawirowań w polityce europejskiej i światowej jawi się jako wybór normalności. Po efektach elekcji w Polsce, w USA, po kryzysie greckim i imigracyjnym, po Brexicie, po zawirowaniach politycznych we Włoszech i w Austrii, ten wybór to jakby okrzyk Francuzów: my chcemy spokoju i pragniemy być poważnymi partnerami w Unii Europejskiej. Oczywiście prawybory to dopiero początek drogi do Pałacu Elizejskiego. Socjaliści, mimo że skłóceni, kogoś przecież wystawią, albo Manuela Vallsa, albo Emanuella Macrona, który w sondażach wygrywa z byłym już premierem. No i jak zła wróżba wisi nad wyborami Marine Le Pen i jej 20–30-procentowe poparcie, które we Francji o wielce dyskusyjnej, wieloletniej polityce imigracyjnej i po ostatnich zamachach dziwi umiarkowanie. Jeśli do tego dołożyć ponaddziesięcioprocentowe bezrobocie, a wśród młodych ludzi jeszcze większe, to rezultat przyszłorocznych wyborów trudno uznać za przesądzony.

I na koniec pozostaje jeszcze jedna kwestia. Społeczno-gospodarczy program François Fillona jest bardzo ambitny i w istocie zbawienny dla francuskiej gospodarki, a w konsekwencji i dla samych Francuzów. Tylko czy Francuzi zgodzą się tym razem na spore wyrzeczenia i cięższą pracę? Kiedy jeden z byłych premierów Jean-Pierre Raffarin zniósł w ramach reform drugi dzień wolny (poniedziałek) w ramach Zielonych Świąt, to w niezbyt katolickim kraju podniósł się taki raban, że wolny poniedziałek szybko przywrócono!

Trzymam kciuki za powodzenie wyborcze i reformatorskie François Fillona.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA