fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Łukasz Gadzała: Macron mówiąc o śmierci NATO jest rzecznikiem interesów Polski?

Nie powinniśmy się obrażać na słowa prezydenta Francji o śmierci NATO, ale przemyśleć je i wyciągnąć wnioski - twierdzi publicysta.

Emmanuel Macron obrazoburczo stwierdził, że NATO znajduje się w głębokim kryzysie i na poziomie strategicznym praktycznie przestało istnieć, ponieważ brakuje koordynacji między USA i Europą. Zdaniem francuskiego prezydenta Europa powinna coraz poważniej myśleć o strategicznej autonomii, z czym wiąże się konieczność naprawy relacji z Rosją. Co do tej ostatniej kwestii, Macron nie ma wątpliwości, że byłby to długotrwały proces „rozłożony nawet na 10 lat” i że nie ma na niego zgody w Europie, m.in. Polski. Jednak dalsza niechęć do podjęcia dialogu z Moskwą byłaby „wielkim błędem”.

Przeciw jego wizji natychmiast wystąpiła kanclerz Angela Merkel, a niedługo później w obronie NATO stanęła nowa szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Reakcje wśród polskich komentatorów były jednobrzmiące: słowa Macrona to „manifest francuskiego egoizmu i nacjonalizmu” – pisał Witold Jurasz w Onecie, a Jędrzej Bielecki dopowiadał w „Rzeczpospolitej”, że Francja, podobnie jak Rosja, tęskni za imperium i „marzy o partnerstwie z Rosją”. Według Macieja Czarneckiego („Gazeta Wyborcza”) Macron podkopuje nie tylko NATO, ale także jedność Europy, a Witold Waszczykowski podsumował w „Rzeczpospolitej”, że występuje jako samozwańczy lider Europy z ofertą skompromitowanej polityki appeasementu wobec Rosji.

Besztanie lekarza

Zadziwiająco zgodna jest ta reakcja, od lewa do prawa właściwie identyczna. A przecież Macron powiedział w istocie rzecz zupełnie oczywistą: Stany Zjednoczone odwracają się od Europy – i nie zaczęło się to od Trumpa, ani po jego odejściu ten proces się nie zatrzyma. Co w takim razie jest kontrowersyjnego w stwierdzeniu, że „trzeba dogłębnie przemyśleć nasze bezpieczeństwo i elementy naszej suwerenności”? Takich w gruncie rzeczy oczywistych konstatacji jest w tym wywiadzie więcej, łącznie z uwagą, że to Orbán odgrywa kluczową rolę intelektualną i polityczną w Grupie Wyszehradzkiej. Wyrzekanie na Macrona w Polsce, ta fala krytyki, jaka się podniosła wśród komentatorów różnej orientacji, przypomina nieco besztanie lekarza za to, że powiedział, iż pacjent jest w ciężkim stanie.

Zastanówmy się lepiej, czy rzeczywiście poglądy Macrona są tak obrazoburcze i czy na pewno są niezgodne z polskim interesem narodowym?

Macron ma powody, by narzekać na dysfunkcjonalność sojuszu, i nie jest pierwszym zachodnim przywódcą, który to czyni. USA wykorzystują NATO jedynie wtedy, gdy jest im potrzebne, często nie konsultując swych decyzji z europejskimi partnerami. Turcja, która jest członkiem sojuszu, również prowadzi politykę wbrew interesom amerykańskich i europejskich partnerów. W dodatku większość państw Europy Zachodniej, mimo formalnych zobowiązań, nie wydaje 2 proc. PKB na obronność. Na tym wszystkim cierpi spoistość i wiarygodność Sojuszu.

Warto też się zastanowić, czy Polska, w której wypowiedzi Macrona wywołały takie oburzenie, sama jest sojusznikiem bez zarzutu. Czy nie pomijamy zazwyczaj struktur NATO i o swoje wojskowe interesy nie zabiegamy bezpośrednio w Białym Domu? A kiedy staramy się o kolejne amerykańskie bazy i dodatkowych żołnierzy z USA na swoim terytorium, to czy nie manifestujemy wówczas jedynie własnych lęków i ambicji, bynajmniej niepodzielanych przez państwa Europy Zachodniej? Na flance wschodniej Polska od dawna popycha NATO w kierunku rozwiązań militarnych, a to siłą rzeczy spotyka się z oporem największych europejskich sojuszników, którzy najchętniej rozwiązaliby konflikt na Ukrainie na drodze dyplomatycznej i z większym spokojem oceniają zagrożenie ze Wschodu.

Ponadto w ostatnich latach Polskę zdają się interesować jedynie gwarancje zawarte w artykule 5., który mówi o kolektywnej obronie w przypadku ataku na jednego członka sojuszu. Nie przywiązujemy jednak najmniejszej wagi do pierwszych artykułów Traktatu Północnoatlantyckiego, mówiących o konieczności przestrzegania reguł demokracji i praworządności i o rozstrzyganiu konfliktów lub sporów na drodze dyplomatycznej. Na Zachodzie jesteśmy więc postrzegani jako państwo, które powoli odchodzi od liberalnej demokracji, a w kontaktach z innymi jest roszczeniowe i konfliktowe.

O ile więc Polska w dużej mierze korzysta na istnieniu NATO, a przystąpienie do sojuszu było dla nas historycznym krokiem, to uczciwie trzeba przyznać, że zasadne są pytania o naszą obecną postawę jako jego wzorowego członka. Powinniśmy dokonać pod tym kątem rachunku sumienia i przemyśleć kontrowersyjne tezy Macrona, a nie tylko płonąć świętym oburzeniem.

Ile waży UE

Macron wyraża wątpliwości wobec NATO, ale od dawna forsuje też konstruktywną wizję Europy, która ma stanowić odpowiedź na świat, w którym Ameryka jest coraz mniej zainteresowana ochroną europejskich sojuszników.

Francuski prezydent dostrzega bowiem, że ład światowy, który w specyficznych, cieplarnianych warunkach istniał od 1989 r., podlega fundamentalnej transformacji. W nowym świecie nie będzie już jednego dominującego mocarstwa – będziemy mieli najprawdopodobniej do czynienia z kilkoma potęgami światowymi. Macron chciałby to wykorzystać i uczynić z maksymalnie zintegrowanej Europy jednego z najważniejszych graczy w nowym globalnym porządku. Stąd pomysły ściślejszej integracji państw strefy euro, europejskiej armii i wspólnego przemysłu zbrojeniowego oraz strategicznego dialogu na partnerskich zasadach z Rosją, Chinami i USA. Europa Macrona to Europa, której miejsce w wyłaniającym się ładzie jest wprost proporcjonalne do połączonego potencjału gospodarczego poszczególnych państw członkowskich.

Dla Polski jako państwa średniego, które z natury rzeczy w największym stopniu korzysta na istnieniu instytucji międzynarodowych, taka propozycja jest korzystna. Wbrew niektórym krytykom takiego podejścia, w mocniej zintegrowanej Unii Europejskiej głos państw takich jak Polska byłby relatywnie silniejszy niż w luźniejszej strukturze, jaką mamy dziś. Instytucje najbardziej ograniczają możliwości mocarstw, a mniejszym graczom dają większe pole manewru.

Ściślejsze wpasowanie się w system europejski daje też Polsce – przez wieki cierpiącej z racji swojego położenia – większe prawdopodobieństwo rozwoju w warunkach pokoju. Tymczasem dziś ze strony polskiej dyplomacji mamy do czynienia z ostentacyjnym brakiem zainteresowania integracją. A to jest jedną z przyczyn tego, że Europa nie może ruszyć z miejsca i coraz bardziej będzie tracić dystans do innych potęg. Tym samym nie będziemy spokojni o nasze bezpieczeństwo i wciąż będziemy rozglądać się za jego gwarancjami daleko poza Europą. Prawda jest jednak taka, że im mniej integrujemy się w ramach UE, tym usilniej musimy zabiegać o gwarancje wynikające z natowskiego artykułu 5. Czy nie czas wyciągnąć z tego wnioski?

Co z tą Rosją

Z kwestią naszego bezpieczeństwa wiąże się postulat Macrona dotyczący dialogu z Rosją. Polskie władze – niezależnie od tego, kto w danym momencie rządzi – są przekonane, że pozytywna rola naszego kraju w ramach NATO polega przede wszystkim na tym, że stoimy w pierwszej linii konfrontacji z Rosją. Stąd też kiedy francuski prezydent mówi o potrzebie dialogu z Moskwą, w Warszawie odbiera się to jako zdradę ideałów sojuszu i próbę dogadania się z Rosją z pominięciem mniejszych państw Europy Środkowej.

Tymczasem mało kto w Polsce zdaje się dostrzegać, że w interesie Polski jest wznowienie dialogu z Moskwą. Polska nie może sobie pozwolić na nieutrzymywanie relacji z którymkolwiek z państw naszego regionu, a zwłaszcza z największym z nich. Taka sytuacja prowadzi bowiem raczej do kumulacji nieporozumień i konfliktów, i jest wynikiem niewłaściwego rozpoznania naszej roli jako państwa średniego funkcjonującego w ładzie europejskim. Jest rzeczą oczywistą, że bez otwartych kanałów komunikacji z Moskwą trudno o nawiązanie rozmów w jakiejkolwiek spornej sprawie. A tych akurat na linii Warszawa-Moskwa nie brakuje. Czy nie jest tak, że w pierwszej kolejności powinniśmy rozmawiać z państwem, z którym mamy do omówienia najwięcej niewyjaśnionych i trudnych kwestii?

Co więcej, niemal wszystkie liczące się państwa europejskie regularnie z Rosją rozmawiają i załatwiają swoje interesy. Nie dlatego, że akceptują aneksję Krymu, wspieranie przez Rosję separatystów w Donbasie, próbę zabójstwa Skripala, działalność rosyjskich trolli i przynajmniej kilka innych brzydkich działań Kremla. Niemcy, Francja, Włochy, Austria, Finlandia, nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej, czy nawet Estonia – wszystkie te państwa utrzymują z Rosją normalne, regularne kontakty, raz bardziej ożywione, raz mniej. Ale je podtrzymują. Jeżeli tylko my z Moskwą nie rozmawiamy, to może czas najwyższy się zastanowić, czy na pewno problemem jest wyłącznie nastawienie Kremla.

Czas przestawić zwrotnicę

Jeżeli więc całej sytuacji przyjrzymy się bez uprzedzeń, w najbardziej ogólnym planie możemy dostrzec zaskakującą zbieżność interesów Francji i Polski. Ściślejsza integracja europejska i podjęcie dialogu z Rosją to przecież najlepsze rozwiązania, aby zmniejszyć nasze historycznie uwarunkowane poczucie zagrożenia. Jest to też najlepszy sposób, aby przygotować się na funkcjonowanie w świecie coraz mniej wiarygodnych gwarancji natowskich.

Możemy się oczywiście na Macrona obrazić i głośno go krytykować. Czy nie lepiej jednak przy tej okazji poważnie zastanowić się nad pryncypiami polskiej polityki zagranicznej? Skoro dotychczasowa polityka doprowadziła nas do sytuacji, w której w Europie w zasadzie nie mamy sojuszników i nieustannie boimy się zagrożenia ze wschodu, to czy nie czas przestawić zwrotnicę i przyznać nieco racji Macronowi – (nieświadomemu) wyrazicielowi polskich interesów?

Autor jest redaktorem portalu EURACTIV.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA