fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Michał Romanowski o Uzbekistanie po śmierci Karimowa

materiały prasowe
Czy po śmierci Islama Karimowa, który przez ćwierć wieku był prezydentem Uzbekistanu, w kraju rozpocznie się brutalna walka o polityczną schedę? – rozważa publicysta.

Problemy zdrowotne przywódcy Uzbekistanu nie były nowością. Od lat się mówiło, że to bomba z opóźnionym zapłonem. Jej wybuch może teraz spowodować nie tylko chaos w państwie, ale także destabilizację całej Azji Środkowej.

Uzbekistan ma szczególną pozycję w regionie. Najliczniejsza populacja, najsilniejsza armia, znaczne złoża gazu i ropy. W przeszłości pod dużymi wpływami rosyjskimi, obecnie wolny gracz na arenie międzynarodowej, lubiący pokazać figę światowym potęgom. Kraj ten, prowadzący krucjatę przeciwko radykalnym islamistom, jest kluczem do bezpieczeństwa w Azji Środkowej. Często nazywało się go żandarmem regionu i przymykało oko na dyktatorskie metody sprawowania władzy przez Karimowa. Terroryści są zwalczani. Ale przy okazji na cenzurowanym jest każdy, kto chciałby uprawiać choćby namiastkę działalności opozycyjnej.

Lawina domysłów i politycznych spekulacji ruszyła zaraz po tym, kiedy młodsza córka prezydenta potwierdziła, że znajduje się on w szpitalu. Problem w tym, że Karimow – co jest rzadkością na obszarze poradzieckim – nie wyznaczył swojego następcy. Przez lata wierzono, że będzie to najstarsza córka Gulnara Karimowa. Kobieta o wielu talentach: była ambasador, projektantka mody i śpiewaczka.

Po serii afer korupcyjnych i śledztw Gulnara Karimowa popadła jednak w niełaskę. Nikt nie wierzył w nieśmiertelność przywódcy, ale status quo wydawał się satysfakcjonować wszystkich. Do czasu. Obecnie nie sposób dłużej odkładać decyzji odnośnie do przejęcia władzy. Polityka nie lubi próżni.

Czerpiąc z doświadczeń sąsiadów i historii regionu łamigłówka polityczna w Uzbekistanie może ułożyć się na kilka sposobów. Pierwszy scenariusz odbywa się za zamkniętymi drzwiami, gdzie następuje płynne przekazanie władzy. Interesy wiodących klanów są zabezpieczone, a społeczeństwo karmione jest propagandową papką na temat kontynuacji rządów. W tym przypadku głową państwa może zostać piastujący od 13 lat stanowisko premiera Szawkat Mirzijojew. Podobna sytuacja miała miejsce dekadę temu w Turkmenistanie, kiedy to jeden z wicepremierów zapewnił ciągłość władzy.

W drugim przypadku elity zaczynają ostrą konkurencję o przywództwo i wojnę na górze, a kraj pogrąża się w chaosie. Taki rozwój wydarzeń można było zaobserwować w regionie dwukrotnie: w 2005 roku oraz ze szczególną siłą pięć lat później. Oba incydenty dotknęły jednego z najmniejszych państw Azji Środkowej – Kirgistanu. Obóz władzy ścierał się tam z opcją prodemokratyczną.

W 2010 roku doszło do krwawych zamieszek zarówno na tle politycznym, jak i etnicznym. Ofiary śmiertelne liczono w setkach. Ten scenariusz – z powodu śladowej opozycji – jest w Uzbekistanie mało realny, ale nie można go wykluczać.

Teoretycznie, istnieje jeszcze wariant pośredni: proces sukcesji przeradza się w renegocjacje układu politycznego, podczas których tworzy się nowa mapa wpływów. W przestrzeni postsowieckiej, jak do tej pory, model nigdy nie zastosowany. Mamy do czynienia bądź z polityczną kontynuacją przy pokornym przyzwoleniu społeczeństwa (Rosja, Białoruś, Kazachstan) bądź też z rewolucją, spowodowaną wybuchem długo skrywanego niezadowolenia (Ukraina, Kirgistan).

Kraje powstałe po rozpadzie ZSRR, będąc na politycznym rozdrożu lub w kryzysie ekonomicznym, popadają w skrajności. Wybierają między dalszymi bezproduktywnymi rządami skorumpowanych klanów lub gwałtownymi protestami, kiedy już nie sposób zamykać oczu na jawną niesprawiedliwość. Uzbekistan znajduje się właśnie w takim miejscu.

Świat przygląda się Azji Środkowej z niepokojem. Niedawny atak terrorystyczny na ambasadę Chin w Kirgistanie w parze z niejasną sytuacją spuścizny po uzbeckim prezydencie dają powody do zmartwień. Terroryzm i chaos polityczny to potencjalnie wybuchowa mieszanka.

W XIX wieku cesarstwo rosyjskie rywalizowało w regionie z imperium brytyjskim w ramach Wielkiej Gry. Dzisiaj współzawodnictwo toczy się w innym gronie. Chiny, Stany Zjednoczone i Rosja prowadzą rozgrywkę w Azji Środkowej, ale tym razem każdy gra w swoją własną grę. Pekin stawia na współpracę ekonomiczną i projekt nowego Jedwabnego Szlaku. Moskwa – z najbardziej holistycznym podejściem do regionu – opiera się na inwestycjach w kluczowe sektory, obecności wojskowej oraz Unii Eurazjatyckiej.

Waszyngton z kolei po zamknięciu baz związanych z operacją w Afganistanie szuka nowego otwarcia z Azją Środkową i niekonsekwentnie promuje demokrację i przestrzeganie praw człowieka.

Wszystkie trzy potęgi, ale także Unia Europejska, zadowalały się dotychczas zachowaniem w regionie statusu quo. Uzbekistan opanował do perfekcji lawirowanie między zainteresowanymi stronami, licząc na profity od każdej z nich. Poza Islamem Karimowem, liderzy w Kazachstanie i Tadżykistanie już dawno osiągnęli wiek emerytalny. Stan inercji w Azji Środkowej zostanie wkrótce przerwany. I o ile pierwsza generacja prezydentów odziedziczyła władzę poprzez partie komunistyczne, o tyle kolejne pokolenie będzie musiało ją najprawdopodobniej wyszarpać.

Autor pracuje w warszawskim biurze German Marshall Fund. Zasiada w zarządzie Centrum Inicjatyw Międzynarodowych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA