Publicystyka

Chrabota: Chiński smok znów zwycięży

AFP
Podczas zakończonego w środę XIX zjazdu Komunistycznej Partii Chin ogłoszono ambitny plan rozwoju kraju na najbliższe trzy dekady. Jego potęgę budują komercjalizacja, zdyscyplinowanie i konsekwencja – pisze redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”.

Połowa września 2017 r. Wielki Dom Ludowy przy placu Tian’anmen, na którym kiedyś duszono studencką rewolucję. Spotkanie wicepremiera chińskiego rządu odpowiedzialnego za politykę gospodarczą giganta ze światową prasą.

Można odnieść wrażenie, że ma się do czynienia z lokalnym odpowiednikiem Mateusza Morawieckiego. Mimo tradycyjnego anturażu (stoliki z kubkami do zaparzania herbaty, snujące się jak mgiełka hostessy z termosami) Yan Xiaofeng rzuca z rękawa liczbami, z pasją opowiada o chińskich przemianach, Nowym Jedwabnym Szlaku, miliardowych inwestycjach.

Bogaćcie się

Zamiast sztywnego języka urzędowego marksizmu posługuje się precyzyjnymi liczbami i kategoriami z nowoczesnych podręczników ekonomii. „Chiny są przeciwko protekcjonizmowi w handlu i gospodarczemu izolacjonizmowi. Stawiamy na startupy i innowacje. To właśnie dla nich budujemy parki technologiczne. Będziemy przyciągali zagraniczne firmy, którym zagwarantujemy równe zasady konkurencji. Zamkniemy nierentowne i przestarzałe firmy. Odchodzimy od energetyki tradycyjnej na rzecz odnawialnej. Właśnie zamknęliśmy bloki węglowe o mocy 50 mln. kW i jesteśmy zmuszeni kupować energię od Rosjan.

Zanieczyszczenia? Podjęliśmy polityczną decyzję o walce z gazami cieplarnianymi. Smog nad Pekinem? Kierownictwo dostrzega ten problem i mogę obiecać, że zobaczycie jeszcze błękitne niebo nad Pekinem…”. Propaganda? Gołosłowne deklaracje? Czy poważne plany zaopatrzone w pieczęć z najważniejszym z nazwisk?

Państwo Środka epoki Xi Jinpinga. Kraj, w którym nie rzuca się słów na wiatr. Jeśli przewodniczący Xi obiecuje światu walkę z efektem cieplarnianym i błękitne niebo nad Pekinem, to nie żartuje. Rząd jest zobowiązany do zamykanie najbrudniejszych elektrowni i stawia na wiatraki. W istocie z okien samolotu zniżającego się do lądowania w stolicy widzi się gigantyczne farmy wiatrowe.

Nie setki, a tysiące poruszających skrzydłami wiatraków. Widok, od którego nie tylko Don Kichot mógłby zwariować. Przewodniczący Xi stawia na otwarcie swojego kraju na świat. Jest w tym nieodrodnym dzieckiem swojego poprzednika Deng Xiaopimng, który skończył z ideologicznym szaleństwem i rzucił hasło: bogaćcie się! Bogactwo nie jest złe. Był to początek końca siermiężnego marksizmu. Dziś ojczyzna Xi Jinpinga jest jedną z dwóch największych gospodarek świata, z takimi rezerwami, że na samo ich wyobrażenie może rozboleć głowa.

Silniki rozwoju

Przez lata ekstensywnej, opartej na modelu taniej siły roboczej produkcji przyciągnięto nad Jangcy tysiące firm, uruchomiono setki milionów nowych miejsc pracy, zainicjowano procesy urbanizacyjne. Komasacja produkcji i niskie koszty pracy wyzwoliły proces budowy rezerw walutowych kraju. Dziś Chiny są w tej dziedzinie pierwszą potęgą świata. W lipcu tego roku wolumen rezerw wynosił ponad 3 biliony dolarów. W szczycie (2014) było tych rezerw o bilion więcej.

Na dodatek gigantyczne zasoby rezerw złota stawiają Chiny na piątym miejscu w świecie. Mając takie rezerwy Chińczyków po prostu stać na długoterminowe inwestycje. Dla prezydenta Xi oczkiem w głowie jest projekt „Belt and road”, czyli Nowy Jedwabny Szlak.

Jak zilustrować Chiny epoki prezydenta Xi liczbami? Nie jest to specjalnie trudne, choć nie wszyscy mają zaufanie do oficjalnych statystyk lokalnego GUS. Ale mniejsza o szczegóły.

W latach 2013–2016 Państwo Środka rozwijało się średnim tempie 7,2 proc. PKB rocznie. W tym roku szacuje się, że będzie to wzrost na poziomie 6,5 proc. Przy średniej, wynoszącej 2 proc. inflacji i stopie bezrobocia w okolicach 5 proc. to wciąż dużo, choć w poprzedniej dekadzie wzrost wynosił 9 proc. rocznie i więcej. Jednak i to, co odnotowano w drugiej dekadzie XXI wieku, rozstrzygało o 14,8-proc. wkładzie Chin w światowy produkt brutto (o 3,4 pkt proc. więcej niż w 2012 r.). Najważniejsza jest jednak dynamika wzrostu. W latach 2013–2016 Chiny odpowiadały aż za 30 proc. wzrostu światowego produktu brutto (więcej niż USA, Japonia i Eurozona razem). Gospodarkę zbudowaną na produkcji napędzały głównie usługi (dziś odpowiadają za ponad 50 proc. PKB). W miejsce eksportu za 55 proc. wzrostu PKB odpowiada już konsumpcja.

Nie bez znaczenia jest nasilenie się migracji ze wsi do miast; dziś wskaźnik urbanizacji kraju wynosi ponad 57 proc. To ten ostatni jest równocześnie przyczyną i dowodem najgłębszych zmian. Transfer rąk do pracy z obszarów wiejskich do miast napędził nowoczesną gospodarkę, uruchomił usługi i kompletnie zmienił model konsumpcyjny. Wymusił reorganizację sfery socjalnej i czterokrotny wzrost płac.

Choć wynagrodzenia wciąż w porównaniu z Zachodem są niskie, w ciągu czterech lat znacznie ograniczyły strefę ubóstwa. Jeszcze w 2012 r. poniżej poziomu ubóstwa żyło ponad 90 mln Chińczyków. W końcu roku 2016 było ich tylko 40 mln, a w świetle zapewnień rządu grupa ta zniknie w ogóle już w roku 2020.

Widmo kryzysu

I znów można postawić pytanie o realizm tych planów. Bo przecież Chiny borykają się z milionem problemów. W najszerszym tego słowa znaczeniu jest to gospodarka napędzana długami. Ich portfel jest dość szeroki. To zarówno spowodowane oszalałą konsumpcją indywidualne zadłużenie gospodarstw domowych (na poziomie 45 proc. PKB), jak i per saldo całej gospodarki.

Zadłużone są wciąż nieefektywne i centralnie zarządzane przedsiębiorstwa państwowe (w sektorze niefinansowym – 255 proc. PKB), jak i wydające hojną ręką publiczne pieniądze samorządy. W niedobrej sytuacji są również banki, które mają problem z niespłacalnymi wierzytelnościami. Możliwe, że to 20–25 wszystkich udzielonych kredytów. Dodajmy do tego bańkę budowlaną, forsowne inwestycje w infrastrukturze i plan modernizacji kraju, który musi pogłębić zadłużenie.

Czy gospodarka wytrzyma te obciążenia? Czy w jakimś punkcie nie pęknie, eksplodując nagle załamaniem systemu bankowego czy hiperinflacją? Nie można tego wykluczyć. Co więcej, eksperci są przekonani, że głęboki kryzys musi prędzej czy później przyjść, powodując kilkuletnią turbulencję, dotkliwą także dla reszty świata, ale zasadnicze pytanie brzmi, nie czy i kiedy do niego dojdzie, tylko jak i kosztem czego Państwo Środka sobie z nim poradzi? Czy kryzys rozsadzi państwo od środka, czy może odwrotnie, wymusi reformy, które dadzą chińskiej gospodarce nową formułę i dynamikę. Za tym ostatnim rozwiązaniem przemawiają fundamentalne atuty Chin, demografia i społeczna dyscyplina. Reszta to postkryzysowe instrumentarium, jak choćby możliwa konwersja długu na obejmowane przez banki akcje przedsiębiorstw czy forsowna prywatyzacja.

Na razie jednak pogłoski o zbliżającym się kryzysie są odrobinę przedwczesne. Kraj zerwał z ograniczającym zasób demograficzny modelem jednego dziecka.

Kwitnie edukacja uniwersytecka; co roku chińskie uczelnie opuszcza 8 mln absolwentów, którzy zasilają głównie lokalny rynek pracy. Wykwalifikowana siła robocza napędza innowacyjność kraju. Liczba ogłaszanych patentówurosła ostatnio rok do roku o 70 proc. Wielkie firmy technologiczne przestają być jedynie odtwórcze. Wartość internetowej grupy Alibaba (od kwietnia 2016 roku największy światowy sprzedawca) zwiększyła się w ciągu roku o 100 procent.

W podobnym tempie rośnie grupa Baidu, właściciel największej w Chinach przeglądarki internetowej. Na pozycję liderów w swoich branżach wysuwają się powoli takie giganty, jak Lenovo czy Huawei. Rewolucja technologiczna dokonuje się także w obrębie chińskiej populacji konsumenckiej. Telewizja powoli ustępuje popularnością internetowi. Pierwsza połowa 2017 roku po raz pierwszy w historii przyniosła zmniejszenie się liczby korzystających z telewizji kablowej (dziś 250 mln) na rzecz wzrostu użytkowników internetowych serwisów wideo (565 mln).

Za tą rewolucją idzie kolejna; do internetu przesuwa się wart 17 mld dolarów rynek reklamowy. Trudno mieć wątpliwości co do tego, że skutkiem będzie jeszcze szybszy rozwój chińskiego rynku online.

Nowy Jedwabny Szlak

Nic dziwnego, że obserwatorzy tych zjawisk nazywają Chiny gigantycznym czajnikiem, z którego bucha tak wielka chmura pary, że może uruchomić maszynerię dużej części świata.

Czy w projekcie „Belt and road” właśnie o to chodzi? Tak i nie. Bo z jednej strony wizjonerscy liderzy Chin korzystają z koniunktury i środków, jakie generuje rozpędzona gospodarka, ale z drugiej patrzą daleko do przodu. Nowy Jedwabny Szlak będący oczkiem w głowie prezydenta Xi Jinpinga jest tylko częścią znacznie szerszej strategii ekspansji nowoczesnych Chin. Ledwie kilka dni temu, podczas XIX zjazd Komunistycznej Partii Chin ogłoszono ambitny plan rozwoju kraju na najbliższe trzy dekady. Obecny wiek ma stać się „nową erą”, kiedy Chiny znajdą się bliżej „centrum światowej sceny i będą miały większy wkład w życie ludzkości”.

Według Xi Jinpinga Chiny mają stać się „potężną siłą”, która będzie przewodzić światu politycznie, ekonomicznie oraz militarnie. Czy chodzi o hegemonię? Oficjalnie nie, jednak plany wobec regionu południowo-wschodniej Azji są oczywiste. Natomiast szacowany na ponad bilion dolarów projekt „Belt and road” ma zbudować transze transferu chińskiej gospodarki na inne rynki w dłuższej perspektywie niż jedno czy dwa pokolenia. Nowy Jedwabny Szlak to gigantyczna operacja finansowa, kontraktowa i logistyczna. Już dziś w jego ramach podpisano umowy o współpracy z 70 krajami. W ponad 20 realizowanych projektów zaangażowano 6,2 mld dolarów i stworzono 200 tys. miejsc pracy.

To tylko początek, bo w ramach projektu Chińczycy są gotowi zaangażować się – jak szacują w ponad 1500 inicjatyw – w 40 krajach. „Belt and road” to nie tylko tradycyjna kolej, ale wszelkie inwestycje w tzw. connectivit”, czyli infrastrukturę przyłączeniową, do której należą również morskie i lądowe terminale, drogi, lotniska, bazy przeładunkowe, ruro- i gazociągi oraz Internet nowej generacji. Tak przynajmniej twierdzi jeden z najgorliwszych orędowników projektu w Chińskiej Partii Komunistycznej – Yan Xiaofeng. Te inwestycje mają zreorientować światową ekonomię w kierunku Chin. Dać zarządzanemu żelazną ręką prezydenta Xi krajowi akces do świata, ale na chińskich warunkach. Z perspektywy Pekinu to z pewnością myślenie dalekosiężne.

Co przyniesie przyszłość

Nie jest to pierwszy w historii Chin projekt mierzony na globalna skalę. Kiedyś symbolem izolacji był Wielki Mur Chiński. Dziś symbolem otwarcia może być Nowy Jedwabny Szlak. Ale i tu rodzą się pytania. Czy chińska gospodarka wytrzyma obciążenia tego projektu i czy – w przypadku kryzysu – nie zarzuci go, jak niegdyś cesarze zarzucali projekty budowy kolejnych części Wielkiego Muru? Trudno na to pytanie odpowiedzieć. Inne pytanie dotyczy kwestii światowego bezpieczeństwa: czy zaangażowanie inwestycyjne poza granicami nie wymusi działań o charakterze militarnym w celu obrony swoich interesów, trochę na wzór sowiecki czy amerykański? Taki proces niekoniecznie musiałby być tożsamy ze wzrostem międzynarodowego bezpieczeństwa. I kwestia następna: czy za siłą chińskiej gospodarki pójdą jakiekolwiek pozytywne wzorce, na których mógłby skorzystać świat?

Osobiście głęboko wierzę w powolne wypieranie marksizmu w wydaniu chińskim przez nowoczesny konfucjanizm, ale nie mogę wykluczyć scenariusza, którym straszą krytycy chińskiej ekspansji, że projekt „Belt and road” będzie służył transmisji chińskiego imperializmu i kolektywizmu do nieprzygotowanych nań innych części świata. W końcu najważniejsze pytanie, czy nam, ludzkości, będzie dane na nim skorzystać? Czy dzięki Nowemu Jedwabnemu Szlakowi zwiększy się sfera pokojowego współistnienia i wymiany handlowej? To pokaże przyszłość. Pokaże z pewnością, bo nie mam wątpliwości, że komercjalizujące się, zdyscyplinowane, konsekwentnie rządzone Chiny temu programowi podołają. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL