fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Strasburger: Yes, we can!

materiały prasowe
Uczestnictwo grup upośledzonych, w tym emigrantów, w życiu społeczno-politycznym to podstawa uczciwego i udanego współżycia społecznego – twierdzi publicysta.

„Czy nie jest to dla nas hańbiące” - pyta kilka dni temu w sejmie poseł Marcin Święcicki z Platformy Obywatelskiej - „że obradujący pod znakiem krzyża, na którym wisi Chrystus, który był uchodźcą, wbrew apelom Papieża Franciszka i Polskiego Kościoła, świętując 1050 rocznicę chrztu Polski, nasz kraj odcina się od symbolicznej pomocy uchodźcom, jaka przypadła na Polskę?” Mówca najwyraźniej nie przekonuje oponentów. Sejm przyjmuje uchwałę głosami PiS i Kukiz’15. Krytykuje w niej decyzję Rady Europejskiej o alokacji 7 tysięcy uchodźców w Polsce.

W polskiej debacie o uchodźcach padły już wszystkie możliwe argumenty. Było o europejskiej solidarności oraz humanitaryzmie, o chrześcijańskich wartościach tolerancji, apelach duchownych i o fatalnych prognozach rozwoju demograficznego, z którymi Polska musi się zmierzyć. Morze słów wylano na temat bezpodstawnych lęków, bo przecież owe zaledwie kilka tysięcy ludzi, które będą „weryfikowane przez nasze służby”, nie stanowi zagrożenia, choćby w porównaniu z rzeszami osób przybywających nad Wisłę w ruchu bezwizowym Schengen.

I co z tego? Ano nic. Ani argumenty o racji stanu, o rachunku ekonomicznym czy wreszcie wartościach, z którymi deklaratywnie identyfikuje się większość mieszkańców Polski, nie robią na nikim wrażenia. Każdy obstaje przy swoim.

Moja i twoja opowieść

W ów klincz świetnie wpisuje się wywód posła Święcickiego. To swoiste ultima ratio: czy w hierarchii argumentów może być coś więcej, niż stwierdzenie, że oto sam Syn Boży swoim życiem świadczy na korzyść jednej ze stron sporu? Najpóźniej w tym momencie widać, że debata publiczna w sprawie uchodźców (a niestety i w wielu innych sprawach) się w Polsce załamała. Przecież spory mają sens tylko wtedy, gdy analizuje się argumenty strony przeciwnej. Tymczasem spójrzmy prawdzie w oczy: już dawno nikt niczego nie analizuje. Każdy snuje po prostu własną opowieść.

Jako pisarz i publicysta z zawodu, a więc człowiek wrażliwy słowo, wyciągam z tego prosty wniosek: trzeba zmienić coś więcej niż argumenty. Choć nie jestem zwolennikiem rządzącej dziś w Polsce opcji, zgadzam się co do jej rewolucyjnych ambicji – potrzebny jest nowy początek. To już nie tylko zresetowanie komputera, ale zainstalowanie nowego systemu operacyjnego. Posługując się moim zawodowym żargonem: Polska potrzebuje nowych narracji. I Europa też.

Czy w hierarchii argumentów może być coś więcej, niż stwierdzenie, że oto sam Syn Boży swoim życiem świadczy na korzyść jednej ze stron sporu o uchodźców?

Prawo i Sprawiedliwość jedną z takich narracji tworzy. Podobnie zresztą jak niemieckie AfD czy węgierski Fidesz oferuje kompleksową wizję świata (nawet jeśli raczej izolacjonistyczną), w której niemal każde zjawisko społeczno-polityczne można przekonująco wyjaśnić. Mamy nowych bohaterów historycznych, a wraz z nimi nowe wzorce do naśladowania. Tożsamość narodowa powstaje niemal od nowa. Podobnie radykalnie przedefiniowuje się nie tylko rolę Polski w Europie i na świecie, ale wątpi w liczne mechanizmy UE.

Temu wszystkiemu towarzyszą śmiałe programy społeczno-gospodarcze (Rodzina 500 Plus), zręby nowego modelu edukacyjnego oraz kampania wizerunkowa. Mimo wielu niespójności narracja ta ma właśnie rewolucyjny charakter – jej zwolennicy mniej dbają o przekonanie innych, niż o przekucie swojej narracji w rzeczywistość. Tu bez mała każdy środek jest dozwolony.

Sen o Europie

To, że w Polsce nie widać podobnie przebojowej, radykalnej narracji przeciwników PiS, nie znaczy, że brakuje jej w Europie. Jakie są owe konkurencyjne opowieści? Gdzie ich szukać? Moja propozycja jest raczej mało popularna: nowa, wspólnotowa europejska narracja rodzi się dziś w Niemczech i w Hiszpanii. To narracja, która, podobnie jak wizja PiS, potrafi uwieść.

Paradoksalnie, nośnikami owej opowieści są osoby w różnym sensie wykluczone. Co więcej, nie są to wyłącznie, powiedzmy, poszkodowani kryzysem na Półwyspie Iberyjskim, stanowiący istotną grupę wyborców hiszpańskiego Podemos, ale właśnie owi nieszczęśni uchodźcy, trafiający do Europy.

Czym jest Europa w oczach ofiar konfliktów basenu Morza Śródziemnego, Azji i Afryki, którzy narażając życie, próbują do niej dotrzeć? To Europa z której możemy być dumni: oaza wolności i kreatywności, otwartych granic, bogactw naturalnych, po które możemy sięgać (całkiem sporo ich nadal leży jeszcze odłogiem), innowacyjnej myśli, wysokiego standardu życia i poszanowania godności ludzkiej.

Ta Europa jest przeciwieństwem krajów, z których ludzie uciekają: rządzonych przez dyktatorów (cywilnych, wojskowych czy religijnych), targanych permanentnymi kryzysami gospodarczymi. Ci ludzie uciekają od wojny lub od lęku przed nią, od zniszczenia i gwałtu, a przede wszystkim od deprymującego poczucia braku perspektyw. Wierzą, że Europa jest inna, że tu buduje się nowe miasta i wioski, jeśli w dotychczas istniejących robi się za ciasno. Kiedy bowiem w ich krajach robi się ciasno, do ludzi się strzela.

Właśnie, ów bolesny dla mnie paradoks polega na tym, że budując zasieki i wysyłając wojsko na zewnętrzne granice UE, odwracamy się od tej otwartej, pięknej wizji Europy in spe (bo przecież nie wszystko jest u nas takie, jak w kolorowym śnie uchodźców).

Wprowadzając drastyczne mechanizmy kontroli i redukując swobody obywatelskie w imię rzekomego bezpieczeństwa, własnymi rękami niszczymy ów piękny sen. Sen nie tylko uchodźców, ale też przecież jakże licznych Polaków, którzy przez dziesięciolecia komunistycznej opresji marzyli o tym, aby nasz kraj stał się częścią owego wolnego, wspaniałego świata nieograniczonych możliwości.

Konkurencyjne opowieści

Dlaczego to Niemcy i Hiszpania są obecnie motorem owej wspólnotowej, europejskiej utopii?

Zacznijmy od Niemiec. Skupiając się na nowych narracjach, nie warto po raz kolejny wyciągać domniemanego merkantylizmu kanclerz Merkel: czy uchodźcy mieli zapchać dziury na niemieckim rynku pracy i wyrównać spodziewane ubytki w demografii.

Cofnijmy się na chwilę w czasie. To prawda, że w powojennych Niemczech nie przeprowadzono radykalnej denacyfikacji. Jednak wbrew temu, co się często w Polsce sądzi, efekt transformacji systemowej po 1945 roku napawa dumą. Oto ze społeczeństwa zdominowanego przez nazistów, z państwa, w którym alianci nie ruszyli wielu struktur (szczególnie na niższych szczeblach), w tym sądownictwa, aparatu bezpieczeństwa, kadr urzędniczych, nauczycieli, służby zdrowia, a także elit gospodarczych, służących wcześniej Hitlerowi, powstaje wzorowa, europejska demokracja.

Jeśli mimo wszystkich czarnych kart historii niemieckiej, której ślady każdy tam w sobie nosi, obywatele RFN są z czegoś dumni, to właśnie z tej udanej transformacji.

Kanclerz Merkel, prowadząc politykę wobec uchodźców, wie zapewne, że nawet w momentach kryzysowych może liczyć na poczucie odpowiedzialności wielu Niemców. Nie tylko za powierzchowny wizerunek swojego kraju, ale za jego autentyczną otwartość. Kto jak kto, ale to właśnie obywatele RFN najmniej mogą sobie w Europie pozwolić na nacjonalizm, izolacjonizm i odwracanie się od ludzi w potrzebie.

Zgoda, polityka nie jest domeną etyki. Rzeczywiście, za decyzjami Berlina w sprawie uchodźców przemawia wiele elementów racji stanu. Ale mówiąc o nowej, wspólnotowej narracji europejskiej, której częścią są demokratyczne Niemcy, warto pamiętać, że kanclerz Merkel właśnie do tej narracji się odwołuje. I choć nic w polityce nie jest dane na zawsze, póki co to jest ona podstawą rządów pani kanclerz.

Błędy mszczą się po latach

Drugim kluczowym aspektem aktualnej, twórczej roli Niemiec w tworzeniu europejskiej narracji jest fakt, że Niemcy są właśnie krajem wielokulturowym. Jednocześnie mają szczątkową przeszłość kolonialną. Niezależnie od tego, czy komuś się to podoba czy nie, promowanie twardych, etniczno-narodowych tożsamości obarczone jest w takiej sytuacji gigantycznym ryzykiem.

Wielopokoleniowe rodziny tak zwanych Niemców nadwołżańskich, czyli dawnych obywateli ZSRR, trafiają do RFN na początku lat dziewięćdziesiątych. Często pochodzą z najdalszych, prowincjonalnych zakątków imperium sowieckiego. Dziś wiele wskazuje na to, że stanowią łakomy kąsek dla propagandy Putina.

Z czego wynika podatność takich ludzi na manipulacje, o ironio historii!, pod sztandarami nacjonalizmu? To proste. Jakim nacjonalistą może bowiem być dziecko sowieckich rodziców, którego rodzina o niemieckim lub żydowskim pochodzeniu, trafia dwadzieścia kilka lat temu do Bundesrepubliki?

Sztuczny "nacjonalizm" drugiego pokolenia tych emigrantów to pokłosie błędów kraju przyjmującego. Polegają one na tym, że co prawda zaoferowano im opiekę i niewielkie pieniądze, ale odmówiono poczucia, że są częścią społeczeństwa, w którym przyszło im żyć. Im bardziej czują wykluczenie, tym bardziej stają się podatni na manipulacje tych, którzy promują anty-wspólnotową i rzekomo etniczną tożsamość. Dziś każdy niemiecki polityk zdaje sobie z tego sprawę. Co więcej, gdzieś w tle rodzi się pytanie: co by było, gdyby po podobne środki sięgnął prezydent Turcji Recyp Erdo?an i zaadresował swój nacjonalistyczny dyskurs do Niemców tureckiego pochodzenia?…

Istnieją zatem dwa przeciwstawne scenariusze: pierwszy jest taki (i aż boję się to głośno powiedzieć), że wielokulturowy model RFN nie przetrwa. Będzie to oznaczać rozpad państwa w jego aktualnym kształcie. I niech nikt nie żywi złudzeń – jeśli tak się stanie, Polska wejdzie w orbitę katastrofy.

Drugi scenariusz to (i mam nadzieję na jego realizację), że owa wspólnotowa, pluralistyczna narracja europejska przetrwa kryzys. Wyjdzie z niego wzmocniona: Niemcy pójdą krok dalej, czyli nie tylko wytrwają w swoich działaniach, ale formułując nową europejską utopię, śmiało wystąpią jako jej orędownicy i zbudują dla niej trwałe europejskie sojusze.

Słońce południa

Wizjotwórczą energię, której trochę brakuje w pragmatycznych Niemczech, czuć w Madrycie. Przypomnę, hiszpańskie Podemos powstaje jako oddolny ruch niezadowolonych obywateli zaledwie dwa lata temu. Ugrupowanie przebojem wchodzi do tamtejszej polityki.

Czyni to pod hasłami otwartości, autentycznego wyrównania szans i walki z wykluczeniem. Jest jedyną tego typu siłą w dużych państwach europejskich. Podemos nie tylko tworzy nową europejską narrację, ale formułuje konkretny program, jak miałaby wyglądać jej realizacja.

Rozmach ugrupowania ma swoją genezę. Minione dziesięciolecia to dla siedemnastu wspólnot autonomicznych, tworzących zdecentralizowane Królestwo Hiszpanii, czas spektakularnego przedefiniowania się nacjonalistycznego i ultrakatolickiego państwa. Mało kto dziś pamięta, że faszystowski dyktator Francisco Franco umiera dopiero w 1975 roku.

To co po polsku nazywa się „arabskim podbojem Hiszpanii”, dziś uchodzi za „czasy muzułmańskie Półwyspu Iberyjskiego”. Zamiana językowa opisuje autentyczną przemianę wizji historii i idący za nią model edukacji.

Każdy, kto jako turysta odwiedza Andaluzję, może o tym zaświadczyć: rewitalizując średniowieczne zabytki postawiono nie na puste jak wydmuszki rekonstrukcje historyczne, ale na interaktywne muzea i fenomenalne projekty edukacyjno-rekreacyjne. Promują one bohaterów historycznych chrześcijan, muzułmanów i żydów oraz ateistów i to zarówno z najwyższych sfer jak i z grup upośledzonych.

Pozytywne doświadczenia wielokulturowego średniowiecza iberyjskiego w oczywisty sposób służą jako odniesienia do dzisiejszej rzeczywistości. Wiarygodnie i nie nachalnie uczą tolerancji, otwartości na innego i wrażliwości na wykluczenie. I nie jest to bujająca w obłokach próba inżynierii społecznej, ale rzeczywistość kraju, którego mieszkańcy z iście rewolucyjnym rozmachem opowiedzieli swoją historię na nowo.

Dyplomacja kulturalna

Hiszpańską nową narrację widać także w zmianie wizerunkowej kraju. Oto w przeciągu zaledwie jednego pokolenia od śmierci Franco dokonuje się fascynujący zwrot. Kluczową rolę odgrywają tu Instytuty Cervantesa, czyli odpowiedniki Instytutów Polskich oraz Instytutu Adama Mickiewicza. Filarem sukcesu hiszpańskich placówek jest ogromna różnorodność promowanych przez nie za granicą wytworów kultury, zresztą nie tylko „rdzennej” Hiszpanii.

Na przykład, działalność Instytutów współ-przewartościowuje stosunek do flamenco. Jeszcze całkiem niedawno flamenco wiąże się niemal wyłącznie z „bohemą artystyczną” i „najgorszym elementem społecznym”. Jego promocja za granicą śmiało mogłaby uchodzić za „szkalowanie dobrego imienia Hiszpanii”, zarówno patrząc na teksty piosenek (niektóre wykonywane w dialektach arabskich, a nie po hiszpańsku!) jak i „wyraz artystyczny” samego tańca.

Tymczasem dziś flamenco to bijącą wszelkie rekordy popularności wizytówka Hiszpanii. Jest swoistym magnesem, który przyciąga ludzi na całym świecie, kreując zainteresowanie krajem, z którego pochodzi.

Symbolem hiszpańskiej polityki kulturalnej są również wspólne projekty z krajami iberoamerykańskimi. Także tu historia opowiada się na nowo: brutalna, kolonialna przeszłość metropolii zostaje przynajmniej o tyle przepracowana, że w dziedzinie sztuki i edukacji możliwe są autentycznie partnerskie działania z niedawnymi ofiarami imperialnej polityki Madrytu.

Korzyści okazały się bezcenne dla wszystkich. Nota bene, działania Instytutów Cervantesa często różnią się właśnie owym partnerskim charakterem od podobnych projektów frankofońskich czy tak zwanej Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Program na dziś

Jaka jest aktualna sytuacja polityczna w Hiszpanii? Próby spłaszczania de facto nowej umowy społecznej, postulowanej przez Podemos, poprzez przypinanie ugrupowaniu łatki partii lewicowej jest nieporozumieniem. „Lewica i prawica to tylko metafory. Są nazwami, które nie są wieczne”, twierdzi Ínigo Errejón, numer dwa w partii. To właśnie echo owej wizjotwórczej energii rodem z Hiszpanii.

Nie miejsce tu, aby omawiać program Podemos. Rzeczywiście, nie wpisuje się on w podziały na lewicę i prawicę. Ważne jest to, że partia śmiało tworzy nowy język polityki, a co za tym idzie, promuje nowe modele regionalnych i europejskich tożsamości mieszkańców Hiszpanii.

Jaki jest stosunek Podemos do uchodźców? Ugrupowanie domaga się radykalnej zmiany europejskiego prawa azylowego. Ma ono stanowić skuteczne narzędzie polityki imigracyjnej i zadać kres kryminalnym praktykom przemytników ludzi.

Podemos żąda rozmontowania zasieków w afrykańskich enklawach Hiszpanii Ceucie i Melilli. Domaga się również praw wyborczych dla prawie 5 milionów zarejestrowanych w kraju emigrantów. To ponad dziesięć procent ludności!

Przy okazji otrzymujemy zatem spektakularną odpowiedź na problemy niemieckie: partycypacja w życiu społeczno-politycznym grup upośledzonych, w tym emigrantów, to podstawa uczciwego i udanego współżycia społecznego. Jest ona konieczna możliwie od samego początku, czyli od kiedy imigranci trafią do kraju przyjmującego.

Zgoda, można uznać, że spektakularny program Podemos ma populistyczny charakter. Jednak każda kompleksowa narracja społeczno-polityczna to do pewnego stopnia utopia. Tymczasem kolejne sukcesy wyborcze głoszącego podobne hasła ugrupowania w kraju o ponad 20% stopie bezrobocia świadczą, że otwarta, wspólnotowa narracja regionalna i zarazem globalno-europejska może być nośną, konkurencyjną wizją wobec izolacjonistycznych, etniczno-narodowościowych pomysłów rodem z Warszawy.

Jest nie tylko atrakcyjna ale i cieszy się uznaniem wyborców. Reszta Europy jak również Polska pilnie potrzebują takiej wizji. Jeśli nie z powodów jej nośnych treści i sympatycznego oblicza, to przynajmniej dla równowagi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA