fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Garztecki: Chaos dyplomatyczny

PAP, Leszek Szymański
Nie potrafiąc przewidywać scenariuszy rozwoju sytuacji międzynarodowej, polska dyplomacja skazuje się wyłącznie na działania o charakterze reaktywnym – podkreśla publicysta.

W obliczu (...) zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego najwyższej rangi nabrała sprawność struktur instytucjonalnych państwa (...). W pierwszej kolejności wymaga to posiadania wysokiej jakości zaplecza analitycznego rządów. Istotne jest również jasne określenie celów i możliwości w ramach otoczenia zewnętrznego, bez narażenia na szwank instytucjonalnych podstaw ładu globalnego.

Cytowana powyżej konkluzja raportu ekspertów Instytutu Studiów Politycznych PAN, mimo upływu blisko dziesięciu lat od jego ogłoszenia, nie straciła nic z aktualności. Zaleceń twórców tego raportu nie wzięła sobie jednak do serca żadna z rządzących w międzyczasie ekip, żadna z głównych polskich partii politycznych. Odpowiedniego zaplecza eksperckiego nie ma ani PiS, ani PO, o nowopowstałych partiach nie wspominając. Obnażyła to w pełni debata sejmowa po przedstawieniu przez ministra Witolda Waszczykowskiego „Informacji o zadaniach polskiej polityki zagranicznej w 2016 r." W trakcie debaty posłowie opozycyjni ograniczali się do bronienia prowadzonej przez ministrów PO polityki zagranicznej, ślepi i głusi na to, jak dramatycznie zmieniła się geostrategiczna sytuacja Polski w ciągu ostatnich 24 miesięcy.

Bez celu

Gdy upadł system sowiecki i zorientowana nań polityka zagraniczna PRL, głównym celem dyplomacji wolnej, demokratycznej Polski stał się „powrót do Europy", w domyśle, zachodniej. Środkiem, który miał to zapewnić było wejście do zachodnioeuropejskich organizacji ponadnarodowych: UE i NATO. Analizując programowe dokumenty MSZ z ostatnich ośmiu lat, należałoby uznać, że głównym celem polskiej polityki zagranicznej było bycie „prymusem w UE". Niestety, nawet wskazywanie, że tego typu pozycjonowanie się, na przykład w Afryce, gdzie UE postrzegana jest najczęściej jako klub byłych kolonizatorów, przynosi Polsce wyłącznie szkody wizerunkowe, nie wywoływało refleksji co do sensowności takich działań.

Celem polityki zagranicznej państwa powinno być zabezpieczenie jego niepodległości i pomyślności. Alianse czy uczestnictwo w organizacjach ponadnarodowych są istotne tak długo, jak temu służą. Czynne wsparcie krajów sojuszniczych w prowadzonych przez nie militarnych działaniach ekspedycyjnych ma z pewnością sens, gdy wypływa z dogłębnej analizy tych działań i stwierdzenia ich przydatności dla polskiego interesu narodowego. Angażowanie się w nie li tylko w imię „dotrzymania towarzystwa", często przynosi więcej szkód niż pożytku.

Nieumiejętność czy niechęć do wyznaczenia długoterminowych celów strategicznych polskiej polityki zagranicznej ma jednak aktualne, doraźne konsekwencje. Nie potrafiąc przewidywać możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji międzynarodowej, skazuje się ona wyłącznie na działania o charakterze reaktywnym.

Spektakularne porażki polskiej polityki zagranicznej ostatnich lat są tego widomym dowodem. Fatalne stosunki z Litwą, niekonsekwentna polityka wobec Białorusi, mizerne rezultaty „Partnerstwa Wschodniego", angażowanie się we francuskie awantury w Afryce (Czad, Mali, RŚA) bez uzyskania jakiejkolwiek wzajemności, choćby w postaci francuskiego zaangażowania w Europie Wschodniej, uczynienie kraju, który upadł zanim jeszcze powstał, Sudanu Południowego jednym z priorytetów polskiej pomocy rozwojowej, pompowanie pieniędzy w programy „uczenia demokracji" krajów Północnej Afryki – to tylko kilka wybranych przykładów błędów i porażek.

U ich podstawy zawsze leży to samo, brak kompetentnej analizy sensowności i ewentualnych skutków podejmowanych działań, przed ich podjęciem. Przede wszystkim zaś jest to właśnie brak 'jasnego określenia celów i możliwości' polskiej polityki zagranicznej.

Bez analizy

Najbardziej dramatyczną zapaść mamy w obszarze, na którym zaangażowane są najżywotniejsze interesy naszego kraju – w polityce wschodniej. Brak polskiego głosu w tzw. formułach „normandzkiej" i „mińskiej", w których Unia Europejska osadziła konflikt rosyjsko-ukraiński, jest wręcz niewiarygodny. Nie do pomyślenia jest, na przykład, sytuacja aby UE wyłączyła, przy omawianiu zagrożeń płynących z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, kraje najbardziej na te zagrożenia wystawione: Hiszpanię, Francję czy Włochy.

Niekwestionowaną winę za ten stan rzeczy ponosi polityka zagraniczna poprzedniego rządu, ale istotnym czynnikiem jest też intelektualna słabość polskich ośrodków analitycznych. Brak w raportach zachodnich ekspertów odniesień do polskich opracowań z obszaru polityki wschodniej UE, świadczy o nikłej pozycji międzynarodowej krajowych analityków. A przecież owe raporty w istotny sposób wpływają na kształt polityki unijnej.

W ostatnich paru miesiącach MSZ nareszcie zabrał się za tworzenie koncepcji stosunków Polski z Afryką, Azją i Ameryką Łacińską. Dotychczas bowiem obowiązywała, podpisana w 2004 roku, przez ówczesnego ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza, „Strategia RP w odniesieniu do pozaeuropejskich krajów rozwijających się", gdzie na jednym poziomie „krajów priorytetowych" znajdują się: Królestwo Tajlandii, Państwo Kuwejt, Republika Ghany i... Chińska Republika Ludowa! W rezultacie polska dyplomacja dostrzegła strategiczną rolę tego ostatniego kraju, tak w sferze ekonomicznej, jak i politycznej jako jeden z ostatnich krajów w Europie.

Największym sukcesem, jakim MSZ mógł się poszczycić w tym obszarze w ostatnich latach było nawiązanie stosunków dyplomatycznych z paroma wyspiarskimi państwami rejonu Pacyfiku, których łączna ludność i potencjał ekonomiczny równe są temu, jakie reprezentuje średniej wielkości polskie miasto. Jednocześnie lekceważono kontakty dyplomatyczne z krajami afrykańskimi, które w międzynarodowych gremiach dysponują największym, solidarnym blokiem głosów.

W rezultacie nie potrafimy zapewnić wyboru polskich kandydatów na istotne stanowiska w organizacjach multilateralnych w stopniu odzwierciedlającym rolę Polski na arenie międzynarodowej. Szczególnie upokarzające jest regularne przegrywanie zabiegów o zapewnienie wyboru Polski na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa NZ. W tym roku odbędą się wybory nowego Sekretarza Generalnego ONZ, na miejsce kończącego swą kadencję Ban Ki-Mona. Wedle nieformalnej reguły rotacji geograficznej tego stanowiska, powinno ono teraz przypaść kandydatowi reprezentującemu Europę Środkowo-Wschodnią. Swych kandydatów zgłosiły już Słowenia, Macedonia, Chorwacja i Bułgaria. Aktualnie kandydatka bułgarska, Irina Bokova uważana jest za faworytkę. Polska dyplomacja znowu sprawę przespała. Następna nasza szansa na to stanowisko pojawi się dopiero pod koniec tego stulecia, w okolicach roku 2080!

Bez koncepcji

Każde państwo na świecie, za wyjątkiem supermocarstw, musi formułować swą politykę zagraniczną w trzech, koncentrycznych kręgach. Krąg pierwszy to kraje bezpośrednio sąsiadujące. Krąg drugi, to mocarstwa regionalne; w naszym przypadku Niemcy, Francja i Wielka Brytania. Wreszcie trzeci krąg to supermocarstwa: Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny. Specyfika położenia geograficznego Polski powoduje, że te same kraje znajdują się jednocześnie w dwóch różnych kręgach naszego interesu.

I tak Rosja jest bezpośrednim sąsiadem Polski i supermocarstwem, a Niemcy mocarstwem regionalnym i sąsiadem jednocześnie. Dlatego też kraj nasz powinien prowadzić bardzo przemyślaną politykę „zmiennej geometrii". Mamy tu znakomity, warty pogłębionych studiów, model w postaci polityki zagranicznej Chińskiej Republiki Ludowej.

Od Chińczyków powinniśmy się też uczyć kompleksowego spojrzenia na politykę zagraniczną, w której wszystkie elementy podporządkowane są naczelnej zasadzie interesów państwa. Kraj ten utrzymuje przyjazne stosunki z każdym państwem, niezależnie od panującego w nim reżymu, z którym stosunki handlowe mają istotne znaczenie dla chińskiej gospodarki. Tylko do tych krajów kierowana jest chińska pomoc, lokowane są chińskie inwestycje zagraniczne, w tych krajach rekrutuje się osoby na darmowe studia w Chinach. Porównanie tego z dotychczasową polityką MSZ obnaża jej ubóstwo koncepcyjne i dowodzi, jak wielki panował w niej chaos. Tu się wszystko rozjeżdżało: udzielaliśmy pomocy rozwojowej krajom, w których nie mamy jakichkolwiek interesów gospodarczych, koncentrowaliśmy promocję Polski na krajach UE, gdzie i tak nas dobrze znają, przeznaczając minimalne środki na promowanie się w obiecujących dla naszego eksportu krajach jak Brazylia, oferowaliśmy szkolenia „z demokracji" krajom takim jak Tunezja, które geograficznie i kulturowo są i zawsze pozostaną w obrębie wpływów francuskich.

Bez promocji

Należy więc zacząć od identyfikacji krajów, z którymi Polska ma w chwili obecnej wspólne interesy. Podkreślmy, że owa wspólnota interesów może często dotyczyć jednej dziedziny, podczas gdy w innych, interesy możemy mieć wręcz sprzeczne. Dobrym tego przykładem jest Francja, gdzie ze względu na wielkość produkcji rolnej i jej znaczenie dla gospodarki państwa, mamy z nią wspólny interes w odpowiednich legislacjach unijnych.

W kwestiach militarno-strategicznych mamy oczywisty wspólny interes z krajami bałtyckimi, Rumunią i Norwegią, a więc krajami NATO, podobnie jak Polska, sąsiadującymi bądź bezpośrednio narażonymi na groźbę rosyjskiej agresji. Próby budowania w tej akurat dziedzinie wspólnego stanowiska np. z Węgrami, są stratą czasu, bowiem polityka tego kraju zdąża do maksymalnego osłabienia, a nawet rozczłonkowania Ukrainy, co jest sprzeczne z polskim interesem narodowym.

Jednym z ważniejszych zadań nowoczesnej dyplomacji jest wsparcie rodzimego eksportu i pomoc w zapewnieniu swemu krajowi korzystnych dostaw surowców strategicznych, co zresztą znalazło też właściwe odbicie w wystąpieniu min. Waszczykowskiego. Nakładane obecnie dyplomatom wielu krajów, zwłaszcza tych wysoko rozwiniętych ekonomicznie, obowiązki, czynią z nich niemal komiwojażerów, zabiegających o bliskie stosunki z kluczowymi biznesmenami krajów swej akredytacji, czasem częściej niż o kontakty z tamtejszymi politykami. Aby być dobrym sprzedawcą trzeba jednak umieć sprzedawać, a urzędnicy państwowi, jakimi są z reguły zawodowi dyplomaci, praktyczną wiedzę w tym zakresie mają niewielką. Dlatego dyplomacje Stanów Zjednoczonych, Norwegii czy Wielkiej Brytanii celowo zatrudniają na stanowiskach ambasadorów osoby z doświadczeniem pracy w sektorze prywatnym.

W polskim MSZ ze świecą szukać takiej osoby. W oczach ministerialnych biurokratów każdy, kto nie wspinał się mozolnie po szczeblach urzędniczej kariery to „ciało obce", które przy najbliższej okazji zostanie wydalone. Większość polskich dyplomatów do nowych wymagań, jakie niesie ze sobą rola „sprzedawcy" jest nieprzygotowana, nie tylko od strony fachowej, ale przede wszystkim mentalnej.

Znaczna część organizowanych dotychczas misji handlowych, niezależnie od tego, czy ich organizatorem był MSZ, dawne Ministerstwo Gospodarki, KIG czy PAIIZ była źle przygotowana, kraje do których się one udawały wybrane były przypadkowo a ich rezultaty okazywały się na ogół mierne.

W wystąpieniu min. Waszczykowskiego zapowiadana jest kontynuacja i rozwój programu GoAfrica. Problem w tym, że nie ma czego kontynuować, bo dotąd program ten istniał tylko na papierze. Teraz trzeba go po prostu stworzyć od nowa. Zagraniczne delegacje handlowe są często organizowane bardziej z myślą o prywatnych korzyściach urzędników niż o potrzebach polskiego handlu zagranicznego. I tak, w jednym z ministerstw, które często organizuje tego typu wyjazdy, departament współpracy międzynarodowej zwany jest biurem turystycznym pod wezwaniem panienki, która pełni funkcje dyrektora tego departamentu.

Pozamerytoryczne motywy akcji promocyjnych można też wskazać w działalności Instytutu Adama Mickiewicza. Próżno by szukać w nich jakiegokolwiek wsparcia dla polskich interesów politycznych czy gospodarczych co stanowi siłę zintegrowanych poczynań chińskich. Jak się wydaje, głównym kryterium wyboru artystów promowanych przez IAM są osobiste przyjaźnie jego dyrektora.

Dlatego najrozsądniejszym rozwiązaniem wydaje się skupienie w jednym, centralnym urzędzie odpowiedzialności za koordynację wszystkich aspektów promocji Polski na arenie międzynarodowej, tak w sferze gospodarki, turystyki, kultury jak i promocji 'wizerunkowej' oraz umiejscowienie go w strukturze Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, by uwolnić tę sferę z gorsetu "Polski resortowej".

Autor jest wykładowcą Collegium Civitas. Był ambasadorem RP w Angoli i Kongu, a przedtem m.in. ekspertem ds. Afryki Światowego Forum Ekonomicznego i analitykiem w Międzynarodowym Instytucie Studiów Strategicznych w Londynie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA