Publicystyka

Przyszłość przez jedno oko

Adobe Stock
Demokracja zamienia się w spór tożsamościowy, wobec którego myślenie o „ciągłości” jest problematyczne – polemizują z Bogusławem Chrabotą eksperci Klubu Jagiellońskiego.

Wymyślanie przyszłości Polski na ponad 30 lat traktujemy raczej jako ćwiczenie intelektualne, niż przedmiot konkretnej strategii polityki państwa. Naszą codzienność determinuje tak wiele zmiennych, że nawet komputery ery „Big Data" nie są w stanie ustanowić jednego „algorytmu", od którego będzie zależała nasza przyszłość. Zwłaszcza w obliczu zmieniającego się ładu międzynarodowego i chwiejącego się paradygmatu rozwoju społeczno-gospodarczego. Dlatego miejsce szczegółowych strategii, które bardzo szybko się dezaktualizują, coraz częściej zajmują bardziej ogólnie sformułowane kierunki rozwoju.

Cieszymy się, że również w ten sposób do tematu podszedł Bogusław Chrabota pisząc o „osiach rozwojowych". To podejście jest nam bardzo bliskie. Nie zgadzamy się jednak z redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej" co do linearnego charakteru postępu oraz utrzymania przez Europę prymatu w świecie. Wątpliwe wydaje nam się również skupienie wyłącznie na kwestiach programowych (merytokratycznych), bez uwzględnienia „czynników zmiany", takich jak choćby polityka czy kultura. To właśnie nazywamy patrzeniem w przyszłość tylko przez jedno oko.

Czy przyszłość to teraźniejszość, tylko że bardziej?

Wybitny ekonomista John Maynard Keynes opublikował w 1930 r. książkę „Economic Possibilities for our Grandchildren", w której prognozował, że dzięki wzrostowi produktywności ludzie za 100 lat będą pracować cztery godziny dziennie. Wystarczy rozejrzeć się wokół, by przekonać się, że Keynes się pomylił. Sama wizja krótszej pracy jest jednak na tyle nośna, że w 2017 r. identyczną prognozę przedstawił Jack Ma, prezes platformy Alibaba. Z tą różnicą, że ludzkość miałaby osiągnąć ten stan w 2050 r. Intuicja podpowiada, że w 2045 r. pojawi się ktoś, kto ogłosi, że ludzie za 20 lat będą pracować cztery godziny dziennie.

Od takiego myślenia nie jest wolny red. Chrabota, który wyraźnie przyjął linearną optykę wzrostu, związaną z określonym paradygmatem rozwoju społeczno-gospodarczego. I pewnie jest to naturalne, że wymyślając przyszłość bazujemy na teraźniejszości. Mechanicznie uznajemy, że wartością w przyszłości będzie to, co dziś uważamy za cenne. Nie brakuje jednak w historii przykładów, że nagłe zdarzenia, kryzysy czy wojny wywracały dotychczasową hierarchię, np. globalny kryzys finansowy z 2008 r., który nie dotknął Polski tak bardzo, jak inne kraje, gdyż w naszym systemie finansowym nie rozwinęły się jeszcze tak złożone narzędzia sztucznego „lewarowania" wzrostu. Otrzymaliśmy wówczas coś na kształt „premii za zapóźnienie". Podobnych wydarzeń w niepewnej przyszłości może być więcej. Stąd trudno dziś przyjmować za pewnik linearną wizję rozwoju.

Kiedy Europa straciła siłę?

Drugim założeniem Bogusława Chraboty jest życzeniowe myślenie, że Europa zjednoczona wokół wspólnej waluty pozostanie globalnym centrum, rywalizującym jak równy z równym z USA i Chinami. Prognoza taka wydaje się nam jednak słabo uzasadniona. Szanse na przekształcenie dzisiejszej UE w federację z de facto wspólną polityką – nie tylko monetarną, ale i fiskalną – wydają się nikłe. Co więcej, na podstawie analizy liczby europejskich firm czy uniwersytetów w czołówkach globalnych rankingów z ostatnich lat widać wyraźnie, że Stary Kontynent już dziś stracił pozycję hegemona. Nie zmieni się to również w przyszłości, gdyż europejskie firmy natrafiają na coraz poważniejsze bariery, wynikające m.in. z restrykcyjnej (jak na globalne warunki) polityki ekologicznej czy polityki ochrony danych osobowych. W rezultacie nawet takie potęgi gospodarcze jak Niemcy zaczną najprawdopodobniej ulegać stopniowej peryferyzacji.

I nie są to poglądy środowisk eurosceptycznych, ale opinia UE na swój temat. Biała Księga o przyszłości Europy wydana przez Komisję Europejską w 2017 r. cała podszyta jest tego typu pesymizmem. Znajdziemy tam na przykład informację, że na początku XX w. mieszkańcy Europy stanowili 25% globalnej populacji, by w 2060 r. osiągnąć poziom poniżej 4%. Jednocześnie w 2030 r. nasz kontynent będzie najstarszym kontynentem na świecie. Dokument mówi również o „zmniejszającej się sile gospodarczej Europy" oraz „gwałtownym wzroście gospodarek wschodzących". Stąd obecni młodzi Niemcy, Francuzi czy Włosi muszą liczyć się z faktem, że będą pierwszym powojennym pokoleniem, którego standard życia będzie mniejszy, niż ich rodziców. Janusz Filipak, prezes Comarchu, podsumował przyszłość Europy bardzo plastycznie: „Będzie wielkim muzeum, gdzie będzie się przyjeżdżać na wycieczki".

Taka perspektywa nas nie cieszy, ale nie możemy na nią zamykać oczu. Dlatego nie zgadzamy się z Bogusławem Chrabotą, że relatywna pozycja kluczowych aktorów globalnej układanki – czyli nie tylko państw, ale i korporacji – nie zmieni się. Nie przyjmujemy również jego rekomendacji, że Polska, chcąc pozostać w grze, musi dołączyć do strefy euro. W naszym myśleniu o przyszłości powinniśmy raczej analizować warianty postępującej marginalizacji UE. Jak taki negatywny scenariusz przekłada się na nasze plany? Jak poprowadzić dalej naszą rodzimą gospodarkę, wobec silnego powiązania z gospodarką niemiecką? Gdzie szukać dalszych środków rozwojowych dla polskich samorządów? Zakwestionowanie tego ukrytego założenia, że przyszłość UE rysuje się w różowych barwach, zaczyna chwiać wszystkimi naszymi „osiami rozwoju".

Wszystko byłoby proste, gdyby nie demokracja

Co do postulatów merytorycznych wskazanych w tekście naczelnego „Rz", to w dużej mierze nie są one kontrowersyjne. Zapaść demograficzna i starzenie się społeczeństwa, nierównowaga na rynku pracy, niedorozwój szeroko pojętej infrastruktury, niska rozpoznawalność polskich firm, niski poziom inwestycji, nieefektywna energetyka; ze swej strony dodalibyśmy pewnie jeszcze wyzwania związane z polityką edukacyjną czy polityką ochrony zdrowia – są to diagnozy pojawiające się w debacie publicznej od dawna. Więcej, walkę z tymi problemami deklarował już niejeden rząd, co konkretyzowało się w formie Planów Hausnera, Boniego czy Morawieckiego.

Może zatem myślenie o przyszłości należy zacząć nie od wskazywania kierunków, ale od nazwania barier, które nie pozwalają osiągnąć zamierzonych celów. Nim zaczniemy dyskutować, który gwóźdź należy przybić, trzeba najpierw zorientować się, czy mamy do tego odpowiedni młotek. Nasz „imposybilizm" w tym względzie związany jest przede wszystkim z dysfunkcjami szeroko rozumianej kultury politycznej.

Po pierwsze, na podstawowym poziomie chodzi o proste mechanizmy związane z wygrywaniem wyborów w systemach demokratycznych. W praktyce oznacza to, że wszystkie słuszne postulaty redaktora Chraboty trzeba filtrować przez realność ich realizacji w warunkach demokratycznych. Każdy polityk czytający o „ulgach podatkowych" i „wszystkich możliwych mechanizmach zatrzymania emigracji Polaków" pomyśli, czy przypadkiem to nie osoby starsze wygrywają wybory. Prawicowy rząd, gdy usłyszy o „mechanizmach absorbcji wolnych zasobów demograficznych ze świata" zobaczy widmo Ruchu Narodowego i nastrojów antyemigracyjnych. Poparcie „ukrytych championów" wiąże się z kolei z kalkulacją, na ile „bogaci sobie poradzą", ale to „biednych jest więcej". „Rozwiązanie problemów społecznych kompleksu śląsko-zagłębiowskiego" to z kolei eufemistyczne powiedzenie, że należy wygaszać kopalnie, więc każdy polityk od razu będzie miał skojarzenie z protestami górniczymi pod Sejmem. Wreszcie mocne postawienie na „wyspecjalizowane, zasobne demograficznie miejskie huby" to pytanie, czy wyborów nie wygrywa się raczej w „Miastku", niż w wielkich miastach.

Nie piszemy tego, by przekreślać wizję naczelnego „Rz". Pokazujemy, że wiele słusznych postulatów w demokracji musi przejść egzamin z poparcia społecznego. Tymczasem sam Bogusław Chrabota pisze, że „dzisiejszy układ rządzący jest formacją z gruntu populistyczną". Co więcej, „taki jest cały nurt współczesnej polityki". Jeśli tak, to jaki ma sens formułowanie propozycji, które nie uwzględniają takiego charakteru współczesnej polityki?

Po drugie, postulowane zmiany wymagają ciągłości, a nasza kultura polityczna, jak mówi o tym sam autor, to „nerwowość", „wieczna szarpanina". My powiemy ostrzej. Demokracja coraz bardziej zamienia się w spór tożsamościowy. Nie chodzi o racje merytoryczne, ale o wyeliminowanie przeciwnika z życia publicznego. Widać to na rodzimym podwórku, ale kontrowersje wokół Trumpa pokazują, że te same mechanizmy w erze „baniek internetowych" da się łatwo wywołać także w jednej z najstarszych demokracji świata. W takiej rzeczywistości myślenie o „ciągłości" jest bardzo problematyczne.

Kolejne rządy raczej będą musiały pokazywać odcięcie się od poprzedników, niż kontynuować wcześniejsze strategie. Stąd pod znakiem zapytania stoją, słuszne skądinąd, ale wymagające konsekwencji i dojrzałości politycznej, skomplikowane projekty, jak chociażby energetyka jądrowa. Przy takiej temperaturze sporu politycznego żadna elektrownia atomowa w Polsce nie powstanie.

Wreszcie, po trzecie, chodzi o fundamentalną sprawczość państwa. Obecny rząd wiele o niej mówi, ale za tym nie idą konkrety. W praktyce nadal nie mamy Centrum Analiz Strategicznych, szumnie zapowiedzianego w expose przez premiera Morawieckiego. Nie udało się wprowadzić żadnego rozwiązania, które wzmocniłoby KPRM, by przełamać „silosowość" państwa. Nie mamy nowej jakości w procesie stanowienia prawa. Wreszcie, mamy pogłębiającą się retorykę „taniego państwa". Ograniczenie pensji polityków o 20 proc. obniża prestiż tego zawodu i przekłada się na osłabienie administracji, którą skazujemy na sięganie po wiedzę ekspercką z firm doradczych. Te każą sobie płacić więcej, nie wspominając o kosztach związanych z wyciekiem wiedzy z administracji.

Podsumowując swój wywód Bogusław Chrabota pisze, że „życzy naszemu państwu i narodowi spokojnej stabilizacji" i w swojej refleksji chce założyć, że „tak właśnie będzie". Niestety, właśnie to skazuje go na patrzenie w przyszłość przez jedno oko. Jest to spojrzenie słuszne, dostrzegające wiele wyzwań, trafnie nazywające wiele „osi rozwoju". Zarazem jest to spojrzenie niepełne, bo nie uwzględniające, że przyszłość będzie wykuwała się w atmosferze rosnącego niepokoju. I nie mamy tu na myśli wyłącznie eskalacji wojny amerykańsko-chińskiej na dalekim Pacyfiku, ale również – a może przede wszystkim – eskalację konfliktu wewnętrznego.

Marcin Kędzierski jest doktorem ekonomii, w latach 2012–2015 był prezesem Klubu Jagiellońskiego

Krzysztof Mazur jest doktorem nauk politycznych, pełni funkcję prezesa Klubu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL