fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Trzeba bić na alarm!

Fotorzepa/Piotr Wittmann
Ostry konflikt światopoglądowy i religijny wzmacnia siły skrajne – pisze historyk, działacz opozycji w PRL.

Nigdy w wolnej Polsce nie byliśmy tak blisko wybuchu wielkiego konfliktu światopoglądowego i cywilizacyjnego, jak obecnie. Ma on swe źródła nie tylko w przemianach i napięciach występujących współcześnie wewnątrz cywilizacji zachodniej, ale także – i przede wszystkim – w obecnych polskich realiach. Za najważniejsze wewnątrzpolskie przyczyny eskalacji tego konfliktu uważam:

1. Uznanie przez znaczną część sił lewicowych i liberalnych, że obecnie najważniejszymi kwestiami określającymi tożsamość lewicy i progresywnych liberałów są krytyka Kościoła, modelu stosunków pomiędzy państwem i Kościołem, ukształtowanego w naszym kraju w latach 90. XX wieku, podważanie kompromisu dotyczącego zakresu obrony życia poczętego, a zwłaszcza wspieranie postulatów środowisk LGBT. Politycy lewicy wiedzą, że znaczna część tradycyjnych wyborców lewicy popiera obecnie partię rządzącą ze względu na jej programy socjalne. Rywalizacja z obozem władzy na tej płaszczyźnie byłaby dla nich znacznie trudniejsza niż krytykowanie „sojuszu tronu z ołtarzem" i eksploatowanie narastających nastrojów antyklerykalnych.

2. Sojusz znacznej części Episkopatu z obozem władzy i wsparcie wyborcze udzielane mu przez wielu księży. Ten fakt powoduje, że niemała część społeczeństwa i elit opiniotwórczych traktuje Kościół jako bardzo ważny segment rządzącego obozu. Wielu przeciwników obecnej władzy uważa więc, że krytyka Kościoła służy sprawie wolności, demokracji i praworządności w naszym kraju, a także uderza w obóz władzy. Było to aż nadto widoczne w trakcie ostatniej kampanii wyborczej.

3. Nieporadność, a czasem także zła wola, niektórych hierarchów Kościoła wobec przypadków pedofilii i innych nadużyć seksualnych popełnianych przez osoby duchowne.

Gorąca wojna

W ostatnich miesiącach miało miejsce wiele niepokojących wydarzeń, świadczących o eskalacji światopoglądowego konfliktu w naszym kraju. W latach 90. obawialiśmy się „zimnej wojny religijnej" w Polsce. Teraz sytuacja jest znacznie gorsza. Grozi nam wojna gorąca.

Coraz częściej dochodzi do znieważania księży, a nawet fizycznych ataków w nich wymierzonych. W trakcie marszów równości w Gdańsku i Warszawie doszło do znieważania uczuć religijnych ludzi wierzących, z kolei uczestnicy marszu równości w Białymstoku byli fizycznie atakowani i znieważani. Arcybiskup krakowski Marek Jędraszewski na mszy świętej odprawionej w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego przestrzegał przed „tęczową zarazą", zrównując ją z czerwoną, bolszewicką.

Odrzucam tezę, że za konflikt odpowiada jedna strona. Przywołane przypadki dowodzą, że jest inaczej. Tymczasem w komentarzach polityków i publicystów zdecydowanie dominuje daltonizm. Jedni oburzają się słowami arcybiskupa Jędraszewskiego i atakami na marsz równości w Białymstoku, ale słowem nie zająkną się na temat prowokacji wobec katolików, do których doszło na marszach równości w Gdańsku i w Warszawie. Inni skupiają całą swą uwagę właśnie na tych prowokacjach i nie widzą nic niestosownego w słowach arcybiskupa Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie".

PiS i lewica

Podsycanie konfliktu światopoglądowego szkodzi Polsce i pogłębia podziały wspólnoty narodowej. Są jednak ważni aktorzy sceny publicznej w naszym kraju, dla których takie działanie jest korzystne, w każdym razie na krótką metę. Kto? Najbardziej zyskuje partia rządząca i powiązana z nią część Kościoła, czyli obóz księdza Rydzyka.

Dla Jarosława Kaczyńskiego zarysowanie głównej osi sporu w Polsce jako konfrontacji pomiędzy Polską wierną swym religijnym i cywilizacyjnym korzeniom a środowiskami, które chcą zniszczyć Kościół i przeprowadzić w naszym kraju rewolucję obyczajową, jest wymarzoną sytuacją. Jeśli uda mu się przekonać wyraźną większość Polaków, że tak rzeczywiście wygląda zasadniczy spór w naszym kraju, ma zapewnioną wygraną. W każdym razie w najbliższych wyborach. Bez porównania łatwiej jest występować w szatach obrońcy chrześcijańskiej tożsamości Polski i Kościoła, niż tłumaczyć się z łamania i naciągania konstytucji.

Jednak eskalacja światopoglądowej konfrontacji leży także w interesie lewicy i najbardziej radykalnych środowisk LGBT. Ta strona wie, że obecnie jest w zdecydowanej mniejszości, ale wskazanie jej przez obóz władzy i niektórych hierarchów Kościoła jako głównego przeciwnika wzmacnia jej pozycję. Ułatwia szukanie zwolenników nie tylko w środowiskach niechętnych i wrogich Kościołowi, ale wśród wielu Polaków, którzy wcale niekoniecznie są sympatykami lewicy, lecz bardzo zdecydowanymi przeciwnikami polityki Prawa i Sprawiedliwości.

Zbyt słaby głos

W polskiej debacie publicznej stanowczo zbyt słabo słyszalny jest głos ludzi, którzy potrafią oburzyć się na poniżanie środowisk LGBT w Białymstoku, ale także na prowokacje i ekscesy niektórych tych środowisk na marszach równości w Gdańsku i w Warszawie. Zbyt rzadko słyszymy głos ludzi, którzy nie są politycznymi daltonistami i potrafią głośno skrytykować zaangażowanie części hierarchii kościelnej po stronie partii rządzącej, ale zarazem z równą determinacją przeciwstawiać się agresywnemu i prymitywnemu dyskwalifikowaniu katolicyzmu i chrześcijańskiego dziedzictwa (to na przykład specjalność pisma „Fakty i Mity", w którym publikują prominentni politycy lewicy).

Stanowczo zbyt słabo brzmi głos ludzi zdolnych do powiedzenia głośno, że słowa o „tęczowej zarazie" są niestosowne, okazujących szacunek ludziom eksponującym swą przynależność do mniejszości seksualnych, ale zarazem będących zwolennikami tradycyjnego modelu rodziny.

Trzeba bić na alarm! Ostry konflikt światopoglądowy i religijny wzmacnia siły skrajne. One wzajemnie się napędzają, prowadząc nasz kraj w niebezpiecznym kierunku. Trzeba im się przeciwstawić.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA