fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jacek Dąbała: Nie jesteśmy równi w myśleniu

KUL
By ustrzec się kłamstw, należy być samokrytycznym i nieufnym, a poza tym korzystać z profesjonalnego dziennikarstwa – przekonuje znawca mediów prof. Jacek Dąbała.

Jak nauczyć się czegoś, co zdawałoby się czynnością wrodzoną, oczywistą, czyli jak nauczyć się sprawnie myśleć?

Pytaniem tym sięgamy do sedna rzeczy. Dlaczego mamy problem z myśleniem? Ponieważ z myśleniem jest trochę jak z mediami, wszyscy je oglądamy, wszyscy ich słuchamy, wszyscy je czytamy i konsumujemy. Przez to wyrabia się w nas przekonanie, że wszyscy się na nich znamy. To jest moment centralny, który sprawia, że wyłączamy zdolność samokwestionowania. Drugi moment, który wydaje się niezwykle istotny, to ten, który powinien być od najmłodszych lat mocno podkreślany, a mianowicie, że proces myślenia w swojej naturalności jest tak dalece niezauważalny, iż my ludzie jesteśmy skłonni uznać, że skoro myślimy, to myślimy dobrze. Bardzo rzadko zdarza się, że na pewnym etapie kształcenia przyznajemy, że istnieje coś takiego jak gradacja, poziom zdolności myślenia.

Wspomniał Pan o edukacji. Jaką rolę w kształtowaniu świadomego myślenia odgrywa szkoła, sposób w jaki napisane są podręczniki?

Sądzę, że jesteśmy przed dużymi zmianami w samym rozumieniu edukacji. Wciąż większość z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, że podręczniki, z których korzystamy, przejdą do historii. Natomiast cały problem sprowadza się do tego, że od początku musimy selekcjonować nauczycieli, czyli ludzi – powiedzmy dość wymownie – władnych uczyć. Już tylko to wydaje się pracą karkołomną i rozłożoną na lata, bo nie wszyscy będą chcieli zgodzić się z tym, że nie nadają się do nauczania. Drugi element to selekcjonowanie uczniów znacznie mocniejsze niż do tej pory i w znacznej mierze niezgodne z psychologicznym, budującym podejściem. Mianowicie będziemy musieli sobie odpowiedzieć na pytanie, jak informować młodego człowieka od samego początku, że musi być pokorny ze swoją niewiedzą w stosunku do świata, do wszystkiego co trafia do umysłu. Trzeba używać słów, określeń, że ktoś jest mniej zdolny, mniej lotny, a nawet, że jest – aby każdy zrozumiał – głupi. I nie jest to kwestia obrażania kogokolwiek, lecz elementarnej prawdy o nas. Owszem, jesteśmy sobie równi w swoim jestestwie, ale nie w zdolności myślenia. Zrozumienie tej oczywistości to jest właśnie prawdziwie personalistyczny szacunek do człowieka, a nie obłudne i efektowne utwierdzanie go w przekonaniu, że każdy jest równy. Dlaczego trzeba o tym mówić jasno? Powiem w skrócie: bo wypaczony pogląd o równości myślenia zagraża wszystkim. Wydaje mi się, że jeśli nie przejdziemy tego niewyobrażalnie trudnego etapu, tego krytycznego wglądu w swój, w nasz poziom intelektualny, w inteligencję, we wrażliwość, kulturę osobistą, w pewne cechy wrodzone; jeżeli nie zaczniemy o tym mówić na poziomie podstawowym, to nie uda nam się doprowadzić myślenia do formatu, o jakim rozmawiamy, czyli w kontekście fake newsów. Cały problem polega na tym, że gdy ludzie myślą, że myślą, a nie myślą lub za słabo myślą, to zdemokratyzowanie pozwala im wysławiać wszystko, co przyjdzie im do główek, a najczęściej te główki są marne. I ten zalew marności trafiający do marności odbiorców tworzy fake newsy, ponieważ ten kto proponuje fake news, czyli kłamstwo, proponuje je podobnie słabym umysłom. Te umysły zaczynają to powielać. Mamy do czynienia – powtórzmy oczywistość – z sytuacją, w której niestety większość osób to nie są osoby najzdolniejsze, najbardziej lotne, najbardziej inteligentne, a właśnie ta większość ma dostęp do sieci. Gdy mówimy o myśleniu w kontekście zdemokratyzowania sieci, dostępu do niej umysłów słabych, to musimy zająć się właśnie myśleniem, żeby ci słabi intelektualnie ludzie w sieci, wiedzieli, że są słabi. Do tego trzeba przyzwyczajać od początku, aby ludzie nie ośmielali się formułować opinii, które wykraczają poza ich kompetencje. Cała rzecz bowiem sprowadza się do słowa. Kto jest w stanie zrozumieć słowo, jeżeli - maksymalnie to upraszczając – na przykład nie lubi czytać. Można powiedzieć: „jak śmiesz wypowiadać się na jakikolwiek temat, skoro nie rozumiesz znaczenia słów albo rozumiesz je w sposób prostacki i sprowadzony właściwie 1:1, bo synonimiczność, bliskoznaczność są ci obce". Albo wybierasz sobie słowa, a na inne się gniewasz, bo zostałeś zindoktrynowany, ogłupiony. To brzmi bardzo mocno, ale rozmawiamy o problemie najmocniejszym: o kłamstwie, które wlewa się do głów społeczeństw i niszczy te społeczeństwa, zabija je, a one są nieświadome tego, że są niszczone do chwili, gdy w sensie fizycznym i/lub psychicznym nie zaczną tego odczuwać. To jest ciąg zdarzeń, który zaczyna się od słowa, od jego rozumienia. Naturalnie nie mówię tu o „zawodowych fakenewsowcach", rozmaitych propagandzistach, karierowiczach i cwaniakach, którzy – a zwykle nie są to kwiaty inteligencji – celowo wykorzystują swoją cyniczną kalkulację do oszukiwania ludzi. Czy to dla polityki, czy dla biznesu.

Jakie są najgroźniejsze skutki takiego powierzchownego bajdurzenia w przypadku polityków, a także każdej osoby, która publikuje w internecie swoje nieprzemyślane wypowiedzi?

Przede wszystkim wzajemne niezrozumienie się i niezrozumienie problemów, które nas otaczają. Zacznijmy od podstaw. Mamy słowa, ze słów składają się zdania, te zdania i ich sensy powinniśmy rozumieć możliwie najbardziej wspólnie, jeżeli operujemy tym samym językiem, jesteśmy wychowywani w podobnej kulturze. Ale główny problem polega na nieznajomości tzw. pól semantycznych. Dla przykładu weźmy słowo „mądry". Gdybyśmy chcieli zapytać o synonimy funkcjonujące w granicach tego słowa, to okaże się, że ktoś wymieni ich pięć, dziesięć czy dwadzieścia pięć lub więcej. Dziennikarz, który jest oczytany, inteligentny, posługuje się np. dwudziestoma synonimami. Politycy w większości – choć przykro to stwierdzić, bo oni nami rządzą, a są na drabinie zaufania społecznego najniżej – znają np. pięć synonimów. A wśród odbiorców są tacy, że jeden zna np. dwadzieścia synonimów, a drugi zna dwa. W dodatku wszyscy znają różne lub tylko częściowo te same. Dlatego się nie rozumiemy, dlatego tak trudno nam dojść do wzajemnych, pozytywnych interakcji. Oczywiście należy pamiętać, że istnieje jeszcze jeden problem, z którym najtrudniej sobie poradzić. Polityka jest światem kłamstwa, światem dążenia do władzy za wszelką cenę i polityk zawsze będzie wykorzystywał słowa po to, żeby rządzić. Gdy spotykają się dwie różne frakcje polityczne, to nie rozumieją znaczenia słów albo rozumieją je różnie, a może się zdarzyć, że nawet gdy rozumieją je podobnie, to ze względu na interesy celowo pomijają właściwe znaczenie i sens słów. To jest dokładnie to, co dzieje się w propagandzie. To jest dokładnie to, co kreują boty i rozmaite trolle. Cynicznie wprowadza się treści, które idealnie pasują do określonych grup odbiorców. Politycy, dziennikarze i odbiorcy mogą funkcjonować w fake newsach, nie rozumiejąc się, ponieważ nie znają pól semantycznych na takim poziomie jak należy. Mogą również w sposób bezwstydny po prostu manipulować prawdą dla władzy, pieniędzy czy sławy.

Jak zatem nauczyć się konfrontować opinie w taki sposób, by nie powielać ich, a wyrobić sobie własną?

Jedynym sposobem jest kształcenie, ponadto ogromna otwartość i przede wszystkim sięganie ze świadomością do źródeł sprawdzonych, do dziennikarstwa jakościowego. Akcja walki z fake newsami zainicjowana przez „Rzeczpospolitą" jest tego bezcennym przykładem. Należy wpajać to od najmłodszych lat, mówić dzieciom, że w sieci większość informacji, które napotykają jest przypadkowych, niesprawdzonych. Natomiast, gdy poszukają, to przekonają się, że są redakcje, są portale, na których ludzie ciężko pracują po to, żebyśmy dostawali możliwie najbardziej prawdziwą informację, najbardziej bezstronną. A jeśli jest to informacja niepewna, to autorzy o tym informują, że nie są do końca przekonani, że tak jest, ale z badań, które przeprowadzili wynika, że raczej mówią prawdę. To jest ta potrzebna uczciwość. Inną drogą mogłoby być wykorzystanie technologii. Jeżeli jakiś informatyk stworzyłby program do natychmiastowego zasysania informacji i podawania wyniku czy, np. opinia, komentarz, zdanie, reakcja danego polityka jest prawdziwa, to dziennikarzowi prowadzącemu rozmowę byłoby łatwiej, ponieważ do tego co on myśli i wie dojdzie osiągnięty dzięki sztucznej inteligencji wynik, pojawi się informacja, że ten człowiek np. kłamie albo bezczelnie używa chwytu erystycznego. To byłby zupełnie nowy okres dla dziennikarstwa, dla polityków, dla odbiorców mediów.

W Pana najnowszej książce „Medialne fenomeny i paradoksy" znalazło się dwieście esejów, które prowokują do myślenia, których nie da się nie skomentować. Czy Pana zdaniem właśnie prowokacja może być antidotum na bezmyślność, rozwiązaniem, które zmusi do analizy i chęci uzasadnienia swoich racji zamiast jedynie ich głoszenia?

Myślę, że prowokacja może być rozwiązaniem, to jest dobry pomysł, bo wszystko co służy myśleniu, a nie gnuśności, otwiera nas na obronę przed fake newsem, przed kłamstwem. Prowokacja w dobrym, intelektualnym stylu, z dobrym zapleczem inteligenckim, kulturowym, wyobrażeniowym. Natomiast trzeba od razu powiedzieć, że od dziennikarza, który porywa się na prowokację, wymaga się najwyższych kompetencji. Dziennikarza, który stosuje ten mechanizm, musi odróżniać od przeciętnej osoby, która prowokuje w sposób prostacki, to, że on to musi robić z pełną świadomością. Musi potrafić wyjaśnić, dlaczego ten mechanizm stosuje. To jest moim zdaniem jedna z dróg, które warto przemyśleć, dopracować i być może poświęcić temu więcej uwagi niż do tej pory. Ponieważ, gdy używamy słowa „prowokacja", to nawet w polach semantycznych się to negatywizuje. Natomiast prowokacja może być znakomitym zaczynem dla intelektu, dla myślenia. Może wychodzić od podstaw nawet ku osobom prymitywnym, po to by te osoby wchodziły w dyskurs, w polemikę, ale nie na poziomie prostackim, inwektywowym, tylko na poziomie poszukiwania we własnym umyśle nieodkrytych dróg. Mówiąc żartobliwie, wtedy nawet głupi może się zdziwić sobą. To jest inspirujący kierunek.

Jak będzie przebiegał rozwój fake newsów? Czy w pewnym momencie nastąpi zwrot? Odbiorcy zmęczeni gąszczem bezwartościowych informacji odejdą od notek w mediach społecznościowych na rzecz wiarygodnych źródeł? Czy to jest proces nieodwracalny, który będzie się pogłębiał?

W normalnym życiu, w trybie w jakim się poruszamy – pełnym nadziei, marzeń, zwyczajności – to jest nieodwracalne. Demokracja sama w sobie daje wolność wypowiadania się wszystkim, więc możemy ograniczać tylko skutki. Natomiast to może zostać nie tyle zlikwidowane, co w znacznej mierze ograniczone, gdy zewnętrzne okoliczności wymuszą na człowieku dążenie do poszukiwania prawdy. W sytuacji, gdy znaleźliśmy się w stanie pandemii nagle okazało się, że wiele osób ulega fake newsom, to jest naturalne, ale też wiele osób, tych najbardziej świadomych, szuka sprawdzonych informacji. Epidemia, zagrożenie, są tym, co wymusza na człowieku poszukiwanie prawdy. Oczywiście ten zalew fake newsów nadal przeszkadza, ale gdy zagrożone jest moje życie, gdy widzę, że ktoś z moich bliskich znajomych umarł, umiera lub choruje, gdy ja sam choruję, wtedy zupełnie inaczej podchodzę do źródła informacji. Na świecie byli i nadal pojawiają się ludzie znani, wśród nich oczywiście politycy, którzy zlekceważyli epidemię. I nagle, gdy oni sami zachorowali, wtedy optyka bardzo im się zmieniła. Przykładem może być premier Boris Johnson. Z nonszalanckiego podejścia, które wynikało w dużym stopniu z nasycenia przestrzeni medialnej fake newsami, których pan premier nie mógł wszystkich sprawdzić, ale które ukształtowały jego podejście, nagle gdy sam zachorował, to wtedy zobaczył, że istnieją twarde dane, twarda informacja, twarda medycyna, twarde metody. Wszyscy miłośnicy fake newsa w pewnym momencie dowiadują się, że cudów nie ma. Są: rozsądek, logika i matematyka. Owszem, fake news jest cudem, bo kłamstwo jest cudem. W realnym życiu cuda się zdarzają się rzadko, chociaż mogą się podobać i miło w nie wierzyć.

Wspomniał Pan o demokracji, a co za nią idzie o wolności słowa. Na ile walka z fake newsami jest ograniczaniem dezinformacji, a na ile ograniczaniem wolności słowa? Gdzie leży granica, której przekroczyć nie można?

Myślę, że ludzie świadomi niebezpieczeństwa ograniczenia wolności słowa nigdy nie zgodzą się na polityczne czy ustawowe potraktowanie wolności słowa w ten sposób. To jest wstęp do braku wolności w ogóle. Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że gdy dla tymczasowego bezpieczeństwa zrezygnujemy z podstawowych wolności, nie będziemy mieli ani jednego, ani drugiego. Nie wolno systemowo ruszać wolności słowa. Można wyłącznie ciężko pracować, uświadamiać, że słowa mają swoje konsekwencje, że można za nie odpowiedzieć, że powinniśmy się edukować po to, aby nie wierzyć słowom natychmiast, bez sprawdzenia i ponad miarę. Ufaj, ale sprawdzaj. Słowa muszą krążyć. Język sam w sobie musi być wolny, nie można językowi zakładać kagańca, ponieważ w języku, w słowie, wyraża się człowiek w całej pełni, więc jak można „mnie" mówiącego czy operującego możliwie nieograniczonym zasobem słów powiedzieć „tych nie używaj, a używaj tylko tych"? To jest świat, który w ogromnym uproszczeniu można porównać i zilustrować w sensie politycznym chociażby z Koreą Północną.

Gdy mowa o Korei Północnej w odniesieniu do wolności słowa, nasuwa się kwestia cenzury, a wraz z nią odniesienie do czasów PRL i cenzury jako pewnego mechanizmu. Czy Polacy jako naród, który doświadczył propagandy i cenzury są bardziej odporni na kłamstwo?

To doświadczenie raczej nie pomaga, ponieważ przeciętna, która jest w każdym narodzie, jest raczej na niskim poziomie świadomości medialnej. Ponadto wydaje mi się, że to jest pewien rodzaj ślepoty, który został zaszczepiony na poziomie, w tym przypadku, socjalistyczno-komunistycznej indoktrynacji. Ta ślepota do dzisiaj funkcjonuje w głowach starszego pokolenia z krajów byłego bloku wschodniego i ludzie tęsknią za socjalizmem lub komunizmem. To jest reakcja na zupełny brak przygotowania do tego, żeby zderzać się z zagadnieniem wolności słowa. To doświadczenie nie pomaga, sądzę.

Czy fake newsy, a może lepiej kłamstwa, w polskiej przestrzeni publicznej różnią się czymś od zagranicznych?

Nie wydaje mi się. Specyfika kłamstwa jest podobna, ono po prostu ma określony skutek, oddziałuje. Szczególnie niebezpieczne jest wtedy, gdy oddziałuje masowo i w konsekwencji obserwujemy np. określone preferencje i wybory polityczne w rozmaitych krajach. Kłamstwo wszędzie jest kłamstwem. To jest jedynie kwestia pewnej poetyki, techniki, użytych środków, określonej kultury politycznej oraz doświadczeń historycznych. Ale kłamstwo, jest kłamstwem wszędzie. To jest tylko sprawa środków i metod dostosowanych do danego narodu, natomiast wynik jest podobny w każdym kraju. Jeżeli się temu poddamy i nie zauważymy kłamstwa, to możemy zgłupieć i zgotować sobie straszny los. Nawet w kraju demokratycznym może dojść do ogłupienia społeczeństwa fake newsami, w konsekwencji do ogłupienia ludzi poprzez wybór człowieka bezlitosnego, cynicznego, psychopatycznego. Zarówno Hitler jak i Stalin to byli ludzie w jakiś sposób wybrani. To jest moment najtrudniejszy, zagrożenie władzą np. psychopatów, które musimy zrozumieć.

Jak brzmi „złota rada" na to, by nie dać się fake newsom, by nie wierzyć w kłamstwa i nauczyć się wypowiadać w sposób przemyślany?

Po pierwsze należy być samokrytycznym w stosunku do swojej wiedzy i poziomu intelektualnego. Po drugie należy zastanowić się czy informacja, która do nas dociera jest informacją, która płynie z profesjonalnego, uznanego dziennikarstwa, czy przeciwnie, jest to coś spoza tego świata. Trzeci element to właściwie ustawiczna nieufność i ta nieufność powinna nas zawsze prowadzić do wyłącznie różnych profesjonalnych mediów. Ponieważ nawet profesjonalne media, co jest niezauważalne dla odbiorców, mogą się podpisywać pod określonymi ideologiami politycznymi lub biznesowymi. To jest właśnie to ukryte niebezpieczeństwo. Bezstronne media występują w życiu najrzadziej. Do tego poszukiwania, tej dywersyfikacji informacji, należy się przyzwyczaić, ponieważ gdy odbiorca sięga po informacje zarówno z lewej strony jak i z prawej strony, ale robi to z rozmysłem, nie ukochał sobie tylko jednej strony, to wtedy jest większe prawdopodobieństwo, że się obroni, że nie zostanie nasycony kłamstwami, nie zostanie zindoktrynowany, czyli ogłupiony i doprowadzony do stanu, w którym nie wie nawet, że nie wie, iż jest medialnie głupi.

Prof. Jacek Dąbała jest ekspertem ds. mediów, komunikowania, literatury i filmu, a także pisarzem, scenarzystą, audytorem jakości mediów i byłym dziennikarzem radiowo-telewizyjnym. Kieruje Katedrą Warsztatu Medialnego i Aksjologii na KUL, jest członek Polskiej Akademii Nauk, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Polskiej Akademii Filmowej, Polskiego Towarzystwa Komunikacji Społecznej i Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA