fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Bogdan Góralczyk: Jak okiełznać chińskiego smoka

AFP
Weszliśmy w nowy etap rywalizacji Waszyngtonu i Pekinu, przypominający czasy zimnej wojny – pisze politolog.

Po poprzednim wielkim kryzysie z 2008 r. zaszły trzy głębokie zmiany, wszystkie niezbyt przyjemne dla Zachodu. Po pierwsze, umocniła się Azja Wschodnia, a Chiny wyszły na pozycję gospodarki numer dwa na świecie. Po drugie, centrum światowej gospodarki i handlu przesunęło się z Atlantyku na Pacyfik, a po trzecie, obok państw dotychczas rozwiniętych – i dominujących na globie – wyłoniła się nowa kategoria dynamicznych „wschodzących rynków", które wcześniej zaliczano do grona państw Trzeciego Świata.

Co przyniesie pandemia Covid-19, jeszcze nie wiadomo. Gdyby jednak tendencje miały się utrzymać, tzn. udowodniony zostałby fakt, iż kraje Azji Wschodniej poradziły sobie z wirusem lepiej niż Zachód, mogłoby dojść do kolejnego poważnego przesunięcia ośrodka siły na scenie światowej, raz jeszcze na rzecz Chin i otaczającego je regionu.

Zimnowojenna tonacja

Na tę chwilę nic jeszcze nie jest przesądzone, gdyż nawet same Chiny popadły w recesję, notując pierwszy od pół wieku spadek PKB o 6,8 proc. i napotykając sytuację niespotykaną w zainicjowanej pod koniec 1978 r. epoce reform i otwarcia. Inne państwa przechodzą przez pandemię jeszcze ciężej i z większymi ofiarami. Toteż chyba nikt nie ma wątpliwości, że czekają nas potężne turbulencje i kryzys na rynkach światowych. Co ze sobą nowa recesja przyniesie i jak głęboka będzie – oczywiście nikt na tę chwilę nie wie.

Widać już jednak, że Covid-19 wywołał kryzys o charakterze globalnym, ale wcale nie pociągnął za sobą globalnej współpracy i solidarności. Wręcz przeciwnie, jeszcze wzmocnił dotychczasowe kontrowersje i rywalizację, przede wszystkim między USA i Chinami.

Najwyraźniej ta strategiczna rywalizacja będzie przenoszona na inne dziedziny, począwszy od wojny medialnej i propagandowej. Nie można także wykluczyć – już wszczętej – konkurencji technologicznej (Huawei, 5G) czy wojny handlowej. Inaczej ujmując, pachnie raczej wzmożeniem konkurencji i rywalizacji niż zacieśnieniem współpracy.

Wirus sprawił, że wszyscy najważniejsi przywódcy Ameryki, prezydent, wiceprezydent, wielu kongresmenów, sekretarz stanu Mike Pompeo oraz doradca Białego Domu ds. ekonomicznych Peter Navarro, zarzucają Chinom wprost wypuszczenie wirusa na świat. Mówią o „epidemii pochodzącej z Chin", „wirusie z Wuhanu" czy „chińskiej zarazie".

Strona chińska, coraz pewniejsza swej mocy i racji, przechodzi do kontrofensywy. Obok oficjalnej narracji, forsowanej przez samego Xi Jinpinga i najwyższe władze, mówiącej o konieczności budowy „społeczności wspólnej odpowiedzialności" za świat i wyzwania globalne, włączyła podczas epidemii wyrazisty drugi nurt dyplomacji, wzorowany na popularnym filmie z 2015 r. „Wilk wojny", którego główny bohater, przedstawiciel chińskich jednostek specjalnych, daje mocno popalić Amerykanom. W jej ramach chińscy ambasadorowie i wysocy rangą dyplomaci nie stronili od prób nacisków, co wiemy na przykładach Niemiec, Francji, Kanady, Australii czy Wielkiej Brytanii.

W sukurs własnym dyplomatom idą chińskie media. Znany z jastrzębich poglądów „Global Times" bezustannie uderza w USA i Zachód, a w jednym z artykułów redakcyjnych (20 kwietnia) zarzucił systemowi amerykańskiemu „słabość" i podkreślił, że nie za bardzo sobie radzi z napotkanym kryzysem, co przeciwstawił skuteczności własnej administracji w walce z pandemią. Opublikował też tekst profesora z Uniwersytetu Nankai, Li Xiaobinga, który uznał, że Covid-19 „zatrząsł hegemoniczną siłą", co widać m.in. w „zmniejszeniu produkcji, zakłóceniach w łańcuchach dostaw, stagnacji światowego handlu i porażce amerykańskiego systemu finansowego w walce z krachami na giełdzie".

Werbalna rywalizacja zaostrza się, a wojna propagandowa się wzmaga. Weszliśmy w nowy etap rywalizacji amerykańsko-chińskiej, który chwilami zaczyna przypominać powrót do czasów zimnej wojny. Powoli ta nowa atmosfera obejmuje cały świat, w tym nasz region. Oto Wess Mitchell, odpowiedzialny do niedawna w Departamencie Stanu za region Europy Środkowo-Wschodniej, publikuje artykuł, w którym ni mniej ni więcej zarzuca państwom naszego regionu, iż „śpią w jednym łóżku z Chińczykami". No i oczywiście zaleca, by takich praktyk zaprzestać.

Dyplomacja maseczkowa

Dało się już odczuć, że niegdysiejszą „dyplomację pingpongową" sprzed pół wieku Chiny próbowały zastąpić „dyplomacją maseczek". Trwająca do dziś akcja nie do końca jednak się udała, bo Chiny wcale nie były tak szczodre i wspaniałomyślne, sprzęt po prostu sprzedając, a nie darując, a u wielu odbiorców ich oferta wzbudziła poważne kontrowersje co do jakości dostarczanych materiałów.

Piętą achillesową strony chińskiej jest również to, że wirus jednak wybuchł na terenie Chin, a ich przywódcy – co już udowodnione – z jakichś, sobie tylko znanych, powodów, dotychczas niewyjaśnionych, zwlekali z jego upublicznieniem, jak też wejściem do akcji. Natomiast „dyplomacja maseczkowa" wywołała sporo kontrowersji w Finlandii, Hiszpanii, a nawet we Włoszech, skądinąd do tej pory raczej podatnych na chińską ofensywę uśmiechów oraz kuszenie inwestycyjne.

Polska na linii frontu

Dynamika w relacjach UE i jej państw członkowskich z Chinami była już wcześniej duża, a pandemia – jak widać na naszych lotniskach z chińskimi dostawami – wcale jej nie wyhamowała. Te samoloty lądujące na Okęciu z chińskimi maseczkami, kombinezonami czy respiratorami powinny nam plastycznie i naocznie uświadomić, że oto mamy na własnym obszarze i w naszym regionie nowego gracza i kto wie, czy w nieodległej przeszłości nasz klasyczny dylemat o znalezienie się między strefami wpływów Rosji i Niemiec nie zamieni się w zupełnie nowy – między interesami Stanów Zjednoczonych Ameryki a Chin, o ile to już się nie dzieje.

Geostrategiczne położenie Polski, swego rodzaju państwa środka w środku Europy, sprawia, iż jako jedni z pierwszych stajemy na tej linii frontu, czy nam się to podoba czy nie. Dlatego w Warszawie trzeba wiedzieć więcej, co robią Chińczycy z jednej strony na Białorusi, a z drugiej w Niemczech i najważniejszych państwach na zachodzie kontynentu (gdzie najwięcej inwestują). W tej nowej układance, jaka się rysuje, trzeba przyglądać się nie tylko temu, co za oceanem, ale przede wszystkim temu, co za Odrą, no i o czym się mówi na korytarzach w Brukseli.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA