fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Sowiński: Bóg, Kasa, Ojczyzna

Samolot Junkers Ju-87 bombardujący Warszawę w 1944 roku
Wikimedia Commons/ domena publiczna
Marzy mi się, że moja Ojczyzna, najbardziej dotknięty wojną kraj na świecie w XX wieku, mając przed sobą rachunki wyrządzonych przez Niemców szkód i cierpień, mówi ustami naszych przywódców – cichym, ale dumnym głosem: nic od was, Niemcy, za to nie chcemy – pisze prawnik i publicysta.

Nauczyłem się czytać przed ukończeniem 6. roku życia. Sam. To znaczy liter nauczył mnie mój Ojciec na książce Barucha Spinozy „Etyka w porządku geometrycznym dowiedziona", którą właśnie studiował. Ja, znając już abecadło, składałem wyrazy w niezapomnianym, wspaniałym „Świerszczyku", przy którym bladły wszystkie stojące na półkach bibliotecznych w moim domu dzieła Kanta, Hegla, Schopenhauera i Feuerbacha.

Ojciec – leśnik z wykształcenia – był domorosłym filozofem, a to byli jego ulubieni myśliciele. Może przez to przyrodnicze wykształcenie umiał wiązać w system poglądy dla mnie niepowiązywalne. Ale na półkach, obok dzieł niemieckich filozofów, stały też inne książki, których tytułów już nie pamiętam, bo nie chcę pamiętać. O obozach koncentracyjnych, katowniach, więzieniach i wszystkich tych miejscach, które tylko zwyrodniałe niemieckie umysły mogły wykoncypować, a nikczemne ręce zbudować.

Znam numer baraku

Idąc do szkoły, znałem już przeczytane ze stron tytułowych wyrazy: Auschwitz-Birkenau, Buchenwald, Majdanek, Pawiak, choć jeszcze nie wiedziałem, że pies Ali nazywa się As. Gdybym czytał książki C.S. Lewisa, mógłbym wierzyć, że w dużej ubraniowej szafie rodziców jest wejście do Narnii. Choć i tak szafa ta odgrywała w moim dziecięcym życiu dużą rolę. Chowałem się w niej, słysząc kroki na schodach, które mogły być sygnałem, że nadchodzi gestapo.

Przy tej okazji przestrzegam rodziców przed pozostawieniem dzieciom wyboru ich pierwszych lektur. Winni oni na wszelkie sposoby chronić dziecięce umysły przed tekstami pokazującymi okropności wojen. To wszystko, co najeźdźcy mogą uczynić z podbijanymi narodami. To wszystko, co zbrodniarze mogą robić z ofiarami. Tak jak Rzesza Niemiecka – Polsce i jej obywatelom. Niemcy – Polakom.

Kiedy przymykam oczy, mogę bez trudności przywołać obraz obozu koncentracyjnego, w którym byłem, i wskazać moją pryczę. Środkową, w trzecim rzędzie od wejścia, po prawej, w baraku numer 2. Słyszę zgrzyt otwieranych drzwiczek pieca krematoryjnego i czuję słodkawy zapach tłustego dymu. Mogę przypomnieć rozpacz, jaka mnie ogarnęła, gdy zobaczyłem, że ktoś zabrał pokrzywy, które ukradkiem hodowałem za barakiem, przesłonięte kawałkami połamanych dachówek.

Byłem, jestem i będę ofiarą niemieckiego bestialstwa. Wyimaginowaną, ale realną. Tak jak realne były obozowe eksperymenty pseudonaukowców niemieckich wycinających ścięgna z rąk moich dwóch wujów ? Marcina i Stanisława. Doprowadziło to ich – już po wojnie – do alkoholizmu, bo tylko pijani mogli w miarę spokojnie przesypiać noc. Czy da się to w jakikolwiek sposób wycenić? Podobnie jak problemy domowe ciotki Barbary, żony wuja Stanisława, i jego nieżyjącej już córki Ewy albo ciotki Kazimiery, żony wuja Marcina opiekującej się nim samotnie, bo niemieccy „uczeni" prócz ścięgien wycięli mu też coś z jąder.

„Hak na germańców"

Sam sobie zgotowałem ten los. Ale nie mógłbym tego zrobić bez tego, co Niemcy zrobili mieszkańcom mojej Ojczyzny i mojej Ziemi. To, co mi przyniosły Niemcy, zmieniając moje życie, przenoszę – nawet gdybym tego bardzo nie chciał – na swoje dzieci. Jestem w widoczny sposób smutnym człowiekiem. Moje dzieci już nie tak bardzo – ale jednak.

Tych nieodwracalnych szkód wyrządzonych Polakom, którzy urodzili się już po okrutnej wojnie, ale zostali przez nią wciągnięci w wir przerażenia, sporządzane gdzieś wykazy strat i rachunki odszkodowań, pewnie nie uwzględniają. I pewnie nie mogą uwzględniać. Bo jak? Czy da się to wymierzyć? Czy warto o tym mówić? Jakimi słowami wyrazić obłędną perwersję napisu nad bramą KL: „Arbeit macht frei"? Tylko jeden naród mógł to wymyślić. Ten, w którego języku słowo Brot (chleb) tak dobrze się rymuje ze słowem Tod (śmierć). Uczynki winny być ujawnione, ocenione i rozliczone. Podobnie jak słowa, które potrafią ranić mocniej niż zdradziecki czyn, czego najlepszym przykładem są „polskie obozy koncentracyjne". Wina i kara muszą pozostawać zespolone w równowadze. I w tym nie jestem gotów na żadne politycznie poprawne kompromisy.

Jeśli Niemcy twierdzą, że Polska zrzekła się reperacji wojennych, to niech pokażą stosowny dokument mający znaczenie w międzynarodowym obrocie prawnym. Niech położą na stół oryginał tego, co nazywają „zrzeczeniem". I niech wykażą, że podpisy na nim ? to znaczy podpis, bo ponoć był jeden ? nie są podrobione. O tym, że Sowieci skierowali do Berlina jakąś fałszywkę, dowiedziałem się po raz pierwszy w grudniu 1988 r. podczas moich studiów na Uniwersytecie im. M.W. Łomonosowa w Moskwie. Żeby było ciekawiej, od jednego z będących na tym samym kursie profesorów wyższej uczelni artystycznej w Baku. Zdaje się, że ów historyk – Azer – prowadził badania nad rozliczeniami II wojny światowej. Nie był to przedmiot moich ówczesnych dociekań naukowych, ale rozmowę w sprawie gry Moskwy polskimi odszkodowaniami zapamiętałem. Sowieci mogli nakazać Bierutowi, obsadzonemu wtedy na stanowisku szefa polskiego rządu, podpisanie każdego dokumentu ? był przecież ich agentem, dokładnie agentem NKWD. Woleli jednak fałszywkę, żeby mieć „haka na germańców", gdyby coś zmieniło się w ich priorytetach europejskich.

Papiery są w Moskwie

Nigdy nie badałem dokładnie kwestii należnych Polsce odszkodowań wojennych. Tak jak i ci z polityków, którzy twierdzą, że one nam się nie należą. Dziwię im się, bo całkowicie przekonują mnie argumenty w tej sprawie wyrażane przez zmarłego w 2018 r. mojego przyjaciela prof. Jana Sandorskiego, z którym kilkakrotnie rozmawiałem na ten temat, a także wywody prof. Mariusza Muszyńskiego i dr. Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa, jednego z najlepszych, moim zdaniem, specjalistów w tym obszarze wiedzy o stosunkach międzynarodowych. Tyle że co z tego?

Uczestnicząc przez lata w pracach różnego rodzaju organizacji międzynarodowych, nie wyobrażam sobie, w jaki sposób można by dochodzić przed jakąś instytucją sądową należnych odszkodowań od niemieckiego agresora. Chyba że przyjdą nam w tym z pomocą zachodni alianci.

Moskwa, która zapewne ma w swoich zasobach dokumenty prawdziwe, fałszywe, dobrze i źle podrobione, a na pewno przygotowana jest do podrobienia i przerobienia takich pism i pieczęci, jakie będzie trzeba ? milczy. Jej priorytety osłabiania „priwislańskiego kraju" się nie zmieniły. Czeka, żeby władze nad Wisłą kompromitowały się, odgrywając sztukę „Niemcy, oddajcie nam nasze miliardy" ? czy może biliony. No cóż, może z bilionami od Niemców pójdzie łatwiej niż z wrakiem samolotu od Rosjan?

Szlachetny übermensch

Można oczywiście wywodzić, że skoro jest do wzięcia kasa, to należy ją brać. Zważmy jednak – pomijając już niepewność wyrażenia „skoro" – że jeśli po długich targach czynionych na oczach całego świata państwo polskie dostanie jakąś rekompensatę, będą to tylko pieniądze. Trochę. Dużo. Może bardzo dużo? Ale tylko pieniądze. My je wydamy. Niemcy jakoś swój budżet wyrównają. Martyrologię zastąpimy merkantylizmem.

Mam marzenia. Marzy mi się, że oto moja Ojczyzna, najbardziej dotknięty wojną kraj na świecie w XX wieku, mając przed sobą rachunki wyrządzonych przez Niemców szkód i cierpień, mówi ustami naszych przywódców – cichym, ale zarazem dumnym głosem: nic od was, Niemcy, za to nie chcemy. Bo – tak jak to stwierdził w 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej Frank-Walter Steinmeier, prezydent Republiki Federalnej Niemiec – krzywdy wyrządzone przez Niemców Polakom są niewyobrażalne. Bezgraniczne. Niezmierzone. Bo są ? w wielkiej części ? niemierzalne.

Niech potomkowie zbirów w niemieckich mundurach gwałcących naszą ziemię, z których już niewielu pozostało przy życiu, zmierzą się z tym gestem. Gestem pańskim, szlachetnym, pokazującym, komu przynależeć winno określenie übermensch, zanim zostanie wyrzucone do śmietnika. Niech w uszach niemieckich pobrzmiewa slogan: „Jedźcie do Polski, wasze sumienie już tam jest!".

Jest to marzenie idealisty. Człowieka coraz wyraźniej widzącego kres swojego dotychczasowego bytu. Czytelnika nie tylko ojcowskich książek filozoficznych i lektur martyrologicznych, ale także Pisma Świętego. Pisma, którego Nowy Testament jest znacznie lepszym punktem odniesienia w myśleniu o zbrodni i karze niż Stary Testament.

Będąc marzycielem, można być też pesymistą. Jest to łatwiejsze dla tych, którzy przeżyli wojnę na jawie lub w imaginacji. Nie przypuszczam więc, żeby ci, dla których w Piśmie istnieje tylko Stary Testament, zechcieli odstąpić od zasady oko za oko, ząb za ząb i odpuścić wszystkim – kimkolwiek by oni byli – niespłacone rachunki, odszkodowania, rekompensaty.

Tyle że to ich problem. To znaczy, ich problem moralny. Co do rozwiązywania problemów ekonomicznych wywołanych wojną rozpoczętą przez Niemców sprzymierzonych z Rosją Radziecką, to niewątpliwie wyznawcy Nowego Testamentu winni uczyć się od wyznawców tylko Starego Testamentu.

Tylko honor jest trwały

Moja naiwność pewnie dorównuje ignorancji w sprawach rozwiązywania złożonych kwestii prawa międzynarodowej ekonomii. A może zbyt szybko przejąłem się słowami „Bóg, Honor, Ojczyzna", z których każde jest równoważne z pozostałymi.

W dzisiejszych czasach, gdy zmienia się nasz stosunek do Boga i Ojczyzny, jedynym z tej triady trwałym w pojmowaniu pozostaje Honor. Zdawał się to przeczuwać Józef Beck, gdy w maju 1939 r. mówił: „Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor". Beck był świetnym mówcą. Ministrem spraw zagranicznych – takim sobie. Tak jak Polska, która we wrześniu 1939 r. była państwem takim sobie. Jeśli honor Polaków nie ma być takim sobie, warto go uwzględniać przy rozliczeniach z Niemcami.

Z największym z możliwych zażenowaniem ośmielam się przywołać w naszym katolickim kraju słowa przypisywane Jeszui, zwanemu też po hebrajsku Mejszjah ? Mesjaszem, który spuentował skorych do bitki uczniów: „Kto na ciebie kamieniem ? ty na niego chlebem". Słowa, które tak pięknie pointował Julian Ejsmond: „On to przypłaci piekłem, ty ? w nagrodę niebem".

Tylko czy władza publiczna w państwie świeckim winna się takimi słowami przejmować?

PS Wiem, oczywiście, co oznacza „honorowy głupiec", czy – jak kto woli – „honorowy gołodupiec".

Autor jest kierownikiem Katedry Prawa Administracyjnego w Europejskiej Wyższej Szkole Prawa i Administracji w Warszawie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA