fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Watergate i wolność mediów

YouTube
Aby media mogły spełniać swoją rolę, muszą być niezależne politycznie i finansowo – pisze profesor UJ.

„Media to nieodłączny element wolności" – to stwierdzenie brzmi tak banalnie, że dla wielu z nas szkoda czasu, by się tym zajmować. Tymczasem warto, bo nic nie jest dane raz na zawsze i o wolność, w tym także medialną trzeba zabiegać. Są takie zdarzenia, sytuacje, w których jak w soczewce widać mechanizmy dotyczące związków mediów z wolnością.

17 czerwca mija równo 45 lat od początku zdarzenia, które przeszło do historii pod nazwą „afery Watergate". Ta afera pokazuje, że z wolnością mediów kłopot mają nie tylko kraje, które stosunkowo niedawno powróciły do rodziny państw demokratycznych, ale i te o ugruntowanej, wielowiekowej demokracji.

Pies łańcuchowy demokracji

Koncepcja mediów jako „czwartej władzy" narodziła się w Wielkiej Brytanii. Dziennikarze mieli być „psem łańcuchowym demokracji", który „ujada" na władzę, kiedy ta nie przestrzega reguł demokratycznych reguł. Władzy nie mogło się to podobać. Każdej władzy, tej w Wielkiej Brytanii także.

Kiedy w latach 20. XX w. John Reith rozpoczął tworzenie BBC nie spodziewał się pewnie, że będzie to tak trudna misja. Przypomnijmy, że BBC (British Broadcasting Corporation) od wielu dziesiątków lat uznawana jest – zresztą nie bez racji – za swoisty wzorzec rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. W wielu krajach na świecie zazdrości się dziennikarzom BBC ich niezależności, a zwłaszcza braku nacisków politycznych. Tymczasem również BBC, tak jak wiele innych organizacji medialnych (zwłaszcza tych publicznych), musiała o tę niezależność walczyć od samego początku swej działalności.

Na podstawie wydanego w latach dwudziestych XX w., Wireless Broadcasting Licence, rząd angielski miał prawo wpływania na program BBC. Mógł, ale nie musiał. Gorącym orędownikiem takiego właśnie „wpływania" był ówczesny minister skarbu Winston Churchill. Chciał on, by BBC stała się tubą rządową. Odpowiedzią na coraz silniejsze naciski polityczne był ogłoszony w 1926 roku strajk generalny BBC. Wsparły go wszystkie angielskie gazety z wyjątkiem jednej, należącej do Churchila, „The British Gazette". Strajk przyniósł opamiętanie rządzących. Niestety, tylko na chwilę, bowiem ochota polityków do instrumentalnego posługiwania się mediami pozostała. I to zarówno tych z prawa, jak i z lewa.

Premiera Tony'ego Blaira i Grega Dyke'a łączyła nić sympatii, choć jeden jest politykiem, a drugi człowiekiem mediów. To Blair namówił Dyke'a, by został szefem BBC. Wszystko układało się dobrze do czasu, kiedy dziennikarze BBC dostarczyli Gyke'owi materiały, z których jednoznacznie wynikało, że Blair okłamał Brytyjczyków wmawiając im, że Saddam Husajn dysponuje bronią masowego rażenia, choć doskonale wiedział, że to nieprawda – polecił tę wiadomość natychmiast opublikować na antenie BBC. Dyke zdawał sobie doskonale sprawę, że zapłaci za to stanowiskiem szefa BBC. I tak też się stało.

Bodaj najbardziej spektakularnym przykładem mieszania się władzy, mediów i pieniędzy była afera Watergate. Uważne jej prześledzenie pozwala zrozumieć niebezpieczeństwa płynące z prób kneblowania mediów, ale także ze znaczenia niezależności mediów, także, a może przede wszystkim, w sensie ekonomicznym.

Między upadkiem a Pulitzerem

Jest sobotni poranek, 17 czerwca 1972 r. Redaktor prowadzący, Howard Simons dzwoni do właścicielki gazety The Washington Post, Katharine Graham, by opowiedzieć jej o zdarzeniach minionej nocy, które mogą stać się tematami dla reporterów.

W głównej siedzibie Partii Demokratycznej (budynek Watregate) przyłapano na gorącym uczynku włamywaczy. Włamywaczy specyficznych, bo ubranych w garnitury i chirurgiczne rękawiczki.

Tak zaczęła się bodaj najgłośniejsza afera polityczna, w wyniku której, po 26 miesiącach i kilkuset tekstach autorstwa Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, opublikowanych przez „The Washington Post", prezydent Richard Nixon podał się do dymisji.

Woodward i Bernstein, jak na młodych dziennikarzy (obaj nie mieli wtedy jeszcze 30 lat) wykazali się niebywałą pracowitością, konsekwencją i talentem dziennikarskim. Sprzyjało im też szczęście. Kiedy brakowało im pomysłu co dalej z dziennikarskim śledztwem, pojawił się tajemniczy informator o pseudonimie „Głębokie gardło", który wskazywał dziennikarzom dalsze tropy. Po wielu latach, w 2005 roku, okazało się, że owym tajemniczym informatorem był Mark Felt, ówczesny wicedyrektor FBI. Dlaczego Felt współpracował z Woodwardem i Bernsteinem – trudno po latach jednoznacznie stwierdzić. Może kierował nim bezinteresowny patriotyzm, który nie pozwalał mu bezczynnie patrzeć, jak prezydent jego kraju łamie prawo, a może były to urażone ambicje, wynikające z tego, że po śmierci Hoovera to nie on został szefem FBI, tylko kto inny? Tak czy inaczej, za sprawą „The Washington Post" prawda ujrzała światło dzienne.

Bob Woodward i Carl Bernstein za opisanie afery Watergate zyskali sławę, a ich macierzysta gazeta otrzymała najbardziej prestiżowe odznaczenie w świecie mediów – nagrodę Pulitzera.

Niewielu jednak wie, że nie mniejsza chwała należy się właścicielce pisma, Katherine Graham. To ona pozwoliła na opublikowanie tekstów o tym, że to prezydent Richard Nixon polecił założyć podsłuch w komitecie wyborczym Partii Demokratycznej, a później naciskał na prokuratorów by utrudniali oni śledztwo w tej sprawie. Nie przestraszyła się też gróźb prokuratora generalnego USA, wiceprezydenta oraz jednego z szefów komitetu na rzecz reelekcji Richarda Nixona, Johna Mitchella.

Graham nie ulękła się nawet wtedy, gdy prezydent Nixon zagroził, że kontrolowana przez jego ludzi Federalna Komisja Łączności (FCC – odpowiednik naszej KRRiT) nie odnowi koncesji należącym do niej dwóm stacjom telewizyjnym.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Notowania giełdowe The Washington Post Company spadły z 36 do 16 dolarów za akcję. Zmagania gazety i administracji prezydenta Nixona trwały ponad dwa lata. Wymagały nie tylko talentu, dociekliwości, odwagi, ale i pieniędzy.

W wydanej w 1997 r. „Osobistej historii" Katharine Graham opisała aferę Watergate widzianą zarówno jej oczami, jak i prezydenta Nixona, który chciał zniszczyć nie tylko jej gazetę, ale też i ją osobiście. Na ujawnionych przez komisję specjalną taśmach z Białego Domu słychać groźby wypowiadane przez prezydenta Nixona pod adresem gazety, stacji telewizyjnych należących do koncernu Washington Post Company oraz prawnika koncernu, E.B. Williamsa. Zresztą nie tylko jego. Groźby te Nixon zamierzał wprowadzić w życie zaraz swojej po reelekcji. Prezydent mówi: „Nie chciałbym być na miejscu Edwarda Bennetta Williamsa po to tych wyborach. Załatwimy drania, wierzcie mi".

Charakterystyczna jest też wypowiedź ówczesnego wiceprezydenta, Spiro Agnew, który zarzucając Washington Post Company praktyki monopolistyczne, stwierdził, że „Publiczność powinna wiedzieć, że są cztery silne podmioty: «Washington Post», «Newsweek» oraz dwie stacje telewizyjne, które mówią głosem jednego pana".

Odpowiedzialność za słowo

Same akty prawne nie wystarczą, by dziennikarze należycie odgrywali rolę „watch-doga" demokracji. Potrzebna jest jeszcze niezależność finansowa. Przez 26 miesięcy zmagań wokół afery Watergate Katharine Graham wiele razy pytała: Dlaczego tylko my to opisujemy? Dlaczego – skoro to jest taka bomba – inni milczą? No właśnie, dlaczego inni milczeli? Odpowiedź jest banalnie prosta: ze strachu przed władzą, która ma rozmaite narzędzia, by tak „uprzykrzyć" życie gazetom, stacjom radiowym, telewizyjnym czy portalom internetowym, by odechciało im się zadzierać z rządzącymi. Dotyczy to, niestety, relacji z władzą niemal we wszystkich krajach świata i na wszystkich szczeblach jej sprawowania.

Jan Nowak-Jeziorański stwierdził niegdyś:

„Polsce grożą nie rozbiory, lecz rozbiórka wspólnego gmachu przez tych, którzy traktują państwo jako źródło korzyści dla siebie albo dla swej grupy wspólnych interesów w postaci lukratywnych stanowisk, subwencji, przywilejów podatkowych i kredytowych, świadczeń socjalnych przyznawanych jednej grupie obywateli kosztem innych. Ludzie mediów z poczuciem misji społecznej stanowią jedyny ratunek przed rozbiórką Rzeczpospolitej.

Wszystko to da się ująć w jednym banalnym zdaniu: dewizą zawodu dziennikarskiego powinno być głębokie poczucie odpowiedzialności za słowo – podyktowane przez etykę zawodową i o to wspólne dobro, jakim jest Rzeczpospolita".

By zrealizować postulat Nowaka-Jeziorańskiego wystarczy, by dziennikarze rzetelnie i profesjonalnie wykonywali swoją pracę. a zatrudniające ich instytucje medialne, funkcjonujące na wolnym rynku, były w stanie zapewnić im niezależność polityczną i finansową. Tylko i aż tyle zarazem.

Bogusław Nierenberg – kierownik Katedry Zarządzania, Ekonomiki Mediów i Reklamy w Uniwersytecie Jagiellońskim; profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Opolskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA